Wróć do historii

Cztery dni na Eifel-Camino: z Namedy do Lutzerath

Cztery etapy na Eifel-Camino z Namedy do Lutzerath: najpierw asfalt i strefy przemysłowe, potem las, Maria Martental i pełne paszporty pielgrzyma.

8 października 20268 min czytania
Cztery dni na Eifel-Camino: z Namedy do Lutzerath

Cztery dni i około 75 kilometrów na Eifel-Camino z Namedy do Lutzerath – jako przygotowanie do Camino Francés. Pielgrzym opowiada o asfaltowych odcinkach, zamkniętych punktach z pieczątkami i bajecznych leśnych ścieżkach.

Drodzy współpielgrzymi,

dziś chciałbym podzielić się z Wami doświadczeniami z drogi z Namedy do Lutzerath. Od razu zaznaczę, że były to cztery – na ten czy inny sposób – niezapomniane dni, które prowadziły mnie przez te zakątki Eifel, których najpewniej już nigdy więcej nie zobaczę, co częściowo jest zresztą dobre.

Zanim przejdę do poszczególnych etapów, bardzo krótkie podsumowanie: pierwsze dwa etapy – fuj, ostatnie – ekstra.

Etap 1: Namedy – Kruft (ok. 19 km)

Żona wysadziła mnie w Namedy, gdzie od razu odebrałem u Thomae swoją pierwszą pieczątkę. Dumny jak paw wyruszyłem w drogę, która szybko ostudziła mój entuzjazm, bo jest po prostu i zwyczajnie obrzydliwa.

Biegnie asfaltem wzdłuż torów kolejowych, pod mostami i obok zrujnowanych zakładów przemysłowych – bleh!

W Andernach chciałem odebrać drugą pieczątkę w katolickiej kancelarii parafii Wniebowzięcia NMP – ale właśnie zamknęli i nawet dziesięciokrotne odśpiewanie różańca nie skłoniło ich, żeby na chwilę jeszcze otworzyć.

Dziś już wiem, że drugą pieczątkę można podobno odebrać także w centrum informacji przy gejzerze. Dreptałem więc dalej w kierunku Miesenheim obok stadionu, basenu i siłowni, z której akurat wychodzili dwaj „napakowani”, orientalnie wyglądający „panowie”, popatrzyli na mnie z politowaniem i odjechali kabrioletem BMW serii 3. Niektóre uprzedzenia jednak biorą się z rzeczywistości.

W Miesenheim miałem więcej szczęścia, bo masarnia Bartenbach była otwarta, a do pana Blaesera nawet nie zachodziłem. Dalej w kierunku Plaidt – słońce tymczasem prażyło, a ja cieszyłem się, że mam swój szwedzki „lisi kapelusz” od Fjällräven, który szerokim rondem chronił mnie przed słońcem.

Tu po raz pierwszy dało o sobie znać, że ze źle pojętego skąpstwa nie zamówiłem przewodnika pielgrzymiego.

Miałem przy sobie tylko mapę Parku Wulkanów, która poprowadziła mnie obok Saffig do Plaidt – pewnie skrótem, ale co tam.

W Plaidt urząd gminy był oczywiście zamknięty. Z Plaidt wychodzi się bardzo prostym odcinkiem obok pól – nienawidzę deptania asfaltu.

Przed Kretz znów źle wybrałem – skręciłem od razu w lewo – a powinienem był iść dalej, aż do następnego mostu. W efekcie musiałem zrobić duży łuk wzdłuż szpaleru drzew, co jednak nie było jakoś szczególnie straszne – w końcu miałem czas. Tak oto po ok. 3,5 godziny dotarłem do pierwszego celu etapu, Kruft, gdzie zatrzymałem się w gospodzie „Zum Hirsch”. Wszystko trochę w stylu lat 70., ale w porządku – po tym pierwszym etapie spałem bardzo dobrze!

Etap 2: Kruft – Mayen (ok. 14,7 km, odczuwalnie 30 km)

Po śniadaniu odebrałem pieczątkę w urzędzie gminy. Tam zwrócono mi uwagę, że pieczątki są też w kawiarni naprzeciwko oraz w kancelarii parafialnej.

Ruszyłem więc w drogę, która prowadzi wzdłuż B 256. Wybrałem wariant bezpośredni i ominąłem Mendig.

Kościół pielgrzymkowy Fraukirch i gospoda były zamknięte, a więc i bez pieczątki – mimo to zrobiłem tu postój, bo cisza i atmosfera bardzo mi się podobały. Dalej w kierunku Reginarisbrunnen, za którym obecnie trwa budowa – organizacja ruchu była trochę zmieniona.

I tu zaczęło się moje męczeństwo.

Postanowiłem iść w lewo w kierunku Thür, żeby złożyć wizytę pielgrzymiemu ślimakowi. Ślimaczycy jednak nie było, więc skręciłem w jakąś krajową „Diabli-wiedzą-jaką” albo wojewódzką „Bóg-wie-którą”. Szedłem dalej wzdłuż szosy, aż dotarłem do przypominającej labirynt plątaniny dróg – i dokąd teraz? Żadnego chodnika – nic. Tylko auta, które przemykały obok mnie.

Wybrałem w końcu wariant przez strefę przemysłową Mayen. Klnąc głośno pod nosem, szukałem szlaku, którego nie znalazłem. Szedłem więc dalej poboczem drogi, aż dotarłem do zabudowań.

Na miejscu stwierdziłem, że zgubiłem jedną gumową nakładkę na asfalt – a wziąłem tylko jedną parę. Postanowiłem więc iść bez kijków, a następnemu, kto mi się głupio postawi, wbić jeden z moich Leki w gardło.

Teraz rozumiem przeżycia Kerkelinga na N6. Po niemal niekończącym się człapaniu po asfalcie, teraz na szczęście znowu z chodnikiem, dotarłem do Maifelder Hof – mojego noclegu.

Tu najpierw się odświeżyłem i poszedłem w kierunku centrum Mayen.

W księgarni Mayener Bücherstube kupiłem najpierw oficjalny przewodnik pielgrzymi i breloczek z brązową muszlą św. Jakuba, który przyczepiłem do plecaka. Do tego w Intersport Krumholz kupiłem nowe nakładki. Wciąż z lekką złością w brzuchu, głównie z powodu własnej nieporadności, odebrałem wszystkie trzy pieczątki pielgrzymie jedną po drugiej – Ha! – a jednak wygraliście – pomyślałem.

Pogodzony ze sobą i ze światem zasnąłem zadowolony i błogi.

Etap 3: Mayen – Kaisersesch (ok. 19,3 km)

Wyspany i rześki raczyłem się obfitym bufetem śniadaniowym, uiściłem swój pokojowy obol i ruszyłem w kierunku Kaisersesch – nie bez połknięcia mojej wysokodawkowej kapsułki magnezu i witamin Men’s Health.

Magnez brałem rano i wieczorem.

Trasa z Mayen zaczyna się powoli wznosić. A potem idzie się w górę – i to nie byle jak. Muszę jednak dodać, że krótkie, strome podejścia niewiele mi przeszkadzają.

Wysiłek się opłacił, bo spod kolumny św. Jakuba roztacza się przepiękny widok na okolicę. Na górze było jednak tak wietrznie, że najpierw wyjąłem kurtkę i zdemontowałem ją do poziomu kamizelki.

Tu na górze zrobiłem ok. 10 min postoju – 2158 km do Santiago – więc dalej. Odcinek do Monreal jest po prostu bajeczny i wynagrodził trudy wczorajszego dnia. Można było iść przed siebie i „połykać” kilometry.

W Monreal okazało się, że Cafe Plüsch jest zamknięta z powodu likwidacji. No to nie!

Poszedłem do kościoła parafialnego Najświętszej Trójcy i wbiłem sobie pieczątkę do paszportu tak mocno, że pulpit omal się pode mną nie zawalił – bo nie ma tu poduszki do tuszu.

W małej kawiarence na rogu wypiłem kawę, zjadłem orzechowy trójkącik i poszedłem dalej. Z oficjalnym opisem drogi „dworzec – boisko – łąka” to taka sprawa, że instynktownie poszedłem skrótem. Droga nad potokiem Elzbach szlakiem Eifel-Schieferweg jest po prostu bajeczna.

Nie spotkałem żywej duszy, ani pieszo, ani konno, ani na rowerze. U pana Schmitza w Urmersbach odebrałem kolejną pieczątkę i ruszyłem dalej. Po ok. 5 godzinach dotarłem do celu etapu – Pilgerstube w Kaisersesch.

Etap 4: Kaisersesch – Lutzerath (ok. 20 km)

Po przybyciu do Pilgerstube najpierw w karkołomnej akcji zdjąłem czujnik dymu zamontowany pod belkami dachu i wykończyłem tego nieustannie popiskującego dręczyciela, wyjmując baterię. Izba jest w porządku – dla kogoś, kto lubi dużo drewna i stare graty w postaci brytfann, garnków, mnóstwa krucyfiksów i wizerunków Serca Jezusowego.

Dla mnie to było trochę za dużo. Do tego pokoju nie da się zaciemnić, przez co wstałem o 5 rano. Poprzedniego wieczoru delektowałem się jeszcze w „Alt-Esch” tartą flambée ze szparagami i dwoma szprycerami z białego wina – dzięki, Carina, za wskazówkę.

Następnego ranka byłem więc w drodze już o 6:30, po tym jak w kolejnej wspinaczce przywróciłem czujnik dymu na miejsce w stanie sprawnym – jakbym przeczuwał, co mnie czeka. Przewodnik prowadzi z Kaisersesch obok kompleksu hotelowego, za którym należy skręcić w lewo w leśną drogę.

Problem polega na tym, że ta droga jest obecnie zamknięta – trwa tam budowa. Zdezorientowany dwiema koparkami, hałdą ziemi i barierką poszedłem prosto przez tory.

Po kilkuset metrach musiałem jednak stwierdzić, że wyszedłem dokładnie przy przejściu podziemnym, którym dzień wcześniej dotarłem do Kaisersesch. Więc z powrotem i przy hotelu rozpoznanie sytuacji. Gardząc śmiercią, zignorowałem barierkę i wkrótce znalazłem się na właściwej drodze – bazaltowa kolumna i muszla znów były na miejscu – hurra!

Droga poprowadziła mnie potem przez piękny kawałek lasu w kierunku Leienkaul. Najpierw jednak przeszedłem obok cmentarza Breitenbruck, bo wymieniona w przewodniku leśna droga była zastawiona kontenerem na bioodpady – ach, ci rolnicy z Eifel!

W Leienkaul zawróciłem, bo najwyraźniej to nie było to. Przecisnąłem się obok kontenera i znów byłem na właściwej drodze w kierunku Maria Martental.

Ta droga ma jednak niezłe za uszami, bo była rozmiękła od deszczu, a miejscami opada bardzo stromo. Bez kijków trekkingowych nic tu nie zdziałasz! Gdy dotarłem do Martental, była 8:25, stwierdziłem, że sklepik klasztorny otwierają dopiero o 14:00 – pfff.

Po ok. 25 min odpoczynku kontynuowałem wędrówkę wzdłuż potoku Endertbach, przeciąłem L 52, by potem znów ostro w lewo skręcić w leśną drogę. Do opisanego drewnianego mostku wszystko szło wspaniale. Kiedy go przeszedłem, raz jeszcze przysiadłem na ławce, napiłem się czegoś i „wciągnąłem” tabliczkę Dextro i trochę mieszanki studenckiej.

Podejście do B259 było dla mnie istną męką. Długich, ciągnących się podejść nie znoszę zbyt dobrze – do tego bez przerwy te nisko latające samoloty. Po drodze kilka razy musiałem złapać oddech. Potem się udało i szybko dotarłem do Alflen. Dlaczego ludzie w Alflen dają radę zrobić to, co w Monreal najwyraźniej było niemożliwe: położyć poduszkę do tuszu obok pieczątki pielgrzymiej?

Potem dalej do Gillenbeuren – krajobrazowo niezbyt atrakcyjnie. Rozległe pola, w powietrzu woń gnojowicy, a na poboczu majestatycznie wyglądające pokrzywy na dwa metry wysokie – wspaniała flora!

Gillenbeuren przeszedłem szybko – potem jeszcze kilka „uroczych” podejść – właściwie miałem już wtedy wszystkiego dość. Cholerne podejścia! W Driesch poszedłem za oznakowaniem do punktu z pieczątką Mater Dolorosa.

Ten jednak po „tajemniczym” pożarze jest obecnie remontowany, a punkt z pieczątką zamknięty na czas nieokreślony. Potem zostały już tylko ok. 2 km do końca mojego etapu, Lutzerath, gdzie w gospodzie Maas odebrałem ostatnią pieczątkę. Następnie padłem na jedną z ławek przy głównej ulicy i zrzuciłem swoje Lowa Camino – naprawdę wspaniałe buty, które teraz, po ok. 75 km, są chyba rozchodzone.

Kiedy schłodziłem stopy w fontannie i wsunąłem sandały, czekałem jeszcze ok. 20 min na moją pielgrzymią taksówkę w postaci żony i naszego volvo.

Co dalej – i morał z tej historii

We wrześniu chcę jako ostatnie przygotowanie do Camino Francés przejść ostatnie 4 etapy aż do Trewiru.

A morał z tej historii? Na przewodnikach pielgrzymich się nie oszczędza.

Szlak w Camino Ninja

Eifel-Camino z Andernach-Namedy do Trewiru z etapami, mapą i noclegami znajdziesz w Camino Ninja: Eifel-Camino.