10 dni bólu – bezcenne! Camino Francés z León
Z León do Santiago w 2014 roku: 280 km w dziewięć dni marszu po Camino Francés – z pęcherzami, dniem przerwy, przyjacielem Rodolfem i dużą dawką humoru.

W lipcu 2014 roku autor spontanicznie i samotnie przeszedł Camino Francés z León do Santiago de Compostela: 280 kilometrów w dziewięć dni marszu plus jeden dzień przerwy – w roboczych butach, z zaognionymi pęcherzami, ale z dużą dawką humoru i z Rodolfem, towarzyszem drogi, który wyruszył ze Szwajcarii.
Decyzja
Decyzję o pielgrzymce do Santiago podjąłem stosunkowo nagle. Co prawda już od dłuższego czasu chodziła mi po głowie myśl, żeby wyruszyć na Drogę św. Jakuba, ale poważnie zacząłem się nad tym zastanawiać dopiero w czerwcu 2014 roku. Siedziałem w pracy i spontanicznie pomyślałem: w lipcu mam 4 tygodnie urlopu, można by się wreszcie za to zabrać.
W domu usiadłem do laptopa i zacząłem intensywnie szukać informacji. Ponieważ do tej pory nie miałem zielonego pojęcia o niczym, sporo trzeba było najpierw ustalić. Na początek trzeba było wyjaśnić najbardziej podstawowe kwestie. A brzmiały one tak:
- Kiedy wyruszam?
- Jak długo i jak daleko chcę iść?
- Którą drogą pójdę?
- Skąd startuję?
- Jak się tam dostanę?
- Skąd wezmę paszport pielgrzyma?
- Jakiego sprzętu potrzebuję?
- Jak wrócę do domu?
Przez kilka dni siedziałem przy laptopie, aż w końcu właściwie wszystko zebrałem. Ale w środku wciąż nie podjąłem decyzji, żeby naprawdę wyruszyć. Pomogłem więc trochę samemu sobie. Ponieważ dojazd i powrót miały się odbyć samolotem, otworzyłem najdroższy z lotów i powiedziałem sobie: „Jeśli teraz go zarezerwuję, nie będzie już odwrotu!”. I w końcu mój palec wskazujący jak w zwolnionym tempie opadł na touchpad, a kursor na ekranie wcisnął przycisk „Zarezerwuj i zapłać”. Stało się więc oficjalnie: będę pielgrzymował!
Od tej chwili w dwa dni załatwiłem wszystko, co trzeba, i byłem gotowy na wielką przygodę.
Co do kwestii „sam czy w grupie”, od początku było dla mnie jasne, że pójdę sam. Powody były następujące:
Najbardziej banalny ze wszystkich powodów jest chyba taki, że w moim gronie znajomych nie przychodzi mi do głowy nikt, kogo mógłbym na szybko porwać do tej przygody.
Poza tym jestem pewien, że prędzej czy później między nami by „huknęło”, gdyby na siłę chcieć pielgrzymować z drugą osobą, a już tym bardziej z grupą. Bo moim zdaniem praktycznie niemożliwe jest znalezienie kogoś, kto ma ten sam rytm co ja!
Chcę wstawać, kiedy chcę.
Chcę wyruszać, kiedy chcę.
Chcę iść tak szybko, jak chcę, i nie dostosowywać się do tempa współpielgrzyma.
Chcę robić przerwę, kiedy chcę.
Chcę wybierać dzienne etapy, jak chcę.
Chcę mieć spokój.
Krótko mówiąc:
Chcę robić, co chcę!
I tak też zrobiłem. Zdecydowałem się na Camino Francés. Wyruszę z León. Na odcinek około 310 km zaplanowałem 10 dni marszu plus przyjazd i powrót. To oznacza średnio ponad 30 kilometrów dziennie, ale wydawało mi się to całkiem realistyczne i wykonalne, zwłaszcza że do najmniej wysportowanych nie należę. Jako termin wybrałem 13–24.07.2014.
Ale chwileczkę! 13.07. jest przecież finał mistrzostw świata! Jeśli Niemcy dojdą do finału, nie pójdę na strefę kibica. Ponieważ jednak byłem pewien, że znowu nie zagramy w finale, zostałem przy tym terminie. A jak wszyscy wiemy, miałem mieć rację! ;-)
Powód
Właściwie po co to robię? To pytanie zadawałem sobie wiele razy. Odpowiedź to konglomerat duchowości, sportowego ducha i żądzy przygody.
Z jednej strony jest wyzwanie fizyczne, któremu chętnie chciałem stawić czoła. Oko w oko z wewnętrznym leniem!
Poza tym czuję potrzebę, żeby raz całkowicie się wyłączyć i po prostu pomyśleć; o czym, to właściwie wszystko jedno. Po prostu w spokoju pomyśleć.
Do tego dochodzi jeszcze spora porcja żądzy przygody. Bez wielkiego planowania i bez pojęcia w nieznane; tego kopa chciałem i go dostałem.
Przygotowania
Stopniowo skompletowałem wszystko, czego potrzebowałem do mojej przygody. Od plecaka, który pożyczyłem od najlepszego przyjaciela, przez paszport pielgrzyma, aż po buty. Jeśli chodzi o buty, zdecydowałem się na moje służbowe trzewiki z pracy, które noszę już od 10 lat i w których bez problemu pokonywałem także dłuższe wędrówki. Brzemienny w skutki błąd, jak jeszcze zobaczymy. Za to leków wszelkiego rodzaju na pewno nie miało zabraknąć.

Na każdą dolegliwość odpowiednia tabletka!
Podróż (13–14.07.2014)
Zaczyna się!
Do León dotarłem w dwóch etapach. Najpierw w niedzielę poleciałem ze Stuttgartu do Barcelony. Na miejscu od razu zacząłem szukać odpowiedniego lokalu, żeby obejrzeć finał mistrzostw świata – wbrew oczekiwaniom z udziałem Niemiec. Najpierw musiałem stwierdzić, że czegoś takiego jak strefa kibica w Barcelonie nie było; może mieć to związek z odpadnięciem reprezentacji Hiszpanii już w fazie grupowej. Po mniej więcej godzinie znalazłem przytulny irlandzki pub, gdzie mecz pokazywano na dwumetrowym ekranie. Po sutej kolacji i pięknym piłkarskim wieczorze, jako świeżo upieczony mistrz świata, zaraz po meczu położyłem się spać.
Następnego dnia budzik zadzwonił już o 5 rano. Taksówką pojechałem z powrotem na lotnisko. Tam czekał mały, słodki odrzutowiec, który miał raptem 34 miejsca. Zawiózł mnie na lotnisko w León, gdzie moja pielgrzymka ostatecznie się zaczęła. Lotnisko w León jest zresztą jeszcze mniejsze niż to w Saarbrücken i na miano lotniska zasługuje tylko warunkowo. Leży kilka kilometrów za miastem, w spokojnej wiosce o nazwie La Virgen del Camino. Jak zdradza już sama nazwa, Camino prowadzi przez tę miejscowość, co oznaczało, że mogłem ruszyć w drogę prosto z lotniska.
Wyszedłem więc z budynku lotniska, wziąłem głęboki oddech i po prostu ruszyłem.

Elitarnie, odrzutowcem z Barcelony do León.
14.07.2014: La Virgen del Camino – Hospital de Órbigo (29 km, 6 h 04 min)
Kiedy z lotniska dotarłem do miejscowości, najpierw od razu zdobyłem pierwszą pieczątkę w informacji turystycznej. I właśnie tam po raz pierwszy nieźle się zdziwiłem. Stał przede mną boso mężczyzna i powitał mnie radosnym „Buen Camino”. Chwilę porozmawialiśmy. Dowiedziałem się, że wyruszył z Belgii, i to boso! Absolutne szaleństwo, moim zdaniem.
Potem zaczęło się na dobre. Gdzie jest pierwsza strzałka albo muszla, która wskaże mi drogę? Po krótkim czasie ją znalazłem i zrobiłem pierwsze metry na owianej legendą drodze, którą przede mną przemierzyło już tak wielu.
Ponieważ był to mój pierwszy dzień, wszystko, co widziałem, było spektakularne i interesujące. Każdą strzałkę i każdą muszlę trzeba było sfotografować. Z perspektywy czasu muszę jednak powiedzieć, że ten pierwszy etap był „najbrzydszy”. Najpierw droga wiodła przez strefę przemysłową, która nie emanowała akurat urokiem wielowiekowego szlaku pielgrzymiego. Dalej szło się godzinami prosto wzdłuż ruchliwej szosy. Już tutaj stopy zaczęły nie na żarty piec. Ale już pierwszego dnia rzuciły mi się w oczy liczne bociany! Wszędzie bociany. Niemal na każdej wieży kościelnej było gniazdo, w którym zwykle siedziała para bocianów razem z młodymi.
Rzucili mi się też w oczy bardzo życzliwi mieszkańcy przy Drodze św. Jakuba. Zawsze witano cię serdecznym „Buen Camino”. Niektórzy wystawiali nawet przed drzwi swoich domów stoliki z ciasteczkami i wodą, gdzie pielgrzymi mogli się za darmo posilić. Ta gościnność miała nie słabnąć aż do ostatniego dnia!
Kiedy tak uparcie szedłem prosto wzdłuż szosy, zauważyłem roślinę wysokości człowieka, która rosła tu setkami na poboczu. Ponieważ jestem bardzo ciekawski, urwałem łodygę i powąchałem. Roślina bardzo mocno pachniała anyżem. Czy to anyż? Nie mam pojęcia, bo nie wiem, jak wygląda anyż. Ale równie dobrze może to być koper włoski, myślę sobie. Pod koniec dnia zapytałem doktora Google’a, który dał mi jednoznacznie do zrozumienia, że chodziło o koper włoski.
Wejście do Hospital de Órbigo wynagrodziło dotychczasowy nieciekawy krajobraz. Most z niezliczonymi łukami zrobił na mnie trwałe wrażenie. Zatrzymałem się w „Albergue Verde”. Schronisko prowadzi „alternatywne małżeństwo”, czułem się trochę jak w Woodstock. Warzywa były z własnej uprawy, przy wspólnej kolacji modlono się i śpiewano. Potem wszyscy zebrali się na tarasie, gdzie przy gitarze i śpiewie wieczór przyjemnie dobiegł końca. Wtedy zobaczyłem w lustrze, że porządnie spiekłem sobie twarz i głowę. Niestety o założeniu kapelusza pomyślałem za późno. W kolejnych dniach jednak już nie zdejmowałem tego szlachetnego okazu z głowy.

Ogród w Albergue Verde w Hospital de Órbigo

Boso z Belgii do Santiago!

Bez kapelusza! Na oparzenie słoneczne nie trzeba było długo czekać!

Bociany! Wszędzie bociany!

Wejście do Hospital de Órbigo

Uzupełnianie elektrolitów!

Kolacja w albergue. Izrael, Hiszpania, Węgry… Międzynarodowe towarzystwo.

Zupa jarzynowa na przystawkę

Wegetariańska pizza i sałatka z brokułów!

Ciasto z cukinii na deser

Zachód słońca w albergue

Wspólne biesiadowanie przy dźwiękach gitary po kolacji

Pierwsza strzałka w La Virgen del Camino…. można ruszać!

Rzeźby pielgrzymów spotyka się tu regularnie

Tu naprawdę nie da się zgubić

Kilometrami prosto wzdłuż szosy. Niezbyt urokliwie…

Sala sypialna w albergue.
15.07.2014: Hospital de Órbigo – El Ganso (30,7 km, 6 h 35 min)
Wyruszyłem dziś stosunkowo późno, o 8:30. W kolejnych dniach o tej porze byłem już dawno w drodze.
Już po kilku kilometrach poczułem, że stopy bolą mnie coraz bardziej. Doszło do tego, że w Astordze powiedziałem sobie: „Ani kroku dalej!”. Usiadłem w lokalu i poważnie zastanawiałem się, jak z takimi stopami mam przejść jeszcze 270 kilometrów. Pomysł z roboczymi butami chyba jednak nie był tak genialny, jak mi się wydawało. Klasyczny błąd początkującego; i to mnie, zapalonemu mądrali i przemądrzałemu wszystkowiedzącemu! Powiedziałem sobie jednak, że w żadnym wypadku się nie poddam. Oczami wyobraźni widziałem już roześmiane twarze tych, którzy zostali w domu i i tak nie wierzyli, że dam radę takiej przygodzie. Poddanie się nie wchodziło więc w grę. Ponieważ miałem w plecaku na zapas jeszcze buty do biegania, zmieniłem ogumienie. W Formule 1 powiedziano by: „z twardej mieszanki na miękką”.
Mały dopisek:
Wspominając piękną Astorgę, chciałbym jeszcze opisać pewną sensacyjną budowlę. Chodzi o przejście nad torami dla pieszych i rowerzystów. Postawiono tu metalową wieżę, która najpierw prowadzi serpentynami w górę na 2 poziomy, jakieś 10 metrów, potem nad torami i w ten sam sposób z powrotem w dół. Przejście nad torami, które w linii prostej miałoby 5 metrów długości, ma w ten sposób w rzeczywistości ponad 100 metrów. Po co prosto, skoro można na około?!? Potrafią to najwyraźniej nie tylko Niemcy, ale, jak widać, także Hiszpanie. Niestety nie zrobiłem zdjęcia tej budowli, ból stóp sprawił, że o tym zapomniałem.
Koniec dopisku.
Kiedy ruszyłem dalej w adidasach, szło się znacznie lepiej. Miało się jednak dopiero okazać, że stopy były już tak mocno sponiewierane, że kolejne dni staną się prawdziwym wyzwaniem.
Powoli, ale nieubłaganie wchodziłem w Montes de León, wciąż powoli, ale nieubłaganie pod górę. Niekończącymi się szutrowymi drogami, które moim stopom nie służyły najlepiej.
I powoli w głowie zaczął zapadać spokój, kiedy akurat nie musiałem myśleć o bólu stóp. A co się robi, kiedy o niczym się nie myśli? No, ja osobiście regularnie przyłapywałem się na tym, że w duchu śpiewałem piosenki albo całkiem słyszalnie je nuciłem. Był to istny groch z kapustą – piosenki z całej historii muzyki międzynarodowej. Ale jak to się mówi… Jeśli pomaga!
Po 30 kilometrach dotarłem do maleńkiej miejscowości „El Ganso”, gdzie zakończyłem drugi etap w małym, ale przyjemnym schronisku. Tam poznałem Rodolfa, który miał się stać moim niemal stałym towarzyszem. Rodolfo urodził się we Włoszech i mieszka w Szwajcarii. Jak miałem się przekonać w ciągu następnych dni, spotkałem tu bardzo imponującego człowieka o niesamowitym życiorysie. Rodolfo wyruszył na Camino z domu w Szwajcarii i do Santiago pokona ponad 2100 kilometrów! Na naszej wspólnej drodze przeprowadziliśmy wiele cennych rozmów, których nie chciałbym stracić.
W nocy obudziła mnie głośna flatulencja. Tak to już jest na Camino. Powrót do natury! Kto był nadawcą, tego jednak nie potrafię powiedzieć.
Chciałbym jeszcze wspomnieć o trzech Włochach, którzy także nocowali w tym schronisku. Jeden z nich był niewidomy, a pozostali dwaj prowadzili go na każdym kroku: i to prawdopodobnie aż do Santiago. Chapeau!!!

Dobra mina do złej gry… Ból jest już prawie nie do zniesienia!

Droga jest celem! Zawsze prosto przed siebie!

Kto rano wstaje, ten rzuca najdłuższy cień

Tuż przed Astorgą

Targ w Astordze

Wygląda lepiej, niż smakowało…

Selfie od czasu do czasu nigdy nie zaszkodzi!

I znowu prosto….jak okiem sięgnąć

…

Wsadzić tam stopy … niestety nie można

Albergue w El Ganso… Małe, ale przyjemne!

Astorga

Astorga…
16.07.2014: El Ganso – Molinaseca (35,4 km, 7 h 50 min)
Tego dnia wyruszyłem już o 7:00. Z powodu nieustającego, morderczego upału i temperatur sięgających niemal 40 stopni około 18:00 rozsądnie było wyjść wcześnie i odpowiednio wcześnie zameldować się w schronisku. Rodolfo wyruszył już około 6:00 i tego dnia miałem go już nie zobaczyć.
Na pierwszych kilometrach w miękkim piasku na ziemi widać było, że idzie tędy boso kilka osób. Od razu pomyślałem o Belgu z La Virgen del Camino. Ale to nie on zostawił te ślady, jak się później okazało. Zobaczyłem bowiem innego mężczyznę, który także szedł boso po tym ekstremalnym podłożu i w takim upale. Dla mnie wciąż nie do pojęcia.
Krajobraz w drodze na „dach Camino” jest cudowny. Wąskie ścieżki wiją się przez zielone łąki i niewielkie lasy. Do tego widoki jak z obrazka.
Na dzisiejszym etapie czekał jeden z najważniejszych punktów Camino Francés: Cruz de Ferro. Na wysokości 1528 metrów n.p.m. to najwyższy punkt hiszpańskich Dróg św. Jakuba. Ale nie mogłem się tą chwilą naprawdę nacieszyć. Stopy bolały tak bardzo, że praktycznie nie dało się myśleć o niczym innym. I to miało się nie zmienić w kolejnych dniach.
W ryczącym upale, podczas zejścia, zorientowałem się, że przed wyjściem zapomniałem uzupełnić zapasy wody. Miałem w plecaku „camelbag” o pojemności 2 litrów. Przez rurkę można było pić w marszu, nie zdejmując plecaka. Do tego miałem bidon przy pasie, który przy każdej okazji dopełniałem; tylko nie tego dnia. Nie chcę powiedzieć, że byłem odwodniony, ale niewiele już brakowało. Kiedy dotarłem do Manjarín, poszedłem do mieszkającego tam !prawdziwego! templariusza. Za dobrowolną ofiarą oferuje on wodę i ciasteczka. Kiedy praktycznie duszkiem wlałem w siebie jakieś 3 litry wody, uzupełniłem zapasy, wziąłem garść ciasteczek i ruszyłem dalej. Oczywiście coś też ofiarowałem.
Informacja dla wszystkich, którzy kiedyś będą tędy przechodzić: jeśli chcesz, możesz dać się pobłogosławić templariuszowi. Robi to wtedy mieczem i z całym tym ceremoniałem!
Po bardzo wymagającym zejściu dotarłem do Molinaseki. Dla mnie najpiękniejsza miejscowość na całej mojej pielgrzymce. Do miasteczka wchodzi się po urokliwym moście na Río Meruelo. Bajkowy widok!
Schronisko tego dnia było, z perspektywy czasu, najgorsze na moim Camino. Mimo to spałem dobrze, po tym jak najlepiej, jak się dało, opatrzyłem pęcherze na stopach.

Boso pod Cruz de Ferro!

Molinaseca…. Po prostu przepiękna!

Schronisko w Molinasece… niekoniecznie godne polecenia…

Wschód słońca w El Ganso…

Impresje

Impresje

Cudowny widok

Przy Cruz de Ferro…. 1528 metrów n.p.m.

U templariusza w Manjarín

Manjarín

„Czujny” pies templariusza

Ciężkie zejście …

Wejście do Molinaseki

Wejście do Molinaseki…

Molinaseca…

Molinaseca

Izotoniczne i pyszne!

Tu jeszcze wyglądało w miarę dobrze… ale pęcherza nie dało się już uratować…

Wyjście z El Ganso

Rabanal del Camino

Śniadanie na świeżym powietrzu… niestety beze mnie.. nie ma czasu… muszę iść dalej!!!

Podejście pod Cruz de Ferro

Impresje

Impresje

Impresje

Foncebadón

Cruz de Ferro

Selfie na wysokościach…

Zejście w stronę Molinaseki

Impresje
17.07.2014: Molinaseca – Pereje (40,6 km, 8 h 42 min)
Znów wystartowałem o 7:00. Tego dnia udało mi się coś, co na tej drodze jest niemal niemożliwe. Zgubiłem się. W małym sklepiku kupiłem sobie brzoskwinię. Była tak twarda, że pochłonęła całą moją uwagę. Ze strachu, że ugryzę pestkę, na rondzie skręciłem w lewo, zamiast iść prosto za żółtą strzałką. Kosztowało mnie to ponad kilometr nadkładania drogi. W Ponferradzie nadałem na poczcie paczkę i odesłałem do domu łącznie 5 kilo niepotrzebnego bagażu. Opłata pocztowa wyniosła ponad 50 euro, a paczka do dziś nie dotarła do domu. Reklamacja jak dotąd nic nie dała. – bardzo irytujące!
Asfaltową drogą szło się obok pól, na których uprawiano kukurydzę, cukinię i inne warzywa. Do nawadniania służył przemyślny system kanałów. Woda, pochodząca chyba z rzeki, płynie kanałami wzdłuż pól. Za pomocą zastawek, które podnosi się do góry, można nawadniać każde pole osobno.
Mnie, jako zapalonemu ogrodnikowi amatorowi, rzucił się przy tym w oczy starszy mężczyzna, który właśnie zebrał cały wózek cukinii. Sztuki miały co najmniej 50 cm długości i ważyły na oko po kilka kilo. Ale kto chce jeść takie kolosy??? Kiedy cukinie robią się tak wielkie, są twarde jak kamień i właściwie nie nadają się już do jedzenia. Moja teoria była więc taka, że te giganty były przeznaczone dla bydła.
Następnie w ślicznym miasteczku Cacabelos, przy przejściu przez Río Cúa, mogłem podziwiać mnóstwo ludzi kąpiących się w chłodnej wodzie. Zazdrość dążyła do nieskończoności, ale na kąpiel naprawdę nie miałem czasu. Kilku kajakarzy także cieszyło się chłodnym orzeźwieniem.
Za tą miejscowością przyszedł ponad 7-kilometrowy odcinek wzdłuż ruchliwej drogi krajowej aż do Villafranca del Bierzo. Tam w gospodzie znowu zamówiłem na wynos dwie butelki „agua con gas” i wziąłem je ze sobą w drogę. Zdążyłem się już nauczyć, że picie jest tu podstawą! W czasie marszu wypijam teraz od 6 do 8 litrów wody. I jest to absolutnie konieczne; bo przez całe Camino tylko jeden jedyny raz musiałem po drodze się wysikać… a to o czymś świadczy! 8 litrów do środka, nic na zewnątrz! Wszystko wypocone po drodze.
Tego dnia znowu rzuciło mi się w oczy: tutaj, w Hiszpanii, tylko w niewielu lokalach jest woda gazowana. A ja ją uwielbiam! Im więcej bąbelków, tym lepiej! Woda niegazowana to dla mnie prawdziwa kara! Ale kiedy dostawałem tylko niegazowaną, oczywiście z konieczności ją w siebie wlewałem.
Za Villafranca del Bierzo znów wyraźnie zaczęło się pod górę.
Stopy paliły mnie jak ogień, a mimo to tego dnia pokonałem ponad 40 kilometrów. Na ostatnich metrach przed dzisiejszym celem etapu, Pereje, dogonił mnie Rodolfo. Razem zatrzymaliśmy się w jedynym schronisku w tej 180-osobowej wiosce. Było to najpiękniejsze schronisko mojej podróży. Swojsko, z murów z naturalnego kamienia – w sali sypialnej na zaledwie 10 łóżek człowiek czuł się jak na zamku. Łóżka były super, materace fantastyczne. Za 5 € za nocleg – marzenie! Razem poszliśmy jeszcze coś zjeść. Jak zawsze miało to być menu pielgrzyma. Za średnio 8 € dostaje się na Camino przystawkę, danie główne, deser, a do tego chleb i wino albo wodę. Jakość jedzenia była OK, a za tę cenę – bezkonkurencyjna. Co prawda, jak w poprzednich dniach, nie miałem apetytu ani nie byłem głodny, ale przecież trzeba coś zjeść. Zauważyłem, że we wszystkich lokalach frytki są zawsze robione ze świeżych ziemniaków. Żadnych mrożonek, naprawdę świetnie!
Zasypianie przyszło potem trudniej niż zwykle, bo dwóch włoskich pielgrzymów naprawdę bardzo głośno chrapało. Co prawda z domu jestem przyzwyczajony do niejednego – nie chcę w tym miejscu wymieniać nazwiska C. Winter – ale to było już prawie uszkodzenie ciała.

Impresje

Pielgrzym z osłem

…w Ponferradzie… Którędy? Oczywiście pod górę…

Ponferrada

Twierdza w Ponferradzie

Albergue w Pereje

Sala sypialna w schronisku… Z tyłu po prawej dwaj chrapiący Włosi…

Notatki przy zimnych napojach…

Jeszcze 176 km

Rodolfo i ja przy małej przystawce…

Moje łóżko… Baaardzo wygodne!

Wciąż te bociany….

Typowe danie główne menu pielgrzyma… Sałatka, mięso, ŚWIEŻE frytki…

Impresje

System nawadniania warzywników…

Wózek pełen monstrualnych cukinii… Pewnie twardych jak kamień…

Sztuka przy Camino

Río Cúa koło Cacabelos. Zazdrość w skali od 1 do 10: 11!
18.07.2014: Pereje – Fonfría (przez O Cebreiro, 37 km, 8 h 16 min)
Tego dnia wstałem już o 5:20. Winni byli wspomniani chrapacze. Po pierwsze chrapali głośno przez całą noc, po drugie okazali się bardzo głośnymi i bezwzględnymi rannymi ptaszkami. Dlatego wyruszyłem już o 6:00. Rodolfo, jak co rano, był o tej porze już w drodze. Pęcherze od pierwszych metrów robiły to, co potrafią najlepiej – bolały! I to potwornie! Niestety z tego powodu nie mogłem naprawdę podziwiać cudownego krajobrazu. Na szczęście zrobiłem wystarczająco dużo zdjęć, które przynajmniej teraz, po fakcie, przypominają mi tę wspaniałą panoramę.
Przez O Cebreiro prowadziły dwa strome podejścia. Moim zdaniem najcięższy etap mojego Camino! Błotnistymi ścieżkami i po grubych korzeniach idzie się miejscami tak stromo pod górę, że prawie trzeba się wspinać na czworakach. Ale przepiękne O Cebreiro wynagradza wszystkie trudy! Dalej droga znów trochę opada, by potem po raz drugi poprowadzić naprawdę stromo w górę. Nawet dla mnie, całkiem wytrenowanego i wytrzymałego pielgrzyma, prawdziwa próba sił. Po prawie 37 kilometrach zatrzymałem się w schronisku w Fonfríi. Było to największe schronisko na mojej trasie, z ponad 70 łóżkami w jednej sali. Łóżka były jednak bardzo wygodne i nie było tam też tej obawianej atmosfery dworcowej hali. Łóżka były częściowo zbite z masywnych pni drzew i przez to wydawały się bardzo swojskie i klimatyczne. Kiedy po zameldowaniu siedziałem przed schroniskiem, nadszedł drogą Rodolfo. Nie chciał jednak jeszcze kończyć dziennego marszu i po krótkiej pogawędce poszedł dalej. Bolący pęcherz sprawił jednak, że już w następnej miejscowości także zatrzymał się w schronisku, jak mi później opowiedział.
Kolacja tego wieczoru była rewelacyjna. Schronisko miało po drugiej stronie ulicy osobny budynek, gdzie kolację podawano wszystkim pielgrzymom razem w dużej jadalni.
Tego wieczoru po raz pierwszy byłem naprawdę głodny i miałem apetyt. A na przystawkę była jeszcze zupa z zielonej fasolki. Dla mnie, zdeklarowanego zupożercy, niebo na ziemi. Zupełnie bez skrępowania wsunąłem najpierw 3 pełne po brzegi talerze. Razem z daniem głównym i deserem byłem ostatecznie objedzony na okrągło i wcześnie poszedłem spać.

Impresje

Cudowny krajobraz…

Ponad chmurami….

Muuuuuuuu!

Impresje

Impresje

Impresje

Impresje

Co się gapisz?!?

Keep Smiling

Jadalnia w Fonfríi! GŁÓD!!!!!

Jadalnia…. Swojsko….Pięknie!

Zupa!!!! A co jedzą inni? :-)
19.07.2014: Fonfría – Barbadelo (34,5 km, 8 h 00 min)
Ten dzień był pierwszym i zarazem ostatnim dniem złej pogody. Od czasu do czasu przelotny deszcz, ale przeważnie pochmurno i sucho.
Pierwsze kilometry prowadziły nieustannie w dół i zaprowadziły mnie do Triacasteli. Przy wejściu do miejscowości można podziwiać prastary kasztanowiec, który podobno ma już ponad 800 lat. O obowiązkowym zdjęciu z powodu nieznośnego bólu nie pomyślałem. W centrum poszedłem do apteki i zaopatrzyłem się na nowo w środki przeciwbólowe. Tylko dzięki nim w ogóle dało się codziennie wędrować do 9 godzin. Rzucały się w oczy mini-ceny leków. Opakowanie Ibu 600, 40 sztuk, kosztowało śmieszne 1,98 €! Jak w starej reklamie telewizyjnej „Storck Riesen” pierwsze trzy tabletki połknąłem już w aptece. A pierwsze trzy wciąż zjada od razu! ;-)
Dla wszystkich, którzy się teraz uśmiechają: do tej reklamy prowadzi poniższy link:
Kliknij tutaj, żeby zobaczyć reklamę Storck!!!
Za Triacastelą droga się rozdziela. Jedna, ta dłuższa, prowadzi przez Samos, druga przez San Xil. W miejscowości Perros względnie Vigo drogi znów się łączą w kierunku Sarrii. Zdecydowałem się na krótszą drogę przez San Xil. Szło się tam bardzo ładnymi leśnymi i polnymi drogami obok zielonych łąk. Zobaczyłem tam całe stado bocianów. Było ich co najmniej 60, stały razem na jednej łące. Jeśli określenie „stado” w odniesieniu do bocianów nie jest poprawne, proszę o wyrozumiałość. Na tym odcinku znowu dogoniłem Rodolfa. Resztę dnia szliśmy razem. W Sarrii zrobiliśmy przerwę i zjedliśmy burgera.
To, czego jeszcze nie wiedzieliśmy, ale już przeczuwaliśmy, nastąpiło na kolejnych kilometrach aż do Santiago. Jak wie prawie każdy, kto choć trochę zna Camino, trzeba przejść pieszo co najmniej 100 kilometrów, żeby w Santiago dostać dyplom „Compostela”. Sarria leży tuż powyżej granicy 100 km i dlatego jest popularnym punktem startowym dla tak zwanych czterodniowych pielgrzymów.
Od tego miejsca liczba pielgrzymów wyraźnie rośnie. Całe klasy szkolne są tu przepędzane po Camino – to niezbyt piękna strona tej najbardziej znanej i najpopularniejszej ze wszystkich Camino. Sprawę dodatkowo utrudniało to, że zbliżał się 25 lipca. Tego dnia w tym regionie, zwłaszcza w Galicji, a przede wszystkim w Santiago, obchodzi się dzień św. Jakuba ku czci Apostoła. Żeby zdążyć na ten dzień do Santiago, właśnie w tych dniach na drogę wyruszało jeszcze znacznie więcej pielgrzymów niż zwykle.
Razem doszliśmy do Barbadelo, gdzie zatrzymaliśmy się w pensjonacie i nocowaliśmy niemal luksusowo w małych, eleganckich pokojach 5-osobowych. Pęcherze, jak musiałem teraz stwierdzić, mocno się zaogniły i bolały tak bardzo, że zacząłem myśleć o dniu odpoczynku. W ciągu ostatnich 6 dni pokonałem już 207 kilometrów, co wyraźnie przekraczało zakładaną średnią 30 km dziennie. Można więc powiedzieć, że wychodziłem sobie dzień przerwy. Decyzję odłożyłem jednak na jutro. W schronisku poznaliśmy Xaviera. To hiszpański lekarz, obecnie profesor „public health” na amerykańskim uniwersytecie.
We trzech poszliśmy na kolację do miejscowej restauracji. Wybraliśmy galicyjskie danie narodowe „pulpo” (ośmiornica, nie mylić z kałamarnicą!)
Ośmiornicę gotuje się, a macki kroi na kawałki. Polewa się je oliwą z oliwek, posypuje papryką w proszku i gruboziarnistą solą morską. Smakuje pysznie, ale nie muszę tego jeść codziennie. Potem wcześnie poszliśmy spać.

Amerykańskie siostry i Xavier, lekarz…

Boli „bardziej”, niż wygląda!

…i znowu bociany..!

Mała przekąska w Sarrii razem z Rodolfem

Pulpo…. Całkiem da się zjeść!
20.07.2014: Dzień przerwy
Postanowiłem zrobić sobie tego dnia przerwę. Z perspektywy czasu była to zdecydowanie właściwa decyzja, bo myślę, że niewiele brakowało mi do sepsy.
Najpierw pojechałem taksówką do Portomarín, gdzie w aptece kupiłem porządną maść na pęcherze i opatrzyłem rany. W gospodzie tuż przy kościele czekałem na przybycie Rodolfa. Dotarł do Portomarín jakiś czas później i przysiadł się do mnie. Umówiliśmy się, że pojadę taksówką jeszcze kilka miejscowości dalej i poszukam nam miejsca w schronisku. Okazało się to trudniejsze, niż myślałem. Z powodu licznych czterodniowych pielgrzymów w pierwszych dwóch schroniskach nic nie wskórałem. Dopiero w Palas de Rei udało mi się zdobyć dwa ostatnie łóżka. Kiedy Rodolfo dotarł, poszliśmy razem na kolację do restauracji. Na przystawkę były krążki kalmarów. Były tak pyszne, że chyba już nigdy nie tknę tych gumowych krążków, które sprzedaje się u nas w zamrażarkach. Rachunek, nawiasem mówiąc, zapłacił Rodolfo! Umówiliśmy się, że w ramach rewanżu odwiedzi mnie w domu. Wtedy będę mógł pokazać się od tej hojnej strony! Wizyta jeszcze się nie odbyła, ale jesteśmy w kontakcie mailowym i jedno jest pewne: wizyta się odbędzie!!! Bardzo się już na nią cieszę!
Z pełnym brzuchem poszedłem spać.

Wystawna kolacja w Palas de Rei!

Kościół w Portomarín

Wciąż się gapisz?!?

Wygłupy dają radość!

Rodolfo i ja przy kolacji.

Najlepsze krążki kalmarów, jakie kiedykolwiek jadłem!

Sałatka „mixta”
21.07.2014: Palas de Rei – Arzúa (30,4 km, 6 h 46 min)
Przerwa bardzo dobrze zrobiła moim stopom. Ból był znacznie łatwiejszy do zniesienia. Rodolfo i ja wyruszyliśmy osobno, jak każdego ranka, ale po jakimś czasie znów wpadliśmy na siebie. Kiedy tak znów szliśmy obok siebie, dogoniła nas atrakcyjna Meksykanka o imieniu Claudia. Bez ogródek wcisnęła mi do ręki swoje kijki do nordic walkingu z uzasadnieniem, że „idę tak nierówno, że bardziej ich potrzebuję niż ona, tak blisko celu”. Ten prezent przyjąłem z wdzięcznością i bardzo chętnie. I jako sceptyk nordic walkingu muszę przyznać, że te kijki naprawdę ułatwiły mi marsz! Claudia poszła potem dalej sama, a Rodolfo i ja także szliśmy ramię w ramię coraz dalej w stronę Santiago. Upał był tego dnia niemal nie do zniesienia, do tego dochodziły paskudne zejścia i podejścia. Kiedy w pewnej chwili spojrzałem na swoje ręce, pomyślałem, że są pokryte kropelkami potu. Ale tak nie było! Były to pęcherzyki od upału! W cieniu dużej jabłoni wysmarowałem się więc jeszcze raz solidną porcją kremu z filtrem. Pęcherzyki zniknęły potem w ciągu pół godziny. Razem szliśmy dalej aż do Arzúi. Przy wejściu do miasteczka Rodolfo zrobił sobie przerwę. Ja poszukałem schroniska na końcu długiej miejscowości. Rodolfo po przerwie poszedł jeszcze kilka kilometrów dalej. Jego plan był taki, żeby już jutro, 22 lipca, być w Santiago, a potem wyjść z miasta w kierunku Finisterre, zanim z okazji świąt zrobi się kompletnie zatłoczone. Ja natomiast zostałem w Arzúi i najpierw zaszedłem do przytulnej gospody. W Arzúi było naprawdę tłoczno. Powodem jest to, że tutaj do Camino Francés dołączają dodatkowo Camino Primitivo, Camino del Norte i Vía de la Plata i od tego miejsca wspólnie prowadzą do Santiago. Pielgrzymia autostrada zostaje niejako rozbudowana z jednego pasa do czterech. Logiczne, że wtedy w drodze jest też więcej pielgrzymów.
Po zimnym piwku i smacznej kolacji znowu wcześnie poszedłem spać.

Naprawdę dobre, to Estrella!

Na pogodę naprawdę nie można było narzekać…

A teraz zabieramy się ośmiornicy do macek!

Mała przekąska w porze obiadu… Regionalny gulasz z zupą i pulpo…

Nie można zaniedbywać nawodnienia…

Dotarłem do Arzúi… Najpierw coś małego na ząb!

Przystawka w menu pielgrzyma

Danie główne w menu pielgrzyma
22.07.2014: Arzúa – Lavacolla (29 km, 6 h 15 min)
Ten odcinek minął bez większych wydarzeń. Przez potężne lasy eukaliptusowe koło O Pedrouzo wchodzi się na ostatnie 20 kilometrów. W tym miejscu znowu zacząłem rozmyślać. O czym, już dokładnie nie pamiętam. Jedna myśl jednak została mi w pamięci. Kiedy idzie się kilkusetletnim szlakiem pielgrzymim, zaczyna się myśleć, kto to wszystko szedł już po tym właśnie kamieniu, o który się właśnie potknąłem. Hape Kerkeling na przykład. Ale ilu to było ludzi? Milion? Dziesięć milionów? Nie mam pojęcia. Ale naprawdę chciałbym to wiedzieć! I jeszcze jedna fajna gra myślowa: jak długa byłaby kolejka, gdyby wszyscy pielgrzymi, którzy kiedykolwiek dotarli do Santiago, ustawili się jeden za drugim? Pierwszy pielgrzym jakubowy, według literatury był to Alfons II „Czysty”, stoi tuż przed grobem św. Jakuba, a wszyscy kolejni pielgrzymi w kolejce za nim! Jak długa byłaby ta kolejka? 100 kilometrów? 1000 kilometrów? To pytanie wydaje mi się bardzo ciekawe! Z tymi grami myślowymi przeszedłem ten etap niemal jak w transie.
Już za lotniskiem w Santiago, zaledwie jakieś 10 kilometrów od Santiago, zafundowałem sobie coś zupełnie wyjątkowego. Nocleg w hotelu w Lavacolli! Zupełnie sam! Żadnego chrapania, żadnego pierdzenia, własny prysznic, świeża pościel; cudownie!
Po smacznej kolacji poszedłem spać, pełen radosnego oczekiwania na kolejny dzień.
Mała anegdota o Lavacolli:
Dawniej był zwyczaj, żeby obmyć się w małym strumieniu w tej miejscowości, by dotrzeć do Santiago czystym i niecuchnącym. Zwyczaj ten opiera się jednak prawdopodobnie na nieporozumieniu. Najwyraźniej doszło do błędu w tłumaczeniu. Zamiast poprawnie przetłumaczyć „Lavacolla” jako „pełna rumoszu”, francuski mnich Aymeric Picaud, autor średniowiecznego przewodnika dla pielgrzymów, zrozumiał „Lava coleo”, co znaczy mniej więcej „umyć sobie genitalia”. Mycie i tak chyba nikomu nie zaszkodziło. (Można o tym przeczytać w przewodniku Rothera!)

Malowniczo… Cudownie!

I zawsze pamiętaj o selfie!

Impresje

Las eukaliptusowy koło O Pedrouzo

…

Impresje

Gratis do menu pielgrzyma

I znowu te świeże frytki… Kocham je!
23.07.2014: Lavacolla – Santiago de Compostela (13 km, 2 h 37 min)
Znowu wyruszyłem punktualnie o 7:00. Po nieco ponad godzinie dotarłem na Monte do Gozo, „Górę Radości”. Stąd po raz pierwszy można dojrzeć katedrę w Santiago. Po selfie przed pomnikiem upamiętniającym wizytę papieża w 1993 roku ruszyłem na ostatnie kilometry.
O 9:28 nadeszła ta chwila. Jeszcze przez łukowe przejście i nagle stoisz tam; na placu przed katedrą. Przy kamieniu kilometra zero! Cel osiągnięty, ale jakoś radość nie chce się tak naprawdę pojawić. Wyobrażałem sobie przybycie bardziej spektakularnie; ale mimo wszystko – dokonało się. Ostatecznie 280 kilometrów w 9 dni marszu. Po kilku minutach nieruchomego wpatrywania się w katedrę poszedłem do Oficina del Peregrino, gdzie wystawiono mi moją Compostelę. Potem spotkałem się z Rodolfem, który załatwił nam już 2 miejsca w schronisku. Kiedy zostawiłem plecak w schronisku, o 12 poszliśmy na mszę dla pielgrzymów. Punktem kulminacyjnym była oczywiście ceremonia z botafumeiro. Przed rozpoczęciem mszy prawie we wszystkich językach świata kilkakrotnie powtarzano, że filmowanie i fotografowanie podczas nabożeństwa jest zabronione. Kiedy się zaczęło, co najmniej 90% wszystkich pielgrzymów trzymało w rękach komórki i aparaty, filmowało i robiło zdjęcia. Ja, na przekór pokusie, tego nie zrobiłem. Po mszy Rodolfo i ja poszliśmy coś zjeść. Znaleźliśmy restaurację, w której zjedliśmy wspaniały kotlet wołowy. Potem Rodolfo poszedł do schroniska, a ja poszedłem do miasta i przez dwie godziny przyglądałem się barwnej krzątaninie. Bardzo ciekawe i nieco surrealistyczne. Wciąż nie mogłem do końca pojąć, że dotarłem do celu. Wieczorem zaopatrzyliśmy się z Rodolfem w supermarkecie w wędlinę, ser, chleb, pistacje, brzoskwinie i czereśnie i spokojnie zjedliśmy w ogrodzie schroniska. Na koniec jeszcze cygaretka, którą postawił Rodolfo, i do łóżka. Następnego ranka Rodolfo jak zawsze wstał wcześnie i po krótkim pożegnaniu wyruszył w drogę na koniec świata.
Kiedy porządnie się wyspałem do 9, poszedłem najpierw na wielki plac przed katedrą. Trwały tam w najlepsze przygotowania do święta św. Jakuba. Kilka stacji telewizyjnych ustawiało wozy transmisyjne, reporterzy relacjonowali na żywo w hiszpańskiej telewizji. Po długim przyglądaniu się barwnej krzątaninie ruszyłem na lotnisko. Około 18 wylądowałem z powrotem w Niemczech; podróż dobiegła końca!

Już niedaleko! Cel wkrótce osiągnięty…

Na Monte do Gozo

Monte do Gozo

Pomnik upamiętniający wizytę papieża

Wejście do miasta …. Już tylko kilkaset metrów

9:28: Jestem tuuuuuu!

U celu!

Katedra! Oto i ona!

Przy grobie Apostoła

Relikwiarz Apostoła

Tuż przed mszą dla pielgrzymów

Moja Compostela

…i certyfikat odległości

Przed katedrą

W uliczkach można w spokoju przyglądać się barwnej krzątaninie

… u kolegów…

Kotlet wołowy… Daje siłę! I zasłużona nagroda!

Kolacja w schronisku z Rodolfem…
W 9 dni przeszedłem 280 kilometrów i mimo piekielnego bólu spędziłem wspaniały czas. Mogę tylko każdemu polecić, żeby też kiedyś wyruszył w drogę. Obojętnie z jakiego powodu.
Warto!
Buen Camino!
Szlak w Camino Ninja
Camino Francés – także opisaną tutaj ostatnią jedną trzecią od León do Santiago de Compostela – znajdziesz z etapami, mapą i noclegami w Camino Ninja: Camino Francés.