Wróć do historii

Ökumenischer Pilgerweg 2013: z Görlitz do Wurzen

Andrea i Gert Kleinsteuberowie w 2013 roku idą Via Regia z Görlitz przez Górne Łużyce i dolinę Łaby do Wurzen – część 2 ich Ökumenischer Pilgerweg.

8 października 202616 min czytania
Ökumenischer Pilgerweg 2013: z Görlitz do Wurzen

Andrea i Gert Kleinsteuberowie w 2012 roku przeszli Ökumenischer Pilgerweg od swojego domu pod Delitzsch aż do Eisenach. W 2013 roku przyszła kolej na drugą część: pociągiem dojechali do Görlitz, a stamtąd pieszo wracali w stronę domu – przez Górne Łużyce, przez Bautzen, Kamenz, Großenhain i Strehla nad Łabą, aż do Nepperwitz koło Wurzen. Gert opowiada o dziesięciu dniach wędrówki pełnych spotkań, deszczu, zimna i saksońskiej gościnności.

Oryginalną relację znajdziesz na blogu Gerta: gertkleinsteuber.blogspot.de


Dzień przyjazdu: pociągiem z Delitzsch do Görlitz

Przed każdą podróżą ma się w głowie jakieś obrazy i próbuje się sobie wyobrazić, jak tam, dokąd się jedzie, wygląda i jak to będzie. A ponieważ rzeczywistość jest zwykle jeszcze piękniejsza albo przynajmniej inna niż to, co się sobie uroiło, wyruszamy już po raz piąty, żeby te obrazy wyprostować. I po 10 dniach chcemy znów dotrzeć do domu. Ale najpierw idziemy na dolny dworzec w Delitzsch. Jest jeszcze ciemno, w domu zimno, a wczorajszy dzień wciąż siedzi mi w kościach. Wczoraj bowiem w naszej miejscowości odbywały się krajowe dożynki. Impreza połączona była z cieszącym się już długą tradycją świętem w gospodarstwie naszego miejscowego plantatora ziemniaków. Tradycją jest też, że jako stowarzyszenie miłośników regionu i ochotnicza straż pożarna pomagamy w organizacji. Tak więc położyłem wiele metrów kabla, zainstalowałem nagłośnienie, a wieczorem wszystko z powrotem rozebrałem. Pewnie znowu uzbierało się kilka kilometrów, no i zrobiło się późno.

Nasze plecaki

A to oznaczało, że ostatnie przygotowania do podróży odbyły się dopiero późnym wieczorem. Jak zawsze rozłożyłem całą zawartość plecaków na podłodze, żeby niczego nie zapomnieć. Rano jeszcze jedno kontrolne spojrzenie – wszystko jest. Plecak wydaje się wypełniony tylko do połowy, choć mamy już w nim kolację i prowiant na drogę. Może wystarczyłby też mniejszy Deuter, który jednak jest o 400 g cięższy. No nic, wszystko spakowane, świeżo zaimpregnowane woskiem buty trekkingowe, które przez najbliższe dni poniosą mnie przez Saksonię, zasznurowane. Już drzwi trzaskają w zamku, a ostatnie spojrzenie za siebie pozwala naszemu domowi zniknąć w ciemności. Coś jeszcze uwiera. Minie trochę czasu, zanim znajdę optymalne ustawienie pasków plecaka. W milczeniu idziemy obok siebie, jeszcze trochę zmęczeni, ale w radosnym oczekiwaniu na nadchodzące dni.

Do dolnego dworca nie jest daleko. Po 20 minutach biegniemy ostatnie metry do pociągu, który stoi już przy peronie gotowy do odjazdu. To pociąg wcześniejszy niż nasz, który ledwo co złapaliśmy – właściwie bez sensu, bo w Lipsku i tak mamy wystarczająco dużo czasu na przesiadkę, a teraz będziemy tam czekać jeszcze dłużej. Ale na nowoczesnym i tętniącym życiem dworcu głównym w Lipsku czas powinien szybciej zlecieć.

W pociągu do Lipska

Andrea pyta z niepokojem, czy w ogóle wolno nam jechać tym pociągiem. Sprawdzam jeszcze raz w torbie i z ulgą stwierdzam, że wydrukowany bilet tam jest. „Tak, tak, będzie dobrze” – mówię. „Na tym krótkim odcinku kolej nie będzie tak skrupulatna” – choć wiem, że na moim wydrukowanym bilecie stoi, że wolno korzystać wyłącznie ze wskazanych środków transportu. Szybko jesteśmy w Lipsku i wysiadamy niekontrolowani. Nie, nie, nie w tym sensie! Chodzi mi o to, że nikt nas w pociągu nie skontrolował. I tak nigdy się nie dowiemy, czy nasz bilet był ważny, czy nie. No to mamy teraz jeszcze ponad trzy kwadranse.

Lipsk, dworzec główny

Ławki na peronie są twarde i śliskie. W moich nowych spodniach trekkingowych z Lidla (9,99 € !!) ślizgam się w tę i z powrotem po lakierowanym drewnie. Mnóstwo podróżnych wokół nas czeka na inny pociąg. A kiedy ten opuszcza dworzec, zostajemy na peronie prawie sami. Niewiele się to zmienia, gdy podstawiają ICE do Drezna. Po raz pierwszy ja, zdeklarowany samochodziarz, pojadę ICE. Andrea jest jeszcze w toalecie, kiedy z ciekawością zaglądam przez szyby wagonu bistro. Biorę więc oba plecaki i idę kawałek do przodu, mijając wagon 1. klasy. Andrea na pewno zobaczy mnie na wciąż prawie pustym peronie. Kiedy w końcu wraca, mogę zamienić niewygodne siedzisko na peronie na miękki fotel w ICE.

ICE Torgau

Dziecinnie cieszę się z przeszklonych drzwi do przedziałów, które jak na statku kosmicznym Enterprise wydają syczące dźwięki, kiedy jak za sprawą ducha rozsuwają się przed nami na boki. Pffft – robi się znowu za nami i jest… cisza. To pierwsze, co rzuca mi się w oczy. Wybieramy miejsce przy stoliku, siadamy naprzeciwko siebie. Andrea zabrała kawę i ciastka, więc w tym przyjemnie cichym otoczeniu możemy zjeść śniadanie. Całość ma w sobie coś z wnętrza samolotu. Jestem zachwycony. Już mniej zachwycony jestem, kiedy w naszym przedziale rozsiada się właśnie cała klasa szkolna. Andrea mówi: w domu nie chce im się gęby otworzyć i każde słowo trzeba z nich wyciągać, a tutaj, między sobą, żaden temat nie jest zbyt głupi, żeby go głośno nie obgadać, trajkocząc jak najęci. Tak, tak, kochane dziateczki!

Krajobraz przesuwa się za oknem

Krótko mówiąc – w mniej więcej godzinę byliśmy w Dresden-Neustadt, i to aż do ostatniego odcinka przed dworcem Neustadt w zawrotnym tempie. Nie ma porównania z dawnymi czasami, kiedy przez dwa lata co 14 dni musiałem pokonywać tę trasę, przeważnie na stojąco, pociągiem pospiesznym Deutsche Reichsbahn. Jedną czwartą mojego cennego weekendu w domu spędzałem w ten sposób w szponach Deutsche Reichsbahn. Co tam można było przeżyć, starczyłoby na całe książki. To z pewnością zaleta podróży koleją w porównaniu z samochodem: ma się czas, żeby zająć się okolicznościami i ludźmi wokół siebie i zmierzyć się z nimi. Teraz jednak zajmujemy się dworcem Neustadt. Przez roboty budowlane chodzimy po schodach w górę i w dół i przez ciemne, brudne korytarze, żeby dostać się do hali dworcowej.

Drezdeński Eierschecke

I jesteśmy kompletnie zaskoczeni tym, co tam widzimy. Bo choć perony są brzydkie, to halę zrobili naprawdę ładnie. Wydaje mi się jasna i przyjazna, kiedy wchodzimy do niej z ciemności zapuszczonego przejścia. Od razu wpadają mi w oko dwa stoiska z jedzeniem. Stara pielgrzymia mądrość: jedz wtedy, kiedy coś jest, a nie wtedy, kiedy jesteś głodny. Później może już nie być okazji. I już stoją przed nami dwa kubasy kawy i dwa talerzyki z drezdeńskim Eierschecke. Kto nie jadł jeszcze drezdeńskiego Eierschecke albo w ogóle go nie zna, co jest wręcz nie do pomyślenia, ten nie żył! Z ostatnią łyżeczką stwierdzam jednak – za dużo! Znowu oczy były większe niż żołądek. Zawsze potwornie mnie to złości, bo przecież w ten sposób sam się przyczyniam do tego, że moje ciało rośnie w złą stronę. Muszę schudnąć! Przy bagażu oszczędzam na każdym gramie, a sam noszę ze sobą kilogramy zbędnego balastu. Ale najpierw trzeba pokonać wewnętrznego lenia. A czy pielgrzymowanie mi w tym pomoże, co do tego mam już mieszane uczucia. Na pierwszej drodze (800 km w 5 tygodni) zgubiłem prawie 10 kg, które jednak szybko wróciły. Na pozostałych drogach ubyło mi zdecydowanie mniej. Może winna jest ta stara pielgrzymia mądrość, żeby jeść, kiedy coś jest. A może po prostu okazji jest za dużo. Zanim zacznę dalej się nad tym zastanawiać, nadchodzi pora, by dołączyć do czekających na peronie. „Uwaga, komunikat: pociąg regionalny do Görlitz ma przewidywane…” No nareszcie, teraz kolej wydaje mi się bardziej znajoma, przychodzi mi do głowy bez zaskoczenia. Opóźnienie mieściło się jednak w granicach rozsądku. Spalinowy zespół trakcyjny wjeżdża z hukiem do hali dworcowej i robi się mały tłok, zanim docieramy do naszych miejsc. Kiedy pociąg rusza, od razu rozumiem, dlaczego prawie nikt nie chciał mi tego miejsca odebrać. Siedzę tu chyba prosto na silniku Diesla, powiedziałem Andrei. Co za kontrast z ICE. Ledwo słychać własne słowa. Trasa do Görlitz przez Bischofswerdę i Bautzen nie jest zelektryfikowana, więc kursują tu te spalinowe składy, które sporą część paliwa zużywają chyba na robienie hałasu. Z myślą, że całą tę drogę za oknem będę musiał przejść z powrotem, wyglądam przez okno i obok nowych rzeczy odkrywam też wiele dobrze znanych. Bischofswerda i sylwetka Bautzen są mi bliskie.

Dworzec w Görlitz

W Görlitz jednak jeszcze nigdy nie byłem. Słyszałem już o Görlitz wiele. To najdalej na wschód wysunięte miasto Niemiec, ma niemal całkowicie zachowane historyczne centrum, dlatego Hollywood chętnie wykorzystuje je jako plan filmowy i nakręcono tu już wiele znanych na całym świecie filmów. Słyszałem też, że miasto co roku dostaje od szlachetnego, lecz nieznanego darczyńcy 500 tysięcy euro na renowację, i uważam za godne uwagi i podziwu, że dobroczyńca nie życzy sobie w mieście żadnego pomnika i chce natychmiast wstrzymać wpłaty, jeśli ktoś ujawni jego tożsamość. Znam też z prasy i telewizji przepychanki wokół przepięknego secesyjnego domu towarowego. Obraz, jaki mam o tym mieście, pochodzi głównie ze zdjęć albo z telewizji. To oczywiście podsyca moją ciekawość, kiedy stoję na placu przed dworcem i próbuję się zorientować. Przyglądam się dokładniej i znów dość szybko zauważam: obrazy w mojej głowie mocno odbiegają od rzeczywistości.
W domu nie lubię krzywo wiszących obrazów na ścianach i ciągle je prostuję.
Wyruszmy więc znowu, żeby wyprostować obrazy w głowie.

Dzień w Görlitz

Ta szeroka ulica, w którą wszyscy skręcają, wydaje się właściwa, powiedziałem do Andrei, kiedy wychodzimy z dworca. Berliner Straße – to też brzmi bardzo poważnie. I już ruszyliśmy za grupą pieszych. O mało nie przegapiłem zielonego światła, bo chciałem jeszcze szybko zrobić zdjęcie dworca. Szybko przebiegam jeszcze przez ulicę.

Secesyjny portal przy Berliner Straße

Tak, to musi być tutaj. Bo ulica przechodzi w deptak – znak, że zbliżamy się do centrum. Poza kilkoma szarymi pozostałościami, które czekają na remont, już tutaj pierzeje ulic ładnie się prezentowały. Rzuca mi się w oczy duży secesyjny portal po prawej stronie ulicy, który mocno wystaje z linii zabudowy. I już znowu mam aparat w ręku. Tam, drogowskaz! Jesteśmy więc na Postplatz, dobrze widać budynek poczty w tym stylu, w którym w epoce grynderskiej budowano chyba jednocześnie wszystkie poczty w Niemczech.

Dajemy się skusić tabliczce „Theaterpassage” na mały objazd, żeby i tak wylądować na Marienplatz. „Teraz najpierw sprawdzę, gdzie jesteśmy i dokąd musimy iść, i zadzwonię do schroniska” – mówię do Andrei i kieruję się do wolnej ławki. I podczas gdy uruchamia się GPS, wystukuję w komórce numer schroniska. Niestety odzywa się tylko automatyczna sekretarka. Grzecznie nagrywam swoją formułkę, że jesteśmy tymi dwojgiem pielgrzymów, którzy kilka dni temu się tu zgłosili, i że to jest mój numer do oddzwonienia. Ha, znalazłem: Langenstraße 43, tam musimy iść. I już maszerujemy dalej. Właściwie miałbym na to dość czasu. Ale zdjęcia słynnego domu towarowego z secesyjną fasadą przy Marienplatz niestety brakuje w mojej kolekcji.

Na Obermarkt

Między zaparkowanymi samochodami przechodzimy przez Obermarkt, a ja mam GPS przed nosem. Tu po prostu nie ma jeszcze muszli, które prowadzą do schroniska, a papierowych map nie znoszę. Po pierwsze papier jest cholernie ciężki, a po drugie zawsze miałem problem z tym, żeby te rzeczy z powrotem porządnie złożyć. Oczywiście już rozglądam się za motywami do zdjęć. I wtedy wpada mi w oko bardzo smukła wieża kościelna. To wieża kościoła Świętej Trójcy, dawnego klasztoru franciszkanów. Dopiero z daleka udaje mi się zmieścić ją całą w poziomym kadrze. Ależ ona długa i wąska, jakoś zupełnie inna niż wieże kościelne, które zazwyczaj znam.

Fontanna św. Jerzego na Obermarkt

Ewangelicka Misja Miejska przy Langenstraße 43

Przed nią piękna fontanna z miejskim pachołkiem z halabardą. Takie fontanny znałem dotąd tylko ze Szwajcarii i przypominam sobie bardzo podobną w Sion. To byłoby dobre miejsce na spotkanie z Uwe, bo według GPS-u nasze schronisko nie było już daleko. Uwe znam z forum pielgrzymów. Jest z Görlitz, sam też przeszedł już öP i spontanicznie zaproponował, że pokaże nam swoje miasto. SMS-em zapowiedziałem mu już nasze przybycie na Marienplatz. Ale teraz do schroniska. Prezentuje się w bardzo pięknej szacie. Dom swoją formą reprezentuje barokową architekturę Görlitz i był domem mieszkalnym założyciela Górnołużyckiego Towarzystwa Naukowego, Karla Gottloba Antona (doczytałem). Dziś mieści się w nim ewangelicka Misja Miejska, która udziela pielgrzymom noclegu. Przy wejściu wisi kartka. To dobry znak. A na niej napisane jest, do kogo mamy zadzwonić. Kompletnie zaskoczona pani wpuszcza nas do środka i mówi, że spodziewała się nas dopiero jutro. Nie, nie, zgłosiłem nas na dzisiaj, a nawet już dzwoniłem i nagrałem się na sekretarkę. Ona na to, że tylko na jutro zgłosiły się dwie osoby o nazwisku Kleinschmidt. Na pewno chodzi o nas, mówię, dodając, że nasze nazwisko już nieraz przekręcano. Dopiero przy płaceniu dostrzegam nasz, a raczej mój błąd. Jesteśmy w złym domu. Nawet na moje pytanie, czy jesteśmy w domu gościnnym Peregrinus, kobieta odpowiada: tak, tak. Chyba mnie po prostu źle zrozumiała.

Nasz pokój

Dałem się nabrać na błąd we własnej tabeli, wysoko chwalonej przez innych użytkowników. Online tabela ma właściwy adres. Ja zabrałem ze sobą wydruk wcześniejszej wersji. Dla wszystkich, którzy jeszcze nie wiedzą: kiedyś usiadłem i zebrałem wszystkie istotne informacje o schroniskach pielgrzymich na Ökumenischer Pilgerweg, takie jak adres, numery telefonów, osoby kontaktowe, szczególne cechy, wyposażenie, koszty i atrakcje w danej miejscowości, i zestawiłem je w tabeli Excela. Przewodnik pielgrzyma jest wprawdzie bardzo ładnie wydany, ale też dość ciężki. Dla kogoś, kto liczy gramy tak jak ja, to absolutne no-go. No i w tej tabeli numer 43 przy Langenstraße występuje właśnie dwa razy. Właściwie powinniśmy byli trafić pod 47. Tam mieści się dom gościnny Peregrinus, w którym się zgłosiliśmy. Hmm, i kosztuje połowę tego. Ale 20 euro ze śniadaniem to też bardzo tanio, więc po porozumiewawczym spojrzeniu zgodziliśmy się zostać tutaj i nie wyjaśniać dalej pomyłki. (Zadzwoniłem jednak jeszcze do Peregrinusa, żeby przeprosić.) To przecież skomplikowane: dwa schroniska przy jednej ulicy, jedno nieosiągalne, niemal identyczne nazwisko dwojga innych zgłoszonych gości, a do tego oczywiste nieporozumienie z kobietą, która nas wpuściła.

Andrea w kuchni schroniska

No, ładnie się zaczyna, myślę. Ale kiedy widzę dom i pokój, stwierdzam: no, mogliśmy trafić gorzej. W pokoju dwuosobowym jest nawet telewizor, co dziś nie jest bez znaczenia, bo odbywają się wybory do Bundestagu. Swój głos oddaliśmy już korespondencyjnie. (Dziwne wyrażenie, moim zdaniem. To potem już się żadnego nie ma??) Zwykle na szlaku pielgrzymim unikamy wszelkiej konfrontacji z mass mediami, co działa bardzo wyzwalająco i kojąco. Ale w taki dzień człowiek jednak chce wiedzieć, jak zakończyły się wybory. Rozgaszczamy się – to znaczy rozkładamy śpiwory na łóżkach, coś jemy i idziemy do wspomnianej fontanny, przy której umówiliśmy się z Uwe SMS-em. Uwe jako pracownik miasta został oddelegowany do pracy w lokalu wyborczym i wziął sobie dla nas kilka godzin wolnego.

W kościele Świętej Trójcy

Oczywiście jesteśmy trochę za wcześnie i wykorzystujemy ten czas, żeby obejrzeć kościół Świętej Trójcy. Pytam o pozwolenie na fotografowanie, które kosztuje 1,50 €. „Jeśli zapłaci pan od razu trzy euro, dostanie pan ode mnie kwit, z którym może pan fotografować we wszystkich kościołach w mieście” – mówi pracownik przy ladzie. Oczywiście tak robimy. I już stoimy pośrodku ogromnego wnętrza. I zanim zacznę tu wszystko drobiazgowo opisywać, wolę wstawić link. Oczywiście korzystam z dopiero co nabytego pozwolenia i znajduję wiele ciekawych motywów. Potem robi się pora i stajemy dobrze widoczni obok fontanny. Od razu rozpoznaję Uwe, choć widziałem go tylko raz na portretowym zdjęciu w internecie. Witamy się jak starzy przyjaciele i on od razu zaczyna opowiadać o swoim mieście. Duma z niego jest wyczuwalna w każdym jego słowie. Najchętniej włączyłbym dyktafon. Bo i tak nie da się tego wszystkiego zapamiętać naraz. Wystrzegam się prób opowiedzenia tu wszystkiego od nowa. Pojedźcie sami do Görlitz. Obejrzyjcie to, a zrozumiecie, że ze średniowiecznego centrum miasta można zrobić coś innego niż bezosobowy i wymienny deptak handlowy, który od miasta do miasta różni się tylko tym, że świątynie konsumpcji stoją w innej kolejności. I nawet bez tej przerośniętej oferty konsumpcyjnej takie miasto może sprawiać wrażenie żywego.

Ratusz przy Untermarkt

O każdym domu Uwe ma do opowiedzenia jakąś anegdotę, więc pytam go, czym zajmuje się zawodowo. „Jestem komendantem straży pożarnej w mieście” – odpowiada. No, teraz już rozumiem, skąd tyle wie o mieście. Kto inny, jeśli nie straż pożarna, powinien dobrze się orientować w takiej plątaninie krętych, przez stulecia przebudowywanych i rozbudowywanych staromiejskich kamienic. I już się przede mną żali, jakie problemy sprawia egzekwowanie ochrony przeciwpożarowej w takim mieście. Prowadzi nas przez Untermarkt, opowiada coś o bardzo ciekawym zegarze ratuszowym i pokazuje głowę, która wygląda z niego i co pełną minutę otwiera usta, a także schody ratuszowe, przy których na kolumnie stoi Justycja, i wyjaśnia, dlaczego ta Justycja nie ma opaski na oczach, jak to zwykle bywa.

Łuk szeptów w akcji

Prowadzi nas do łuku szeptów i pozwala nam samym wypróbować jego imponujące działanie. Wchodzimy na jedno z podwórek, których przejazdy bramne zawsze były tak zwymiarowane, żeby mieściły się w nich wozy pełne towarów. Wszędzie widać, że w średniowieczu była to ważna metropolia handlowa. Zawdzięcza to położeniu nad Nysą i oczywiście przy Via Regia. Wygląd i wyposażenie domów zdradzają, że w mieście było dużo pieniędzy, a mieszczanie dumnie to eksponowali. Dziś pieniądze napływają do miasta między innymi z nieznanego źródła. Bo co roku jest darowizna na Stare Miasto od hojnego anonimowego darczyńcy. Dawniej był to milion marek, a dziś pięćset tysięcy euro. Darczyńca nie życzy sobie pomnika i tylko małe aluminiowe tabliczki zdradzają, że dany dom został odnowiony dzięki tej darowiźnie. Mieszkańcy Görlitz mają oczywiście nadzieję, że darczyńca albo darczyńczyni jeszcze długo będzie cieszyć się dobrym zdrowiem.

Podwórko z rekwizytem filmowym

Na jednym z podwórek rzuca się w oczy szyld, który właściwie wcale nie pasuje do tej średniowiecznej scenerii. To pozostałość dekoracji filmowej. Wszystkie sceny hollywoodzkiego filmu W 80 dni dookoła świata z Jackie Chanem, których akcja dzieje się w Paryżu, nakręcono tutaj. Hollywood upodobało sobie Görlitz. Sceneria jest autentyczna i wymaga niewielu zmian. Görlitz posłużyło więc jako plan wielu filmom, dlatego mówi się też o „Görlywood”. Jego sensacyjna sceneria z budowlami renesansowymi, barokowymi czy kamienicami z epoki grynderskiej sprawia, że miasto wygląda jak historyczny park tematyczny, w którym można odegrać każdą epokę. Ku radości location scoutów – tych ludzi, którzy wyszukują miejsca zdjęciowe – w centrum miasta nie ma nowoczesnej architektury, która mogłaby zakłócić autentyczność. Filmy takie jak „Lektor” czy wspomniane już „W 80 dni dookoła świata”, „Bękarty wojny” albo niemiecka produkcja „Goethe” zostały nakręcone tutaj w całości lub częściowo. Wielu mieszkańców dorabia sobie kilka euro jako statyści. Wyobrażam to sobie jako coś bardzo ekscytującego.

Wzorowo odnowione domy przy Karpfengrund

Nagle Uwe zatrzymuje się przed właściwie niepozornym domem i pyta nas, co nam się w nim rzuca w oczy. Wpatruję się usilnie w dom, żeby odkryć ten zapewne niesamowicie interesujący szczegół. Jest zbudowany trochę niesymetrycznie, mówię. „Popatrz jeszcze dokładniej. Co zauważasz w oknach?” „Wszystkie są nowe oprócz jednego.” „I??” „Nie jest umyte.” Dopiero za drugim spojrzeniem dało się to dostrzec. I już Uwe opowiada historię o Gropiusie (mam nadzieję, że dobrze zrozumiałem nazwisko), znanym w całym mieście sknerze w typie Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa. Był tak skąpy, że nawet w sprawie własnego pogrzebu z góry ustalił, na co i ile pieniędzy wolno wydać. Żeby to skontrolować, Gropius sam przyglądał się własnemu pogrzebowi z owego okna. Każdy, kto potem wyglądał przez to okno, wkrótce umierał, dlatego od tamtej pory nikt już tego nie robił i okna też nigdy więcej nie umyto. Upiorna historia, po której miały później nastąpić kolejne. Najpierw jednak idziemy dalej przez Karpfengrund, gdzie stoją domy bardzo podobne do tych na starówce naszego rodzinnego miasta, do kościoła św. Piotra, czyli kościoła św. Piotra i Pawła. Na niego mamy jednak czas później, mówię do Uwe.

Waidhaus

Przy stromej ulicy schodzącej do Nysy rzuca się w oczy wielopiętrowy szary dom, Waidhaus. Nazywa się Waidhaus, bo dawniej składowano w nim urzet (Waid), barwnik. Ale jest dużo starszy, niż się wydaje, bo od pierwszej połowy XII wieku był częścią zamku władcy i miał też wieżę. Jednak jak wiele rzeczy w średniowieczu dom spłonął, a po odbudowie służył jako szkoła i jako wspomniany magazyn urzetu. Później był nawet remizą strażacką. A teraz mieści się w nim Görlitzer Fortbildungszentrum für Handwerk und Denkmalpflege e.V. – ośrodek doskonalenia zawodowego w rzemiośle i ochronie zabytków – jak pasuje.

Uwe pokazuje nam kamień, na którym umieszczono dwa znaki szlaku, jeden Zittauer Jakobsweg w kierunku Pragi i jeden Ökumenischer Pilgerweg, którym chcemy teraz iść przez 10 dni. Właściwie jutro rano musielibyśmy przyjść dokładnie tutaj, żeby naprawdę wyruszyć od początku drogi. Ale skoro już tu jesteśmy, to chyba możemy sobie to darować. Etap i tak będzie jednym z najdłuższych, a po drodze jeszcze Königshainer Berge. Uznajemy więc to dzisiaj za sygnał do startu. No i parę kilometrów dzisiaj już przecież przeszliśmy. Przez Nysę przechodzimy jeszcze do Polski. To naprawdę mało spektakularne i prawie nie czuć, że jest się w innym kraju. Taka właśnie jest Europa. I dobrze, że tak jest. Tutaj Uwe zwraca naszą uwagę na dużą tablicę, na której objaśniono różne drogi, które się tu krzyżują lub zaczynają.

Barokowy „Durchhaus” z dwoma podwórzami na wzór lipski

Z powrotem po niemieckiej stronie niestety przychodzi czas, żeby pożegnać się z Uwe. Musi wracać do ratusza, do liczenia kart do głosowania. Zanim to jednak nastąpi, prowadzi nas jeszcze, obok wspaniałych barokowych domów przy Neißestraße, raz jeszcze na Brüderstraße do fontanny św. Jerzego i opowiada nam historię o Klötzelmönchu – upiornie smutną opowieść o dziewicy, którą pewien mnich (wspomniany Klötzelmönch, nazwany tak od odgłosu, jaki wydają jego drewniaki, kiedy ciągnie za sobą za włosy zwłoki kobiety) zabija i zakopuje w kościele. Rozpoznaje go jednak włóczęga, który dał się zamknąć w kościele, żeby znaleźć dach nad głową. Zły mnich został skazany i zamurowany żywcem. Na domiar wszystkiego, i jakbym to przeczuwał, oczywiście dużo później znaleziono zamurowany szkielet w klasztorze franciszkanów. Kto chce usłyszeć tę historię dużo dokładniej, bardziej sugestywnie i straszniej, powinien dołączyć do nocnego zwiedzania miasta z aktorami, które odbywa się regularnie. Na koniec idziemy jeszcze w Verrätergasse, uliczkę Zdrajców, gdzie Uwe opowiada nam, dlaczego zegar kościoła Świętej Trójcy spieszy się o 7 minut: kiedyś buntownicy uknuli spisek przeciwko radzie miejskiej i chcieli ją obalić. Mała grupa buntowników znajdowała się w obrębie murów miejskich i umówionego czasu miała otworzyć bramy większej, uzbrojonej grupie. I jak to często przy takich spiskach bywa, znalazł się zdrajca, który wszystko donosi radzie. Ta wymyśla podstęp i każe przestawić zegar na wieży kościelnej o 7 minut do przodu. Przed bramami tego zegara nie było słychać. Wybija na przykład dziewiątą, grupa w mieście wychodzi z kryjówki i chce otworzyć bramy, ale w owej Verrätergasse zostaje schwytana przez miejskich żołnierzy. Teraz przy bramie miejskiej wystarczyło już tylko poczekać na prawdziwe wybicie godziny, otworzyć bramy i pojmać pozostałych łotrów. Wszystkich skazano na śmierć, a zegar od tamtej pory bije o 7 minut wcześniej niż pozostałe w mieście.

Replika kościoła Grobu Świętego

Z tą historią i radą, by koniecznie odwiedzić jeszcze Grób Święty, żegnamy się z Uwe słowami „W życiu zawsze spotyka się dwa razy”. I mam nadzieję, że kiedyś znowu się spotkamy, czy to na jednej z wielu dróg, czy jeszcze lepiej – jako przewodnicy po Görlitz. Mam już nawet pewien plan, ale nie chcę go od razu nim zaskakiwać, opisując go tutaj. Przyjdzie czas, przyjdzie rada.
Oczywiście idziemy teraz do Grobu Świętego, tak jak radził Uwe. W Europie jest wiele replik tego miejsca pielgrzymek. Wyjątkowe w tej w Görlitz jest to, że w swoim układzie, złożonym z kaplicy Adama i kaplicy Golgoty, kamienia namaszczenia i samego grobu, stoi tutaj pod gołym niebem, a nie, jak na przykład w Jerozolimie od czasów cesarza Konstantyna, w budowlanej osłonie. Budowa i historia grobu są dość dobrze wyjaśnione pod tym linkiem. Oczywiście pytam o pieczątkę pielgrzymią z Grobu Świętego i od razu ją dostaję.

Kościół św. Piotra i Pawła

Organy Słoneczne

Potem idziemy do kościoła św. Piotra i Pawła. Kierując się stronami świata, przemierzamy uliczki, których dotąd nie widzieliśmy i które pewnie także na co dzień omijają tłumy turystów. Na końcu czekają żelazne schody na Ochsenbastei. Stąd roztacza się piękny widok na Nysę i most staromiejski. Opisanie kościoła św. Piotra też by mnie przerosło. Dużo lepiej zrobiono to tutaj. Także tu dostajemy pieczątkę do naszego credencial. Jak każdy gotycki kościół, św. Piotra i Pawła wyróżnia się wysokimi sklepieniami, które zdają się unosić na smukłych filarach. Dzięki polichromii można tu pięknie dostrzec strukturę sklepienia sieciowego. Szczególną gratką dla oka i niewątpliwie także ucztą dla ucha są Organy Słoneczne. Nazwę zawdzięczają 18 słońcom, które znajdują się w prospekcie na grupach piszczałek. Organy odbudowane w 2004 roku według dawnego wzoru (stare były całkowicie zużyte – wystawiony jest jeden stary manuał) czerpią swoją pełnię i różnorodność brzmienia z 6085 piszczałek, 89 głosów, czterech manuałów i dwóch klawiatur pedałowych. Największa z piszczałek mierzy 7,82 metra. Odtworzono nawet barokowe rejestry, które potrafią naśladować głosy ptaków. Naprawdę imponujący instrument, który bardzo chciałbym kiedyś usłyszeć w akcji. Ale teraz po tylu dawkach kultury chce mi się pić. Całkiem niedaleko, nad brzegiem Nysy, niczym dziób statku wcina się w rzekę taras najdalej na wschód położonej restauracji Niemiec, Vierradenmühle. No, jeśli to nie jest okazja, żeby poszukać tam sobie miejsca.

Najdalej na wschód położona restauracja Niemiec

Długo szukać nie musimy, bo pogoda właśnie kontynuuje swoje starania, żeby wszystkim się narazić. Przez cały dzień było już pochmurno. No, przynajmniej pozostało sucho. I podczas gdy Andrea pochłania kawę i kawałek ciasta z owocami, ja delektuję się świeżo nalanym piwem Landskron z Görlitz. Ale kiedy się tak siedzi, robi się już dotkliwie zimno, więc szybko płacimy i wracamy do schroniska. Tam lecą już pierwsze prognozy wyników wyborów do Bundestagu i znowu rysuje się zwycięstwo CDU. Krajowi życzyłbym bezwzględnej większości, żeby wreszcie coś się ruszyło i żeby ktoś wreszcie wziął na siebie prawdziwą odpowiedzialność, a nie wszystko przeczekiwał albo zwalał winę na koalicjanta. Ale dość już tego, telewizor wyłączony. Idę jeszcze raz do miasta, żeby zrobić kilka zdjęć nocą. Wcale nie tak łatwo, bo starówka Görlitz jest tak autentyczna, że jest też dość skąpo oświetlona.

Mimo to udaje mi się zrobić kilka ujęć. Moje fotosafari kończy się nagle, kiedy pada mi akumulator, a zapasowy zostawiłem w schronisku. Coś takiego potrafi mnie wściec do czerwoności. Bo przy dużo mniej ważnych okazjach zawsze mam przy sobie naładowany zapasowy akumulator. Z powrotem w schronisku nie mam już jednak ochoty znowu wychodzić. I tak wcześnie zakopujemy się w naszych śpiworach.

Jutro czeka nas długi etap, a pogoda też nie ma być rewelacyjna – wprawdzie bez ciągłego deszczu, ale pochmurno i mżawka. Wyż, który Niemiecka Służba Meteorologiczna obiecywała nam jeszcze w zeszłym tygodniu, każe na siebie jeszcze trochę poczekać.

Dzień gór: Görlitz – Buchholz

Nareszcie nadszedł ten moment. Teraz zaczyna się na dobre. Ale najpierw pochwała dla mojego nowego śpiwora: dużo miejsca dla mojego ciała astralnego, przyjemna temperatura w środku, przyjemny materiał i mało miejsca, jakie zajmuje w plecaku. W porannej rutynie oboje jesteśmy już zawodowcami. Wystarczy kilka słów, żeby wszystko zorganizować. I tak rano nie jesteśmy gadułami. Każde ma swój rytuał. Zwykle wstaję pierwszy i idę do łazienki, potem podsuwam Andrei kosmetyczkę pod nos, a kiedy ona się szykuje, pakuję śpiwory i przygotowuję butelki z wodą. Gdybym szedł taką drogą sam, brakowałoby mi nie tylko jej, ale też tych zautomatyzowanych ruchów.

Śniadanie w misji miejskiej

Ze świstem uchodzi powietrze z praktycznego worka kompresyjnego z moimi rzeczami, kiedy go zwijam. To dźwięk, którego nie chciałbym rano fundować współpielgrzymom w pełnej sali noclegowej, jaką zna się z hiszpańskich szlaków. Dlatego w takich przypadkach zawsze robię to już wieczorem. Tu, w Niemczech, nie trzeba się obawiać karcących spojrzeń zaspanych pielgrzymich oczu. Jak to często bywa, jesteśmy sami i wczoraj też nie dostrzegłem w mieście nikogo, kto choćby w najmniejszym stopniu wyglądałby na pielgrzyma albo wędrowca. O śniadanie na szczęście nie musimy się dziś martwić. Piętro niżej już stoi na stole. Byłem tego pewien, bo jeszcze zanim wstaliśmy, słyszałem w domu krzątaninę.

A jak ten stół jest nakryty! „Śmiało, możecie sobie coś zapakować na drogę”. Nie trzeba nam tego dwa razy powtarzać i pakuję nam dwie kanapki. Powiem od razu: niosę je aż do celu etapu i służą nam za kolację. Lubię takie „dojrzałe” bułki, które przez cały dzień mogły nasiąkać aromatem tego, co na nich leży. Tak było już w dzieciństwie, kiedy odbierałem ojca z pracy, a on wyciągał z teczki swoje kanapki, żeby mi je dać. Miały zupełnie szczególny smak, który trudno opisać: mieszankę skóry tej teczki, papieru śniadaniowego i dokumentów, które nosił ze sobą. Trudno to sobie wyobrazić? Dla mnie to jednak piękne wspomnienie z dzieciństwa. W ogóle są smaki, aromaty i zapachy, które natychmiast przenoszą mnie do zdarzeń z dzieciństwa.

W deszczu do Ebersbach

Ale wróćmy do Görlitz. Krótkie pożegnanie i podziękowanie dla pani domu, i już stoimy na ulicy. O kurczę! Pada. Żadne z nas jeszcze nie wyjrzało przez okno albo po prostu tego nie zauważyliśmy. No cóż, kurtki przeciwdeszczowe i tak mamy na sobie, więc możemy od razu ruszać w drogę. Uwe opisał ją nam poprzedniego dnia całkiem dobrze i bez większego trudu znajdujemy drogę wyjścia z miasta. Szkoda, że Görlitz żegna nas taką pogodą. W słońcu nawet najnudniejszy odcinek ma swoje piękne strony. My jednak idziemy w mżawce wciąż pod górę (a może tylko tak się wydaje, bo nogi jeszcze nie bardzo chcą) obok szpitala aż do granicy miasta. Tam wreszcie skręcamy z ruchliwej ulicy w lewo w polną drogę, by zaraz potem znów na nią trafić. Ale to żaden problem, bo wkrótce znajdujemy się na pustej ścieżce rowerowej, z której asfaltu aż ocieka woda. Bo teraz pada jeszcze mocniej.

Obiecany tu widok dziś odpada

Przez szkła okularów widzę okolicę tylko jak przez mgłę. Przy tej paskudnej pogodzie i tak nie widać daleko. Dobrze chociaż, że oznakowanie jest dobre, więc nie czuję potrzeby sięgać po GPS. I tak mam co robić, żeby jako tako chronić aparat przed wodą. Bo tu i ówdzie, mimo marnych widoków, robię kilka zdjęć jako pomoc dla pamięci i żeby wypróbować GPS. Ten aparat zapisuje ślad i jestem ciekaw, jak to wpłynie na czas pracy baterii. Z braku innych rozrywek właśnie nad takimi rzeczami rozmyślam w marszu. Nad sensem czy bezsensem łażenia z ciężkim plecakiem na grzbiecie w warunkach, w których nawet psa bym nie wygonił za drzwi, wolę w tej chwili w ogóle się nie zastanawiać. Mój humor spadłby wtedy jeszcze bardziej do zera. Tak, przyznaję: bardzo chętnie jestem pielgrzymem od ładnej pogody. A teraz mam zły humor i złoszczę się na niespełnione dobre prognozy niemieckiej służby meteorologicznej z zeszłego tygodnia. Twierdzą, że obliczyli wzrost temperatury na sto lat naprzód, a nie potrafią nawet wiarygodnie przewidzieć najbliższych pięciu dni – niepojęte! Akurat tutaj, gdzie tablica przy drodze obiecuje mi piękny widok na Landeskrone (górę-symbol Görlitz) i leżące daleko na południowym wschodzie Góry Izerskie, nie widać kompletnie nic poza szarymi chmurami, z których nieustannie mży. Dlaczego ciągle to podkreślam? Bo teraz jestem marudny. Ale spójrzmy na to pozytywnie: mogłoby też padać pęcherzami. Krótkie przerwy, kiedy akurat nie mży, przynajmniej pozwalają nogawkom moich spodni znów wyschnąć.

Ebersbach, gmina Vierkirchen

W całej mojej złości prawie nie zauważam, jak szybko docieramy do Ebersbach. Nic dziwnego, skoro – jak już się namarudziłem („ningeln” to po saksońsku narzekać albo użalać się nad sobą) – przez zaparowane okulary patrzę głównie pod nogi. Pięknie odrestaurowany, jaskrawożółty w szarości dnia kościół zostawiamy na jego wzgórzu po lewej, co nie jest wyrazem lekceważenia. Brama jest po prostu zamknięta. Idziemy więc przez całkiem ładną miejscowość po małym mostku, z którego też dostrzegam kilka wartych zdjęcia motywów. Chwilę później, niecałe 200 metrów dalej, dobiega nas „Buen Camino”. Prawie się przestraszyłem, ale przede wszystkim bardzo się ucieszyłem – towarzysz niedoli! Stoi pod daszkiem dawnego sklepu Konsumu, który teraz może już służyć tylko – albo przynajmniej – za schronienie przed deszczem dla przemokniętych pielgrzymów. To Andreas* z Kassel (*imię i miejsce zamieszkania zmienione), który też wyruszył dziś z Görlitz. Krótkie skąd i dokąd i już jesteśmy w temacie, a każdy ma wrażenie, że zna drugiego od dawna. Tak już jest na drodze do wspólnego celu. Opowiada też o dwóch kobietach, które spotkał w Görlitz. Jedną z nich mieliśmy poznać dużo później. Właśnie je drugie śniadanie. Czekamy, aż skończy, i idziemy dalej razem. Kierujemy się ku Königshainer Berge. To wprawdzie najmniejsze pasmo górskie Niemiec, ale wcale nie takie łatwe.

Prześwit słońca przed Landeskrone

Droga w Königshainer Berge

Zanim jednak dotrzemy do pasma, dostrzegamy jeszcze kilka promieni słońca. Jak niebiański reflektor słońce rzuca na krajobraz ciekawe plamy światła. Szybko aparat w dłoń, zanim spektakl się skończy. Idąc dalej, zauważam, że Andreas* stawia kroki jakoś nierówno. Ma na sobie jaskrawoniebieskie buty do biegania, które najwyraźniej sprawiają mu kłopot. „Jak coś cię uwiera w stopy, to lepiej od razu zajrzyj, zanim zrobi się pęcherz” – mówię do niego. Zgadza się ze mną i szybko znajdujemy przy ambonie myśliwskiej dogodne miejsce, żeby zdjąć buty i skarpety. „Zawsze mam przy sobie kinesiotape. Dobrze się trzyma i zapobiega pęcherzom w miejscach, gdzie coś obciera”. Szybko lokalizujemy zagrożone miejsce. Ból powodują wkładki w butach, więc opatruję jego zaczerwienione podbicia, naklejając na nie moją niebieską taśmę. Mam nadzieję, że nie jest za późno. Nie mogę się też powstrzymać od uwagi, czy wybór butów nie był nieco ryzykowny. Andreas* odparł, że chciał je po prostu wypróbować. Sam pracuje w sklepie outdoorowym i nie wygląda mi na kogoś, kto pierwszy raz wędruje pieszo. Tym bardziej nie rozumiem wyboru tych butów. Z każdą kroplą z nieba drogi robią się coraz bardziej błotniste, a początkowy asfalt dawno ustąpił miejsca kamienistym polnym drogom z mnóstwem paskudnych kałuż. A teraz zaczyna się jeszcze podejście w Königshainer Berge.

Podejście

Droga robi się coraz bardziej stroma, a mój oddech coraz cięższy. „Jeszcze tylko kawałek i jesteśmy na Hochstein. Tam jest schronisko, możemy coś zjeść i wypić” – tak brzmią moje słowa otuchy, nieco zdyszane. O Andreę się nie martwię. Ale Andreasowi* idzie się coraz ciężej. Dużo też kaszle, a na moje pytanie, jak się czuje, odpowiada, że właśnie przeszedł zapalenie oskrzeli – niezbyt dobre warunki, żeby iść szlakiem pielgrzymim, i to jeszcze przy takiej pogodzie. „Jeszcze kilkaset metrów stromą asfaltową drogą i powinniśmy być przy schronisku” – uspokajam.

Skała Hochstein

Schronisko Hochsteinbaude

Upiornie wyłania się z mgły masywna formacja skalna na szczycie Hochstein. Najpierw wzięliśmy ją za budynek. Ale potem zobaczyłem poprzecznie żłobioną, wypłukaną skałę. Dopiero za nią pojawia się Hochsteinbaude, na szczęście otwarte. Ze skał, na które można wejść po żelaznych schodach, roztacza się z pewnością fantastyczny widok. „Roztaczałby się” – tak powinienem był tu napisać, bo wejście na górę nie miałoby kompletnie sensu. Przemoczeni, a teraz jeszcze zmarznięci, wchodzimy do schroniska i zostajemy serdecznie przywitani. Jesteśmy jedynymi gośćmi i możemy wybrać dowolny stolik. Żeby oszczędzić szefowej chodzenia, siadamy niezbyt daleko od lady. Na piwo po takim podejściu chyba sobie zasłużyłem, Andreas* też zamawia jedno. Chociaż dla niego herbata na kaszel byłaby z pewnością lepsza. Specjalnie dla nas w karcie jest zupa pielgrzymia i zgodnie uznajemy, że taka zupa jarzynowa to teraz dokładnie to, czego trzeba. Wszystko inne leżałoby za ciężko na żołądku, bo nie mamy za sobą nawet połowy dzisiejszej drogi. Andreas* jest wprawdzie zdania, że po zejściu z Hochstein trzeba będzie jeszcze raz wspiąć się na taką samą wysokość. Ja jednak jestem przekonany, że się myli.

Arnsdorf w zasięgu wzroku

Na szczęście mam rację. Po śliskich, mokrych ścieżkach schodzimy teraz stromo w dół przez ociekający wodą las. Z daleka słychać autostradę A4, która tunelem przechodzi pod Königshainer Berge. W końcu wychodzimy z lasu, w którym mżawka zbiera się w wielkie krople i bez przerwy kapie nam na głowy. Za dużym polem kukurydzy pojawia się Arnsdorf. Jest tu schronisko, ale dla nas to o wiele za wcześnie na dzisiejszej trasie. Teraz i tak jesteśmy mokrzy, a kto wie, jak będzie jutro. Stopy mają się jeszcze dobrze, więc postanawiamy, zgodnie z planem, nie zatrzymywać się tu w schronisku. Dla Andreasa* byłoby to może lepsze. Jego kaszel się nasila i szczerze mówiąc, trochę się obawiam nadchodzącej nocy. Do chrapiących się przyzwyczaiłem (wiem, co Andrea na to powie – kto mieszka w szklanym domu i tak dalej!), ale jego kaszel pozbawiłby nas nocnego spokoju.

Kościół w Arnsdorf

w kościele w Arnsdorf

Zamek na wodzie Döbschütz

Zanim jednak opuścimy Arnsdorf, zwiedzamy jeszcze otwarty kościół, w którym w oczy rzuca się przede wszystkim pięknie malowany strop i stare, odsłonięte w absydzie freski – to coś wyjątkowego. Czymś wyjątkowym w następnej miejscowości, Döbschütz, jest zamek na wodzie, który bardzo romantycznie ukryty w lesie na skraju wsi, otoczony fosą, czeka na renowację. Groblą wzdłuż dziko meandrującej rzeki Schwarzer Schöps docieramy do Melaune. Na wjeździe do wsi rzuca się w oczy duża asfaltowa powierzchnia otoczona drewnianą bandą – lodowisko. Przed nim znajduje się zadaszona kręgielnia pod gołym niebem, szczególnie interesująca dla Andrei jako aktywnej kręglarki. W tej miejscowości ludzie w ogóle wydają się bardzo aktywni. Pod dachem dużej remizy strażackiej robimy krótką przerwę na złapanie oddechu. „Do Buchholz już niedaleko, może jeszcze pięć, sześć kilometrów, i damy radę” – próbuję nas podnieść na duchu, bo znowu zaczyna padać.

Schronisko w Melaune

Niekończąca się droga przy wiatrakach

W Melaune też jest schronisko dla pielgrzymów, które jednak również mijamy. Dalsza droga jest dość ciężka. Po pokonaniu krótkiego odcinka bardzo ruchliwej drogi krajowej skręcamy w lewo w betonową drogę polną, która przez otwarty teren prowadzi obok kilku turbin wiatrowych. Kto szedł kiedyś na ÖP przed Freyburgiem / Unstrut grzbietem przed Göhle od wiatraka do wiatraka, ten wie, jak daleko te maszyny stoją od siebie. Ktoś najwyraźniej wciąż przesuwa ostatni wiatrak coraz dalej. Tak jest i tutaj, na tej wietrznej betonowej drodze, która zdaje się nie mieć końca. Duży drewniany krzyż przy drodze informuje nas, że przed wieloma laty planowano tu zbudować składowisko odpadów niebezpiecznych. Najwyraźniej protesty przyniosły skutek, bo poza polami nie widać tu nic jak okiem sięgnąć. Widać już tylko wieżę kościoła w Buchholz. A może to dopiero wieża w Tetta? Chwilę później już wiem. Jesteśmy dopiero w Tetta. Podobno tak tuż przed Buchholz jest tu jeszcze jakiś sklep. Pytam o to mieszkańca, zanim zdąży zniknąć. On jednak mówi mi tylko o sklepie z napojami w Buchholz, w którym są też inne artykuły codziennego użytku. Właściwie to nam wystarcza, więc ruszamy, żeby pokonać ostatni odcinek do Buchholz. Znaki szlaku prowadzą nas zygzakiem przez wieś, wzdłuż dwóch dużych stawów.

Schronisko w Buchholz

Teraz widać już też wieżę kościoła w Buchholz i wiem, że zaraz będziemy na miejscu. Tych dwoje za mną patrzy jednak tak, jakbym chciał ich nabrać i robił dodatkową rundkę. Naprzeciwko kościoła stoi zgrabny, odnowiony dom, dawna szkoła. Dostrzegam w oknie obok drzwi tabliczkę, na której nas witają i informują, jak i gdzie dostać klucz do schroniska. Wybieram najprostszy sposób: idę dwa domy dalej i dzwonię. Hmm, nikogo nie ma. Na górze otwiera się jednak okno, a wyglądająca z niego kobieta potwierdza, że nie ma nikogo, kto mógłby mnie wpuścić do schroniska. Wracam więc do domu. Dzwonię jeszcze raz do pani Leubner, z którą rozmawiałem już przed południem. Hmmm… automatyczna sekretarka…. Rozłączam się, zanim rozlegnie się ten pisk. Nie lubię rozmawiać z automatami. Potem dostrzegam jeszcze drugi numer telefonu, pod którym kogoś zastaję. Chwilę później podjeżdża prosto do nas kobieta na rowerze. Czego chcemy, widać chyba na pierwszy rzut oka, więc bez zbędnych ceregieli wpuszcza nas do domu.

W schronisku w Buchholz

A ten dom to istna bomba! Wszystko nowe i nowocześnie urządzone, nowe, czyste prysznice, duża kuchnia z pełną lodówką, zupki instant i skrzynki z napojami (woda, lemoniada, piwo). W szafce stoi nawet czerwone wino i szampan. „Co zużyjecie – tam z tyłu stoi kasetka”. To powala z nóg i teraz nie muszę już szukać we wsi sklepu z napojami. Odkrywam nawet kopułę z napisem „domowe ciasto dla naszych gości”. Moje obawy związane z kaszlem Andreasa* też szybko się rozwiewają, bo są trzy pokoje, z których my dwoje zajmujemy jeden, najwyraźniej na co dzień używany jako biuro. Wyposażenie, gotowy do pracy komputer na biurku i leżanka, na której rozkładamy śpiwory – wszystko to sprawia na mnie wrażenie pokoju, który syn gospodarzy właśnie dla nas zwolnił. Stoi tam jednak mnóstwo przyborów, książek i papierów, które zdradzają, że parafia intensywnie korzysta z tego miejsca. Andreas* ma pokój obok nas. Siedzi bez ruchu na łóżku i wpatruje się w ścianę. Wydaje się kompletnie wykończony i dopiero wieczorem da się z nim znowu porozmawiać.

W schronisku w Buchholz

Nasz pokój

Piękny stary piec w schronisku

Drewniane schody prowadzą na ładnie zaadaptowany stryszek, na którym na materacach zmieściłoby się z pewnością jeszcze 6 pielgrzymów. Wszystko jest urządzone z miłością i nowocześnie wyposażone, po prostu można się tu dobrze poczuć. I tak też się teraz czuję. Nie widzę powodu, żeby przy tej pogodzie jeszcze raz wychodzić z domu. Po prysznicu w kuchni jest piwko i zjadamy przyniesione z rana kanapki w już opisanym stanie. Chrupiące to one nie są – ale za to porządnie przegryzione i miękkie. Później do kuchni przychodzi też Andreas*, przebudzony ze swojego letargu, żeby przygotować sobie kolację. I to, co wypakowuje, wprawia mnie w zdumienie. Obok wbudowanej kuchenki elektrycznej stawia swoją kempingową kuchenkę gazową i przyrządza makaron z czegoś w rodzaju liofilizowanej racji przetrwania, tych torebek z suchym prowiantem, które zna się ze sklepów outdoorowych. Albo ma jakieś zlecenie badawcze od pracodawcy, albo ma kompletnie błędne wyobrażenie o wschodnich Niemczech. Nie mam odwagi zapytać, ale i tak rzucam jakąś żartobliwą uwagę, której mam nadzieję nie weźmie mi za złe. To naprawdę miły facet, z którym przed pójściem spać jeszcze żywo rozmawiamy. Ale jakoś się o niego martwię, czy przetrwa następny dzień. Jego kaszel jest wciąż dość paskudny. Na stopach jednak zrobiły mu się pęcherze i taśma, którą mu daję ze swojej, tego nie poprawi. A jego plecak mieści pewnie jedzenie na całą drogę przez dziki Wschód i waży odpowiednio dużo. No i to wszystko w tych butach – mam swoje przemyślenia, ale nie chcę go nimi konfrontować i wprowadzać w niepewność. W końcu przychodzi pora na śpiwór. Wino i szampan zostawiamy w szafce. Po tym dniu gór jesteśmy i tak wystarczająco zmęczeni.

Dobranoc i do jutra.*Imię i miejsce zamieszkania naszego towarzysza na tym etapie na wszelki wypadek zmieniłem, bo nie wiem, czy życzyłby sobie, żebym o nim tu wspominał.

Dzień musztardy: Buchholz – Bautzen

Dlaczego wybrałem taki tytuł wpisu? Idziemy dziś do Bautzen. A kto lubi prawdziwą musztardę i ceni dobrą musztardę z długą tradycją, ten nie przejdzie obojętnie obok „Bautzner Senf”. Wiem, za równikiem białej kiełbasy pewnie mało kto ją zna. Ale tam przecież woli się słodką musztardę. Tu, w Saksonii, lubi się raczej ostrą.

Kościół w Buchholz

Noc była spokojna i dobrze wypoczęliśmy. Chyba nawet nie chrapałem. W każdym razie gardło nie jest wyschnięte. Czyli Andrea też miała spokojną noc. Po zwykłym porannym rytuale jemy jeszcze śniadanie w kuchni. Mam w plecaku kilka gumowatych bułek bagietkowych i z masłem i pasztetową, maczane w kawie, smakują całkiem nieźle, a szczęka nie ma tyle roboty. Punktualnie o ósmej przychodzi pani Leubner i idzie z nami do małego kościoła naprzeciwko, żeby udzielić nam błogosławieństwa pielgrzymiego. Wciska nam do rąk śpiewnik. „To będzie trudne” – mówię bez ogródek. Pani Leubner oczywiście wie, że na tej drodze są nie tylko chrześcijanie. I tak tego poranka ułatwia nam sprawę. Wybrała pieśń, której melodię znamy nawet my. Na tę melodię Cat Stevens napisał swój światowy przebój Morning has broken. Podczas gdy Andreas* śpiewa, całkiem pewnie znając tekst, my przynajmniej cicho nucimy i jesteśmy bardzo wzruszeni atmosferą.

Takimi słowami pani Leubner wysyła nas w dzień:

Bądź dziś blisko mnie
Nowy dzień nastał już. Dzięki za sen i ciszę,
bądź dziś blisko mnie we wszystkim, co uczynię.
Nie wiem, co niesie dzień – czy pełnię, czy też pustkę.
Bądź dobrym Pasterzem mi przez piękne i przez trudne.
Niech Słowo Twoje mi probierzem będzie zawsze,
miarą dla tego, co wielkie, małe, błędne i prawdziwe.
Pomóż, gdzie mogę coś, odważyć się na cały czyn,
a gdy słabość przyjdzie, i jej też „tak” powiedzieć.
Dałeś mi siłę, by i ten dzień przeżyć w pełni.
Wieczorem pozwól mi radośnie Ci go oddać.

Piękne, prawda? Skąd mogę jeszcze spisać te słowa? Zabrałem do domu, troskliwie przechowaną, małą karteczkę, którą wsunęła nam pani Leubner. W kościele pokazuje nam jeszcze sympatyczną wystawę zdjęć pewnej kobiety, która przez cały rok obserwowała ze swojego balkonu i fotografowała parę wiewiórek. Powiesiła budkę lęgową, którą zwierzęta zaakceptowały. Dzięki temu mogła wyjątkowo zajrzeć do dziecięcego pokoju mieszkańców drzew. Wypełniła dwa pomieszczenia bardzo pięknymi zdjęciami i eksponatami. Ale potem trzeba się pożegnać z miłym schroniskiem i z panią Leubner, która oczywiście życzy nam dobrej drogi. Zaraz na skraju wsi, po krótkim podejściu, żegnamy się też z Andreasem*, który chce dziś iść trochę wolniej i może też nie tak daleko. Żeby zachować szansę na dokończenie swojej drogi, to z pewnością dobra decyzja. Na dłuższą metę nie da się dopasować swojego rytmu marszu do cudzego. Każdy musi znaleźć własny. A dla Andreasa* ten rytm był dziś po prostu trochę wolniejszy niż nasz. Jak daleko jeszcze zaszedł albo czy wciąż jest w drodze, nie wiemy, bo do tej pory nie mieliśmy z nim kontaktu, choć już do niego napisałem maila. Mówię mu jednak na pożegnanie moje powiedzonko, którego zawsze używam w takich sytuacjach i które nie ma być groźbą: „W życiu zawsze spotyka się dwa razy”. Czasem potrzeba więcej odwagi, żeby przerwać we właściwym miejscu, niż żeby dalej się męczyć i może jeszcze zrujnować sobie zdrowie. Życzę Andreasowi* tej odwagi i mądrości, by podjąć właściwą decyzję.

Ratusz w Weißenberg

I tak znów jesteśmy sami. Na wąskiej ścieżce zwanej Totenweg, czyli Drogą Umarłych, bardzo szybko tracimy z oczu naszego dotychczasowego towarzysza. Pogoda dziś nie jest lepsza niż wczoraj, więc bez przerwy zakładamy i zdejmujemy kaptury. Następna miejscowość to Weißenberg, miasteczko z nieco przewymiarowanym ratuszem. Z powodu deszczu robię tu tylko jedno zdjęcie, a potem mamy co robić, żeby znaleźć właściwy przebieg szlaku. Po raz pierwszy na öP mam wrażenie, że idę źle. Po stromym, śliskim zejściu z rynku obchodzimy centrum dużym łukiem, tak że mam wrażenie, jakbyśmy wracali. Ale na widok śladu GPS na moim Garminie muszę przyznać, że byłem w błędzie. Główny kierunek – na zachód – się zgadza.

Nie przegap odbicia!

Starym nasypem kolejowym wychodzimy z miasta i nawet nie zauważamy, gdzie właściwie je opuściliśmy. Duże tablice wskazujące szlak młynów niemal zasłaniają znak öP. Ale od razu przypominam sobie opis z przewodnika pielgrzymiego, w którym jest napisane, że jeśli jest się już na wiadukcie, to zaszło się za daleko. Schodzimy więc przed owym wiaduktem z nasypu na szeroką polną drogę. Prowadzi nas ona prosto do wejścia do Gröditzer Skala. To coś w rodzaju rzecznego kanionu, w którym rzeka Löbauer Wasser wcięła się w okolicę na jakieś 15 metrów. Rzeka o szerokości około 10 metrów wije się przez dolinę, a wzdłuż jej brzegów biegnie wiele ścieżek.

Gröditzer Skala – mostek nad Löbauer Wasser

Po stromym zejściu pierwszym wyzwaniem jest przeprawa przez rzekę po moście, który wygląda nieco awanturniczo. Składa się z jednego pnia drzewa, z wierzchu lekko spłaszczonego piłą łańcuchową. Po bokach ma poręcz z krzywych, nieobrobionych gałęzi. Wszystko razem wygląda, przynajmniej z daleka, dość „lawede”, jak mówimy my, Sasi – czyli chybotliwie. Dopiero gdy przyglądam się bliżej, widzę, że budowniczy wszystko dobrze przemyślał i najwyraźniej zna swój fach. Poręcz okazuje się stabilniejsza, niż sądziliśmy, więc możemy się jej trzymać. To zresztą konieczne, bo pień jest bardzo śliski od deszczu, od zwietrzenia i od leżących na nim liści. Którą drogę wybierze się potem w dół rzeki, właściwie nie ma znaczenia, bo wszystkie biegną wzdłuż niej. Trzeba się jednak strzec, żeby zbyt wcześnie nie wspiąć się w prawo z kanionu na górę, bo bardzo blisko biegnie autostrada A4, którą nawet tu na dole wyraźnie słychać.

W Gröditzer Skala

Wybieramy ścieżkę, która biegnie tuż przy brzegu Löbauer Wasser. Dzięki temu ciągle mamy przed sobą piękne obrazy, które nawet przy tej paskudnej pogodzie tworzą kontrast między bujną zielenią, jaką można tu spotkać jeszcze w środku jesieni, a wijącym się korytem rzeki. Wkrótce docieramy na dużą polanę. Dolina się otwiera i widzimy w górze, na skraju lasu, zamek Gröditz wyglądający ponad koronami drzew. „Tam musimy wejść!” – wołam do Andrei, która jest trochę z przodu, bo ja znowu zająłem się aparatem. „Ale muszle pokazują tu na dole” – mówi Andrea. Robimy więc tak, jak chcieli ojcowie i matki szlaku. Zostajemy na dole. Dolina znów się zwęża, a po prawej stronie pojawiają się nawet strome ściany skalne.

Zamek Gröditz

Potem jesteśmy już na dobre na zewnątrz i widzimy pierwsze domy Gröditz. Podejścia do zamku jednak nam nie oszczędzono. Dysząc, muszę się nawet raz zatrzymać, żeby złapać oddech. Nie, z moją kondycją nie jest jeszcze najlepiej. Na górze idziemy do zamku. Tu też jest schronisko dla pielgrzymów. Przed nim odkrywamy drewniany biały baldachim z kilkoma ławkami i stołem pod spodem. Dobre miejsce na drugie śniadanie, myślę, i już plecak ląduje na ziemi. Jakoś wciąż nie jestem zadowolony z ustawienia szelek. Pod prawym łukiem żebrowym od jakiegoś czasu czuję kłujący ból, który miałem już na szlaku w Meklemburgii.

Dom przysłupowy w Gröditz (typowy dla Górnych Łużyc)

Czy to wina plecaka, sprawdzę w domu, idąc na dłuższą wędrówkę z moim starym Deuterem. Oczywiście może też chodzić o to, że po prostu za bardzo utyłem. W każdym razie ten brzuch jest uciążliwy. Bo pas biodrowy nie bardzo wie, gdzie się podziać – najczęściej po kilkuset metrach zsuwa się pod brzuch i jest tam za luźny. Cały ciężar niosę więc na ramionach, co nie jest zbyt korzystne. Nawet jeśli to tylko 8 do 9 kilo, na dłuższą metę też dają się ciału we znaki. Ale jedzenie też jest ważne, żeby ciało dostało energię. Odgryzam więc jeszcze porządny kęs, pociągam łyk z butelki z wodą i już idziemy dalej.

Droga do Wurschen

Dalsza droga do Wurschen nie ma w sobie nic szczególnego. Najpierw idziemy betonową drogą gospodarczą, a potem przez chwilę drogą krajową, zanim znów skręcamy w polną drogę. W Wurschen łatwo się zgubić. Najpierw chodzi o wejście do prywatnego parku zamkowego, które jest trochę ukryte za wjazdem, a potem o zygzakowaty przebieg szlaku: najpierw w prawo na ulicę, a zaraz potem znów w lewo, najpierw w boczną uliczkę, która jednak przechodzi w polną drogę i wyprowadza z miejscowości.

Park i zamek na wodzie w Wurschen

Szlak omija zamek na wodzie z prawej strony. Szerokim łukiem idziemy przez ogromny, zadbany park zamkowy, w którym co chwilę stoją tablice z informacją, że teren jest własnością prywatną i nie wolno wchodzić na trawniki. Po wspomnianym zygzaku droga lekko się wznosi. Na górze stoi się jakiś kilometr za Wurschen pod dużym drzewem z ławką. Znów mile widziana okazja, żeby zdjąć plecak na kilka minut. Potem przez kilka kilometrów kłujący ból znika. Jeszcze tylko kilka zdjęć do tyłu na Wurschen i do przodu na Drehsę, i już idziemy dalej.

Widok na Drehsę

Patrząc na Drehsę, zwraca się uwagę na wysoką wieżę, która wystaje ponad miejscowość. To wieża ciśnień należąca do zamku Drehsa. Stoi przy pięknie odrestaurowanym, przypominającym zamek dworze, a za nią resztki folwarku, jeszcze nieodnowione. W czasach NRD w majątku mieścił się dom dziecka. Rodzina von Salza zu Lichtenau kupiła majątek i zamek i obecnie kosztownie odnawia cały zespół. Na wieżę można wejść, ale dziś brakuje nam ku temu powodu. Bo pogoda wciąż psuje widoki. Za Drehsą znów bardzo piękny odcinek prastarą polną drogą, która na wierzchołku wzgórza prowadzi przez mały las.

Wiata za Drehsą

W samym środku lasu, już na zejściu, ktoś postawił wiatę, w której w razie potrzeby można też przenocować. Czekamy tu, aż skończy się ulewa, i trzymamy nogi w górze. Kiedy później wychodzimy z lasu, po raz pierwszy widzimy wieże Bautzen. Jeszcze całkiem daleko, a z mapy wiem, że szlak nie prowadzi najprostszą drogą. Przed Waditz trafiamy na linię kolejową, którą w niedzielę jechaliśmy jeszcze do Görlitz. Spory kawałek idziemy wzdłuż niej i nie przejeżdża ani jeden pociąg. Idąc przez Kubschütz, Baschütz i Jenkwitz, nieraz ma się wrażenie, że oddala się od Bautzen.

Odpoczynek w Kubschütz

W Kubschütz ładnie zaprojektowana ławka zaprasza do odpoczynku, czego sobie nie odmawiam. Teraz już tylko ostatni zryw. Kiedy przy Auritz trafiamy na B6, cieszymy się, że nie musieliśmy iść wzdłuż niej wcześniej. Tak więc te małe objazdy tuż przed miastem okazały się całkiem przydatne. Do Bautzen wchodzimy cały czas wzdłuż ruchliwej drogi federalnej – istna męka, kiedy było się cały dzień na łonie natury. Zamierzamy pójść do domu parafialnego św. Piotra i przenocować w tamtejszym pokoju dla pielgrzymów. Klucz odbieramy w piekarni, która znajduje się za domem parafialnym w stronę centrum. Żeby dojść do domu parafialnego, trzeba przy Töpferstraße 23 przejść przez bramę i dalej na podwórze.

Mieszkanie dla pielgrzymów w domu parafialnym św. Piotra w Bautzen

Tutaj nie sposób przeoczyć dużego biało-żółtego domu. Dopiero kiedy wspięliśmy się schodami na drugie piętro, zauważamy, że jest też winda. Po dzisiejszej trasie bez skrupułów bym z niej skorzystał. Gdyby ktoś po nas też chciał pozbyć się skrupułów: wejście do windy jest z lewej strony budynku. Klucz odebrany w piekarni pasuje do przeszklonego przedsionka. W pokoju dla pielgrzymów stoi 6 łóżek piętrowych. Po wcześniejszym zgłoszeniu są pewnie też powleczone pościelą. Bo jedno łóżko było tak przygotowane. My jednak korzystamy z naszych nowych, przytulnych śpiworów. W mieszkaniu dla pielgrzymów jest też toaleta, prysznic i mała kuchnia. Właśnie się urządzamy, kiedy ktoś puka do drzwi. Wchodzi Christoph z Berlina. Jego dialekt zdradza jednak, że kiedyś był u siebie gdzie indziej. Nie chcę go jednak zamęczać pytaniami.

Stara wieża wodna nad brzegiem Sprewy

Schlossstraße i jej knajpki

Poza zwykłym skąd i dokąd niewiele rozmawiamy, także dlatego, że wkrótce wychodzimy z domu na spacer po mieście. Ostatni raz byłem w Bautzen w 1976 roku i prawie go nie poznaję. Jeden pieczołowicie odnowiony dom stoi obok drugiego. A tego, że Bautzen ma tyle wież, za nic nie mogę sobie przypomnieć. Idziemy w poprzek rynku do Wasserkunst, starej wieży wodnej, skąd jest piękny widok na dolinę Sprewy, a potem jeszcze przez Bramę Młyńską aż do Ortenburga, żeby stamtąd przez Schlossstraße wrócić do centrum. Katedra św. Piotra jest niestety zamknięta. Chętnie byśmy ją zobaczyli. Kilka restauracji uwieczniło musztardę w swojej nazwie. W pozostałych jest co najmniej jedno danie, w którym musztarda gra główną rolę. Tego się po Bautzen oczekuje. Niebiesko-białe wiaderka musztardy nie stoją tu na ulicy dlatego, że czeka się na dostawę towaru, tylko jako reklama sklepu z musztardą. Wiele kręci się tu wokół tej żółtej, ostrej pasty. Czym właściwie jest musztarda – przyprawą, pastą przyprawową? W każdym razie dla mnie musztarda powinna trochę uderzać do nosa, kiedy je się ją samą. W naszej kuchni jest niezastąpiona.

Pierwsza restauracja musztardowa w Bautzen, a za nią katedra św. Piotra

Z wielu rodzajów, które oferuje dziś także „Bautzner”, najbardziej lubię średnio ostrą. Szukamy więc restauracji z daniami z musztardą w karcie. Długo szukać nie musimy. Bezpośrednio na rynku jest Surprise, mieszanka kawiarni, pizzerii, piwiarni, baru i restauracji. Tu na pewno coś znajdziemy. A znaleźliśmy patelnię siekanego mięsa w sosie miodowo-musztardowym – istna bomba!! Ale oczy znów były większe niż żołądek. I mam niezłą robotę, żeby wszystko zjeść. Ale cóż: „Podnosi szklankę, wysącza resztę, bo nie lubi niczego zostawiać”, jak pisze Wilhelm Busch w „Hans Huckebein der Unglücksrabe”. Na pewno mam za dużo na żebrach, bo zawsze tak ładnie wszystko zjadam. Na zewnątrz zrobiło się tymczasem ciemno, a kiedy wychodzimy z lokalu, oczywiście znowu pada.

Reichsturm wieczorem

Mimo wszystko szybko robię jeszcze kilka nocnych zdjęć miasta. Po powrocie do mieszkania dla pielgrzymów wkrótce wraca też Christoph ze swojego spaceru po mieście – on również jadł w „Surprise”. Szkoda, że się nie spotkaliśmy. Tak więc zostaje przy krótkim spotkaniu. Bo następnego dnia znika w piekielnym tempie. Także jego planowane długości etapów nie odpowiadają naszym wyobrażeniom. W nadziei na lepszą pogodę wcześnie idziemy spać.

Jutro po raz pierwszy odejdziemy od naszych planów. Bo nie pójdziemy, jak planowaliśmy, aż do Panschwitz-Kuckau, gdzie dawno temu przez dwa lata mieszkałem w internacie dla uczniów zawodu. Zakończymy etap już 3 kilometry wcześniej, w Crostwitz, w Pilgeroase Moniki Gerdes. To wskazówka od Uwego, z której chętnie korzystamy. I miało się to okazać bardzo słuszne – spędzimy wieczór, którego tak szybko nie zapomnimy.

(*) Imię zmienione

Dzień spotkań: Bautzen – Crostwitz

Promyk nadziei o poranku: prześwity w chmurach

Dziś rano najpierw idę do okna. Jeszcze jeden deszczowy dzień byłoby trudno znieść. Ale oto budzi się nadzieja. Między pojedynczymi płatami mgły tu i ówdzie prześwituje błękit nieba. To dodaje otuchy – po tych dwóch dniach człowiek jest wdzięczny nawet za odrobinę słońca. Szybko wszystko spakowane i żegnamy się z Christophem. Nasze zwykle dość improwizowane śniadanie możemy sobie dziś darować. Bo w stosunkowo dużym mieście jak Bautzen na pewno znajdzie się piekarnia, w której dostaniemy śniadanie. Mamy dziś dużo czasu, bo trochę skracamy etap. Jak pisałem już w poprzednim wpisie, Uwe z Görlitz poradził nam, żebyśmy zatrzymali się w Crostwitz w Pilgeroase u Moniki Gerdes, a nie szli zgodnie z planem 3 kilometry dalej, do Panschwitz-Kuckau.

Poranek w Bautzen

Oddajemy więc klucz w piekarni. Ale nie da się tu wypić kawy i czegoś zjeść. Gdy oprócz nas wejdzie jeszcze dwóch klientów, sklep jest pełny. Wtedy nasze plecaki musiałyby wylądować na zewnątrz. Szukamy więc czegoś innego. Na Reichstraße widzimy piekarnię, w której najpierw musimy się zorientować, co i jak. Bo tu wszystko jest samoobsługowe. Została już tylko jedna pracownica przy kasie, która wychodzi do przodu dopiero wtedy, gdy ktoś pozbiera sobie coś na tacę i podejdzie do kasy. Brakuje tylko okienka drive-in dla samochodów jak w „Pudełkowej Gospodzie”, jak niedawno ku mojej uciesze nazwał pewien przyjaciel restaurację z wielkim „M”. Najchętniej bym wyszedł i poszukał ładnej starej piekarni, w której sprzedawczyni ma jeszcze mąkę na palcach i po której widać, że krząta się w piekarni co najmniej od czwartej rano. Ale wygoda zwycięża, a pielgrzym, jak wiadomo, jest leniwy do chodzenia. To może brzmieć paradoksalnie. Ale każdego kroku poza szlakiem trzeba unikać. Nigdy nie wiadomo, co jeszcze przed tobą. I tak zostajemy tutaj, wygrywamy walkę z ekspresem do kawy i znajdujemy też coś do jedzenia.

Piękny poranny widok na dolinę Sprewy

Na zewnątrz na ulicy pojawiają się jasne plamy. W słońcu miejscami przesycha. Jeeest, słońce raczy się pokazać, nawet jeśli miało to być tylko krótkie intermezzo. Dzięki temu możemy jednak zobaczyć w innym świetle to, co wczoraj zwiedzaliśmy w ponurej pogodzie. Idziemy więc przez rynek jeszcze raz do Wasserkunst i obchodzimy stare miasto wzdłuż dawnych fortyfikacji nad Sprewą, aż za zamkiem schodzimy stromymi schodami w dół nad rzekę. Przechodzimy przez most na Sprewie, pod B96 i pod autostradą A4 i wychodzimy z miasta.

Miasto zostało już daleko za nami

Wkrótce widzimy za sobą miasto z mnóstwem wież jako szarą sylwetkę. Pobliska autostrada i liczne pojazdy na szosie trochę denerwują i zakłócają poranną sielankę. A jednak ktoś nas nawet pozdrawia z nadjeżdżającego z naprzeciwka małego auta. Jak się okazało wieczorem, była to Monika Gerdes, która pozdrawiała swoich wieczornych gości. Wiedziała już, że przyjdziemy, bo nas zapowiedziałem. Miejscowość Salzenforst, przez którą teraz przechodzimy i przy wjeździe do której znajduje się duży zakład recyklingu, okazuje się ładną wsią mieszkalną dla zamożnych, którzy pod Bautzen mogą sobie pozwolić na duży dom na jeszcze większej działce – wszystko bardzo miłe i bardzo pomysłowe.

Odpoczynek na przystanku autobusowym w Oberuhna

Tu i ówdzie ktoś majsterkuje i wygląda na to, że ogłoszono konkurs na to, czyj trawnik i czyj ogródek przed domem są ładniejsze. To, co widzę, jest wzorem drobnomieszczańskiej pedanterii. Samotną drogą polną idziemy teraz do Oberuhna. Ale wcale nie jesteśmy tacy samotni, bo z naprzeciwka nadchodzi dwóch młodych mężczyzn, którzy bez wątpienia są w drodze jako pielgrzymi. Mój zbędny tekst, że idą w złą stronę, mogłem sobie darować. Nie jest ani oryginalny, ani błyskotliwy i od razu po tym, jak go wypowiedziałem, jestem na siebie zły. Ale co raz wyleci z gęby…? Choć na pewno słyszeli ten tekst już wiele razy, pierwszy z nich reaguje spokojnie.

Rozwidlenie za Oberuhna

Drugi nadciąga, trochę szurając nogami, spory kawałek za nim. Przychodzą z Erfurtu i wybrali właśnie ten kierunek. Ponieważ są we dwóch, samotność, której się doświadcza, idąc szlakiem pielgrzymim w złą stronę, na pewno nie jest aż tak dotkliwa. Każdy, kogo poznaje się na szlaku albo w schroniskach, najpóźniej następnego dnia znika, i tak jest też tym razem. Żegnamy się, a oni przekazują nam serdeczne pozdrowienia dla Moniki, w której schronisku spędzili ostatnią noc. Powiedzieliśmy im, dokąd idziemy, więc obiecuję przekazać pozdrowienia. W następnej miejscowości, Oberuhna, robimy przerwę na przystanku autobusowym (– nie, nadal nie pada!) i przyglądamy się krzątaninie w starej trójbocznej zagrodzie, której brama stoi szeroko otwarta.

Droga za Oberuhna

Wkrótce za Oberuhna skręcamy z szosy w lewo w polną drogę, która – jak się okazuje – jest skrótem. Czasem więc na szlaku pielgrzymim też idzie się na skróty. Nasze dotychczasowe doświadczenia mówią jednak coś innego. Bo zwykle godzisz się na nadkładanie drogi na rzecz trasy prowadzącej daleko od szalejącego ruchu drogowego albo przez piękną przyrodę, albo obok miejsc modlitwy czy kościołów. Takie miejsce modlitwy widzimy już z daleka – Pomnik Milenijny. Zacytuję fragment ze strony viaregia-sachsen.de:

Pomnik Milenijny

„Pomnik symbolizuje szerzenie się chrześcijańskiego orędzia. Przedstawieni są Cyryl i Metody, którzy w latach 863–885 prowadzili misję w Państwie Wielkomorawskim. Na znak ich radosnego głoszenia i szerzenia się wiary na Łużycach z ziemi na tym terenie »wyrastają« krzyże. Miejsce zaprasza, by się zatrzymać, i zostało stworzone z myślą o nabożeństwach, uroczystościach i mszach.”

Gdy podchodzimy bliżej, widzimy samochód osobowy stojący obok pomnika, a na ławce siedzi nieco tęgi mężczyzna w ubraniu roboczym, który najwyraźniej robi sobie właśnie przerwę. Najpierw myślę, że to ktoś, komu zlecono prace pielęgnacyjne przy pomniku. Ale jak wychodzi w rozmowie, to grzybiarz, który urządził tu sobie „centralę”, żeby przesypywać pełne kosze do wiader czekających w kombi. Tyle że dzisiejszy urobek nie jest jeszcze aż tak duży.

Piękna aleja

Bo na moje ciekawskie pytanie o wynik pokazuje mi tylko kilka koźlarzy czerwonych i jednego prawdziwka. Ale chyba nie podchodzi do tego aż tak zawzięcie – grzybiarz dla przyjemności, można powiedzieć. Zwykła rozmowa toczy się swoim torem: skąd, dokąd i skąd tak naprawdę – czyli gdzie mieszkamy. Kiedy mówimy, że z Delitzsch, mężczyzna nagle wstaje, podaje mi rękę i mówi: witaj, krajanie. Dzieciństwo spędził w Delitzsch na Karl-Liebknecht-Straße (dziś znów Bismarckstraße). I nagle mamy sobie mnóstwo do opowiedzenia. Bo porównuje z nami swoją wiedzę o tym, co wszystko zmieniło się w Delitzsch na przestrzeni lat. Wiele już wie, co pokazuje mi, że wciąż bardzo interesuje się swoim dawnym rodzinnym miastem.

Drogowskaz przy Via Regia

Przy okazji robię jeszcze kilka zdjęć pomnika. Z umieszczonych tablic dowiaduję się też, dlaczego właśnie tutaj, z dala od dużych osad i z dala od głównych dróg, powstało tak duże założenie. To Via Regia, szlak handlowy łączący narody, sprawiła, że miejsce to wydało się odpowiednie, by właśnie tu w 2000 roku wznieść ten pomnik. Od stuleci droga ta oznacza pokojowy handel. A dziś to pielgrzymi i wędrowcy niosą w świat swoją wiarę i swoją historię i przechodzą tędy, by zatrzymać się w modlitwie albo tylko odpocząć. Prastary, odnowiony drogowskaz jest świadectwem długiej historii tej drogi.

Wierzby płaczące w Dreikretscham

Żegnamy się z grzybiarzem z Delitzsch i wędrujemy dalej piękną aleją w stronę Dreikretscham. Tu rzuca mi się w oczy długi, imponujący rząd wierzb płaczących, posadzonych wzdłuż Hoyerswerdaer Schwarzwasser. Coś takiego naprawdę rzadko się widzi. Rzadkością są tu niestety także otwarte gospody. Ta w Dreikretscham wygląda bardzo zachęcająco, ale też bardzo zamknięta. No cóż, gdy liczba pielgrzymów na Via Regia osiągnie poziom, przy którym opłaci się otwierać nie dopiero wieczorem, na pewno to się zmieni. Musimy więc dalej żyć z żelaznych zapasów, czyli z plecaka. Na razie jednak pozostaje zamknięty, bo najpierw idziemy dalej, aż do Storcha.

W kościele parafialnym w Storcha

W Storcha stoi widoczny z daleka neogotycki kościół parafialny Najświętszego Serca Pana Jezusa. Kościół zbudowano w 1870 roku z inicjatywy serbołużyckiego katolickiego Towarzystwa Cyryla i Metodego. Cyryla i Metodego poznaliśmy już przy Pomniku Milenijnym, uwiecznionych w postaci posągów. Kościół parafialny jest otwarty, więc wchodzimy w ciszę świątyni, bardzo dużej jak na tak małą miejscowość. Dla nas to wciąż jak wejście do innego świata. Człowiek robi się całkiem cichy i całkiem mały, nagle porusza się wolniej i już tylko szepcze.

Kościół parafialny w Storcha

Czy to bojaźń wobec przeznaczenia tego domu, czy wzgląd na wiernych, którzy szukają tu bliskości Boga i z pewnością ją znajdują – oboje stajemy się w tym otoczeniu inni. Nawet bez duchowego przystępu do wiary budowla sakralna działa więc i na nas, i to działa bardzo pięknie i dobrze, jak uważam. Ale dziś mamy za sobą dopiero 12 kilometrów i chcemy wykorzystać wyjątkowo dobrą pogodę, żeby dalej cieszyć się drogą. Jest 12:00, a gdy wychodzimy z miejscowości, dzwony kościoła parafialnego biją jakby na pożegnanie i na zachętę. Ale dziś nie zostało już daleko, więc dajemy sobie czas, by jeszcze raz odpocząć chwilę w wiacie przystanku tuż przed Prautitz. Przy wyjściu z Prautitz widzimy już wieżę kościoła parafialnego św. Szymona i Judy w Crostwitz. Znam Crostwitz z czasów, gdy spędziłem dwa lata w internacie dla uczniów zawodu w sąsiednim Panschwitz-Kuckau. Crostwitz miało wtedy kąpielisko (dziś niestety już nie), a latem chętnie godziliśmy się na 3-kilometrowy marsz, żeby się do niego dostać. Zwłaszcza weekendy, w które nie jeździliśmy do domu, stawały się dzięki temu trochę bardziej znośne.

Drogowskaz do Pilgeroase w Crostwitz

Tuż przed miejscowością szlak skręca z drogi w lewo, co jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo w ten sposób nie przechodzi się bezpośrednio przez wieś ani obok kościoła. Polną drogą omija się Crostwitz od południa, co jest właściwie wielka szkoda. Bo przegapiasz nie tylko bardzo ładną miejscowość i imponujący kościół parafialny, ale także Pilgeroase u Moniki Gerdes. Na szczęście jest mała drewniana tabliczka, która zwabia pielgrzyma ze szlaku. Można na niej przeczytać: „Kawa, herbata, ciasto, ciastka, owoce”. Gdyby to i tak nie był nasz cel, i tak byśmy tu skręcili. Bo taka tabliczka budzi ciekawość, zwłaszcza ludzi, którzy tak wzruszająco troszczą się tu o pielgrzymów i organizują coś, co właściwie wykracza poza normę. Na przełaj przez pastwisko idziemy w stronę wsi.

Andrea w Pilgeroase u Moniki

Obok kościoła i domu parafialnego, prowadzeni tabliczkami schroniska, bardzo szybko znajdujemy szukany dom. Szeroko otwarta stoi furtka ogrodowa z tabliczką, na której można przeczytać „Pilgeroase”. Pod drewnianym daszkiem stoją ławki i stół, a na nim dwa termosy, blaszane pudełka, filiżanki, talerze i klosz na ciasto. No naprawdę – oaza. Po pomysłodawczyni ani śladu. Za to na drzwiach tarasowych wisi kartka, z której można wyczytać, że śmiało można je pchnąć, żeby uzupełnić butelki z wodą, zaopatrzyć się w napoje albo skorzystać z toalety. Niestety młodzi mężczyźni, których spotkaliśmy, wbrew instrukcji Moniki zamknęli drzwi od środka przed opuszczeniem schroniska, więc musimy czekać na Monikę. Rozgaszczamy się, korzystamy z kawy i ciasta, czytamy księgę pielgrzymów, a ja trochę kręcę się wokół domu.

Schronisko w Crostwitz

Wtedy przy frontowym wejściu widzę dużą kartkę. Wypisana jest na niej cała lista możliwości kontaktu „w mało prawdopodobnym przypadku”, gdyby schronisko było kiedyś zamknięte. Dokładnie naprzeciwko mieszka zegarmistrz, który po moim dzwonku wychodzi przed drzwi w okularach z lupą. „U Moniki jest zamknięte, a na kartce…” – mówię. Zegarmistrz zerka znad okularów, mierzy mnie wzrokiem i mówi: „Ale ty to nie wyglądasz na pielgrzyma”. Nie wiem, czy chodzi mu o moją tuszę, czy o to, że stoję przed nim w plażowych sandałach. „Już zmieniłem buty” – mówię w przekonaniu, że chodzi mu o to drugie. Chętnie wręcza mi klucz z poleceniem, żebyśmy jutro przed wyjściem wrzucili go do jego skrzynki na listy. „Oczywiście” – mówię i człapię z powrotem do schroniska, żeby otworzyć drzwi tarasowe od środka. Andrea idzie na górę, a ja biorę sobie piwo ze stojącej skrzynki, żeby z nogami w górze cieszyć się „fajrantem”.

Od dziś nasze miłe towarzystwo (nie kot, tylko Betina!)

Nagle staje przede mną szczupła, wysoka kobieta w czerwonej kurtce i z dużym niebieskim plecakiem. Jej otwarta, przyjazna twarz dosłownie promienieje. „Wreszcie jakiś pielgrzym!” – woła. „Długo bym już tak sama nie wytrzymała” – mówi. Betina (tak, przez jedno t) spod Darmstadtu nie pojawiła się zupełnie niespodziewanie. Monika opowiedziała mi o niej już przez telefon, kiedy nas zapowiadałem. I powiedziała, że zapisana pielgrzymka na pewno się ucieszy, że nie będzie już sama. „Jest nas nawet dwoje” – powiedziałem, i szybko wywiązała się miła rozmowa. Myślę, że od początku przypadliśmy sobie do gustu.

W schronisku w Crostwitz

Andrea schodzi z góry z uwagą: „Chyba właśnie skorzystałam z kuchni i łazienki właścicielki domu”. Ale tam wyraźnie jest napisane „za szklanymi drzwiami”. Na górze są tylko jedne szklane drzwi. Mamy do dyspozycji całe mieszkanie – szaleństwo! Tyle zaufania, tyle gotowości do pomocy, tyle miłości – jesteśmy oszołomieni i bardzo ciekawi tej kobiety. Tymczasem zabawia nas mały kotek, który rozgościł się w plecaku Betiny i teraz za nic w świecie nie chce go opuścić. Betina też chce zostać tu na noc. Wszystko inne by mnie zdziwiło, tak bardzo ucieszyła się z naszego towarzystwa. Znika z Andreą, żeby rozlokować swoje rzeczy w schronisku. Dla uczczenia dnia wypijam jeszcze jedno piwo. Później Andrea i ja idziemy jeszcze przejść się po wsi.

W kościele parafialnym w Crostwitz

Odwiedzamy kościół parafialny i próbujemy w małym sklepie spożywczym zaopatrzyć się w jedzenie na następny dzień. Dlaczego piszę „próbujemy”? Już kiedy wyciągam z rzędu malusieńki wózek na zakupy, czuję się przeniesiony w dawno minione czasy. Asortyment i sposób jego wyłożenia bardzo przypominają mi sklep z czasów NRD. Pięć torebek cukru obok siebie, obok słoiki musztardy, też równo w rzędzie, za nimi pustka na półce. I tak jest w każdym rzędzie regałów. Byle wszędzie coś stało. Później to Betina, która też trafia do tego sklepu, uznaje go za wart zdjęcia, co bardzo dziwi właściciela.

Nostalgiczny sklep – niestety wkrótce zamknięty

Wyjaśnienie przychodzi od razu: właściciel chce zamknąć sklep ze względu na wiek i nie chce niepotrzebnie gromadzić towaru, którego potem nie sprzeda. Nie ma nikogo, kto chciałby przejąć sklep. Nic dziwnego – ludzie, którzy pracują poza wsią, robią zakupy po drodze samochodem, a tych paru starszych, którzy są zdani na miejscowy sklep, nie zapewnia dość obrotu, żeby pokryć koszty. Nie pomagają też zakupy z solidarności, jak opowiada nam później Monika, wyraźnie zaskoczona tą nową dla niej informacją. Bierzemy jeszcze butelkę czerwonego wina na wieczór i wracamy do schroniska. Potem przychodzi Monika, a po jej uwadze, że widziała nas już dzisiaj, od razu przypominam sobie kierowczynię, która tuż za Bautzen przyjaźnie nam pomachała. Monika od razu bierze nas w swoje władanie. Jak wicher, w bardzo sympatyczny sposób, przyciąga całą uwagę i niejako zatrudnia nas w swojej organizacji. Bardzo chętnie idziemy za nią do jej kuchni. Zaprasza nas na kolację pod warunkiem, że pomożemy jej w przygotowaniach. Czego jeszcze nie wiemy: nie przygotowujemy naszego posiłku, tylko posiłek dla następnych pielgrzymów. Bo na jutro zapowiedziało się 11 pielgrzymów – osoby niepełnosprawne ze swoimi opiekunami. A to wymaga nie tylko przygotowań związanych z jedzeniem, ale też pewnych logistycznych zmian w domu. Normalnie na parterze jest dużo miejsca. Ten jednak w zeszłym roku mocno ucierpiał w powodzi, więc schronisko musiało przenieść się na piętro.

Uwieczniamy się w księdze pielgrzymów

Skąd ta kobieta bierze tyle energii? Ma bardzo wymagający zawód – jest redaktorką w studiu radiowym MDR w Bautzen. Odpowiada tam za program w języku łużyckim. Gdy ma poranną zmianę, jej noc często kończy się już przed czwartą. W międzyczasie na chwilę znika przy swoim komputerze, żeby ocenić i zatwierdzić jakiś materiał. Jakoś pozornie bez wysiłku udaje jej się to wszystko pogodzić, a mimo to sprawia na mnie wrażenie bardzo spokojnej i poukładanej. Siedzimy w kuchni i kroimy warzywa na zupę. „To nie dla was, to na jutro. Dla was zrobimy ziemniaki z twarożkiem” – mówi, a ja prawie trochę żałuję. Także Betina nie może powstrzymać się od „Ooooch, szkoda”. Nie żebym miał coś przeciwko ziemniakom z twarożkiem, ale pyrkająca zupa roztacza w kuchni zapach, od którego ślinka cieknie mi do ust. Przy okazji jest dużo czasu na pogaduchy, podczas gdy mój scyzoryk rozdrabnia marchewki i kalarepę. Tematy są różnorodne – od szlaku pielgrzymiego przez historię domu aż po osobiste doświadczenia i poglądy. Wszystko budzi jej zainteresowanie. Zanim jednak siądziemy do stołu w kuchni Moniki, trzeba jeszcze dźwigać materace i stoły czy krzesła. Jakoś musimy dojść do 11 miejsc do spania. W tym celu trzeba przenieść materace z parteru na górę, a do kuchni drugi stół i kolejne krzesła. W kupie siła. I tak wkrótce siedzimy przy stole i zajadamy kolację.
Przy miłych rozmowach kończymy ten obfitujący w wydarzenia dzień. I teraz wyjaśnia się też tytuł tego wpisu: Dzień spotkań. Spotkaliśmy dziś kilkoro ludzi, którzy wywarli na nas trwałe wrażenie. To właśnie z takich spotkań mogą wyrastać przyjaźnie. Tak jak przeżyliśmy to już na wszystkich naszych szlakach pielgrzymich.

Dzień deszczu: Crostwitz – Kamenz

Tytuł właściwie mówi wszystko. Wczorajsza poprawa pogody niestety nie trwa długo. Pierwsze spojrzenie po wstaniu jeszcze nas usypia. Ale w chwili, gdy stawiamy pierwszą stopę na ulicy, zaczyna padać. I nie przestaje przez cały dzień.

Śniadanie u Moniki

Umówiliśmy się z Moniką na śniadanie na siódmą. Ona musi iść do pracy, a my oczywiście nie chcemy za bardzo zakłócać jej rozkładu dnia. Kiedy schodzimy z góry, już nakrywa do stołu i przygotowuje wszystko dla Pilgeroase, nalewając kawę i herbatę do termosów. Kilka materaców też już zdążyła przenieść. W pustym pokoju na parterze leżą teraz kolejne materace. „A jeśli przyjdą pielgrzymi, a u mnie z tymi 11 osobami, które już się zapowiedziały, wszystko będzie zajęte? Przecież nie mogę ich zostawić pod drzwiami…”. Myślę, że to mówi wszystko o postawie i zaangażowaniu Moniki. Teraz siedzimy przy suto zastawionym stole i próbujemy wyrazić Monice naszą wdzięczność, co na pewno udaje się tylko częściowo. W radiu lecą akurat wiadomości, a potem muzyka. To, że wiadomości nadawane są po łużycku, było dla mnie jasne. Ale to, że istnieje też nowoczesna muzyka pop tworzona po łużycku, jest dla mnie nowością. Dla naszych uszu brzmi to trochę obco. Melodia języka ma w sobie coś zupełnie własnego i choć to wszystko języki słowiańskie, nie brzmi ani po polsku, ani po czesku. Jako nastolatkowie w internacie musieliśmy kiedyś w czymś w rodzaju chóru nauczyć się łużyckiej piosenki. To był dla nas łamaniec językowy i na pewno brzmiało to dziwnie. To też jedyne, co jeszcze pamiętam. Tekst dawno wyparował. Mimo to, mieszkając tu tak długo, nieuchronnie styka się człowiek z kulturą łużycką. Monika w swojej pracy dba o to, żeby język i kultura nie zostały przytłoczone przez niemiecką. Byłaby to też wielka szkoda. Także poza tym robi się wszystko, żeby utrzymać przy życiu kulturę Serbołużyczan. Są szkoły łużyckie, w których łużycki jest językiem nauczania. Są szkoły niemieckie, w których łużyckiego uczy się jako języka obcego. O zwyczaje dbają stowarzyszenia i wspólnoty wiejskie. To doświadczenie zdobyłem już wiele lat temu, gdy byliśmy jeszcze obywatelami NRD. To tylko jeden z tematów, o których rozmawiamy przy śniadaniu.

Wyjście z Crostwitz

Właściwie byłoby jeszcze wiele do opowiedzenia i wiele do usłyszenia. Ale w końcu przychodzi czas, by Monika poszła do pracy, a dla nas czas, by złapać plecaki i zrobić miejsce dla następnych pielgrzymów w Crostwitz. Monika robi się bardzo uroczysta i odmawia jeszcze nad nami błogosławieństwo pielgrzyma, zanim pełni wdzięczności się żegnamy. Właściwie myśleliśmy, że Betina do nas dołączy. Ale ona się trochę guzdrze i wszystko wskazuje na to, że woli dziś iść sama. Później miałem wrażenie, że bała się, że będzie nam przeszkadzać. Kiedy następnego dnia wciąż pytała, czy naprawdę może iść z nami, powiedziałem: „Jak jeszcze raz zapytasz, to naprawdę zostawimy cię samą, więc koniec z tym. Damy znać, jak zaczniesz być uciążliwa” – powiedziałem z uśmiechem. Dziś jednak wychodzimy z domu sporo przed nią. Betina chce po drodze odwiedzić jeszcze oddział swojej firmy i poznać ludzi, których zna tylko z telefonu. Ale zrobią oczy. Na wszelki wypadek wymieniliśmy się numerami telefonów i adresami. Odnoszę więc nasz klucz do zegarmistrza i już znów maszerujemy. I… pada. Polną drogę z Crostwitz do Panschwitz-Kuckau pamiętam jeszcze jak przez mgłę. Nazywa się Trebenja i w wielu miejscach przypomina galicyjskie wąwozy. Tuż przed Panschwitz szlak pielgrzymi skręca w lewo. To nadłożenie drogi, ale prowadzi kawałkiem oryginalnej Via Regia do parku klasztoru St. Marienstern. Ponieważ to wiem, a przy tej pogodzie nie mam ochoty nadkładać drogi, idziemy dalej prosto i oszczędzamy sobie prawie kilometr. Przy wjeździe do wsi muszę jednak znaleźć czas na zdjęcie. Andrea pstryka mi fotkę dokładnie tak, jak w 1976 roku opierałem się już o tę tablicę z nazwą miejscowości. Gdzieś przecież musi być jeszcze tamto zdjęcie…? Aha, jest:

Wjazd do Panschwitz-Kuckau wczoraj

I dziś

Teraz schodzimy w dół wzdłuż wysokich murów klasztoru aż do bramy wejściowej na dziedziniec klasztorny. Już wtedy prowadzono tu klasztorne gospodarstwo i tak jak inni rolnicy w innych wsiach pracowali w spółdzielni produkcyjnej, tak tutaj robotnicy rolni chodzili do pracy w klasztornym majątku. Od tamtej pory założenie klasztorne nabrało dużo kolorów i w przeciwieństwie do dawnych czasów wygląda bardzo zachęcająco ze swoimi jasnymi fasadami z czerwonymi akcentami.

Klasztor St. Marienstern

Idziemy drogą do kościoła klasztornego i wchodzimy do dużego wnętrza, które jest już w połowie wypełnione. Klasztor cysterek St. Marienstern od dziesięcioleci prowadzi dom dla osób z niepełnosprawnością intelektualną. Bardzo dobrze pamiętam siostry, które z lżejszymi przypadkami chodziły na spacery po wsi albo po parku klasztornym. Poza tym cysterki rzadko się widywało. Dla nas jako nastolatków mury klasztoru były czymś bardzo tajemniczym i obcym. I byliśmy przecież bardzo ciekawi, co jest za nimi. Ale w życie surowego zakonu niewiele dało się zajrzeć. Tylko czasem widzieliśmy, jak matka przełożona jedzie swoim Wartburgiem Tourist do Kamenz, żeby odebrać z dworca młodą dziewczynę, pewnie nowicjuszkę. Siedzimy teraz zupełnie z tyłu kościoła i słuchamy słów księdza, który odprawia mszę dla mieszkańców domu. Wtedy, 36 lat temu, nigdy nie wpadłbym na pomysł, żeby pójść na mszę, choć odbywały się tu regularnie. Saksonia jest właściwie protestancka, ale Serbołużyczanie z Górnych Łużyc są katolikami. Wtedy niewiele mi to mówiło, a Kościół i wiara, bez względu na religię czy wyznanie, były mi obce i trochę niesamowite. Moje wychowanie, jak u wielu wschodnich Niemców, było ateistyczne. Ciekawość jednak udało mi się zachować. I choć z instytucją Kościoła nadal niewiele mam wspólnego, chrześcijaństwo interesuje mnie ze względu na humanistyczną postawę, którą reprezentuje po przezwyciężeniu zamętu i błędów średniowiecza (mam na myśli inkwizycję czy wyprawy krzyżowe). Z wieloma rzeczami nie potrafię się jednak utożsamić, co ma związek z moim wychowaniem i moim naukowym, bardzo świeckim światopoglądem.

Przed mszą

Ten jednak nie zabrania mi spojrzeć ponad płotem (albo tutaj ponad murem klasztoru), żeby rozbroić nagromadzone uprzedzenia i niezrozumienie. Siedzę więc tutaj, na miejscu, na którym wiele lat temu nigdy nie widziałbym siebie w przyszłości, i słucham katolickiego księdza. A to, co mówi, mówi tak, żeby mieszkańcy domu go rozumieli. Na twarzach widać, ile radości jest w tym wnętrzu. I przeżywamy, jak mały chór młodzieży z niepełnosprawnością intelektualną z radością i żarem intonuje kilka pieśni. A pół kościoła śpiewa razem z nim. Potem proboszcz zaczyna kazanie. Myślimy, że się przesłyszeliśmy, i patrzymy na siebie nieco zdziwieni. Bo mówi na temat „Droga jest celem”. Każde słowo odnosimy do siebie. Jesteśmy jednak pewni, że nas, daleko z tyłu w ostatnich rzędach, nie mógł zauważyć. To nie pierwszy raz, kiedy na szlaku pielgrzymim przytrafia się nam coś tak trudnego do wyjaśnienia, i jedna z tych rzeczy, których mój bardzo racjonalnie myślący mózg nie potrafi wytłumaczyć. Pozwalam więc, by to się działo, i cieszę się z tego. Mniej radości mamy jednak, gdy wychodzimy z kościoła. Pod łukiem bramy dziedzińca klasztornego jeszcze raz zdejmujemy plecaki, żeby naciągnąć pokrowce przeciwdeszczowe, o których rano zapomnieliśmy. Na szczęście plecaki są nawet bez osłony dość wodoszczelne, więc zawartość jeszcze nie ucierpiała. Szkoda, że przy tej pogodzie nie miałem już ochoty na większy spacer po dobrze mi znanej wsi. Kilka zdjęć przed dawną gospodą Konsumu, która nazywa się teraz „Karstens Bierstube” i „Restaurant” i w której spędziliśmy niejeden wieczór przy poplamionych obrusach z Klosterbräu albo piwem z Bautzen i kiełbaskami z Kamenz z musztardą z Bautzen, musi jednak być.

gospoda Konsumu wczoraj

Dziś Karstens Bierstube

Także zdjęcia Klosterwasser, rzeczki, która oddziela części wsi Panschwitz i Kuckau, oraz ulicy, którą tak często chodziliśmy w górę i w dół, żeby iść do knajpy. Brzmi to teraz tak, jakbym był wtedy pijakiem. Piwo w czasach NRD było naprawdę tanie, a w knajpach nawet tańsze niż w sklepie. Ale skromna pensja ucznia (64 marki NRD!) wcale nie pozwalała na to, żeby regularnie się upijać. Z tych pieniędzy trzeba było jeszcze odliczyć 32 marki za internat i jedzenie. Bilet kolejowy do domu w obie strony kosztował 16,10 marki, a autobus do szkoły zawodowej w Kamenz 3,60 marki tygodniowo. Niewiele zostawało, gdyby rodzice czegoś nie dorzucali. – Mój Boże, ile człowiek sobie jeszcze przypomina, kiedy tak pisze.

Klosterwasser i zamknięta już gospoda Blocha

Przychodzą wtedy na myśl także wszystkie wybryki. Choćby ten (ale nie mówcie dalej!!): Była pierwsza niedziela Adwentu, a my byliśmy w internacie zupełnie sami. A do Adwentu po prostu należy choinka w pokoju. Ale skąd? A przede wszystkim zwyczajnie kupić byłoby nudno. Wymyślono więc zakład. W internacie zrobiono zbiórkę i uzbierało się prawie 20 marek. A potem szybko znalazła się też chętna ofiara, na tyle szalona, żeby wejść w ten idiotyzm. Kto zdoła przebiec nago (było –7 stopni!!) przez wieś aż do Juriego (to ta knajpa) i ukraść sprzed jego gospody małą choinkę, dostaje 20 marek. Nie uwierzysz, ale to się naprawdę udało.

Główna ulica przez Panschwitz

Myślę, że staruszka owinięta w łużycki strój ludowy, jakie często widywaliśmy idące do kościoła albo z kościoła, zemdlałaby na stojąco, gdyby zobaczyła nagiego młodzieńca, który odziany w choinkę biegnie przez zimową wieś. I trochę nawet sobie tego życzyliśmy. Ale w tamtych czasach w Panschwitz po 19:00 zwijano chodniki, a wieś sprawia dziś na mnie wrażenie, jakby tak było nadal. A więc: zakład wygrany, pieniądze straciliśmy, ale mieliśmy swoją choinkę i myślę, że ta mała kradzież już się przedawniła. Takie małe drzewko kosztowało wtedy około 3 marek. Mogliby nas więc co najwyżej dopaść za wywołanie publicznego zgorszenia albo za chuligańskie wybryki. ABV (dzielnicowy) i tak był stałym gościem w internacie. Gdy we wsi wydarzył się jakiś wygłup, najpierw zawsze prowadzono dochodzenie wśród uczniów. Często to wcale nie byliśmy my, gdy na przykład wszystkie puste butelki z knajpy lądowały w Klosterwasser. Rodziło to oczywiście napięcia między miejscową młodzieżą a nami, uczniami, które rozstrzygano w niejednej bójce. Nie jestem pewien, ale istnieje możliwość, że był przy tym także nasz obecny premier. Jest w moim wieku i do dziś mieszka w Panschwitz. Zauważam, że właśnie piszę się tu na własną zgubę. A tymi przeżyciami można by zapełnić jeszcze wiele stron. Ale chodzi o pielgrzymowanie, więc obok boiska (na którym strzeliłem niejednego gola) wychodzimy z „grobu mojej młodości”, jak to wtedy nazywaliśmy. Z latami wiele rzeczy się idealizuje i na szczęście w myślach zostaje tylko to, co dobre.

Schronienie na przystanku autobusowym

Drogi robią się coraz bardziej błotniste i coraz częściej musimy omijać wielkie kałuże. Do tego dochodzi ostry, bardzo chłodny wiatr. W Nebelschütz siadamy na chwilę na przystanku autobusowym, do którego dosłownie się przedarliśmy. Na asfalcie tymczasem powstają bąble od wielkich kropli, które na nas spadają. Przy drugim śniadaniu podejmujemy decyzję. Jesteśmy przemoczeni, marzniemy i w żadnym wypadku nie pójdziemy dziś aż do Reichenau, naszego właściwego dzisiejszego celu. Poszukamy sobie schroniska albo pensjonatu w Kamenz i na dziś wystarczy. I tak gwiżdżemy na deszcz, spuszczamy głowy i idziemy dalej.

Kamenz osiągnięte

Dopiero przy wjeździe do Kamenz znów je podnosimy, żeby zadzwonić do Betiny i przekazać jej naszą decyzję. Od razu się zgadza i obiecujemy sobie znów dać znać, gdy coś znajdziemy. Strome schody na stare miasto porządnie dają w kość. Zaraz w pobliżu kościoła Mariackiego znajdujemy kancelarię parafialną, w przekonaniu, że dostaniemy tam nocleg. Ale grubo się myliliśmy, bo tu odsyłają nas tylko do informacji miejskiej. Kiedy jeszcze trochę narzekam na pogodę, dowiadujemy się, że jedyne schronisko jest na Hutbergu. Koniecznie powinniśmy wziąć tylny pokój. Bo jest tam problem z ciągiem w kominie. I trochę wilgotno też tam jest. To wystarczy. Tylko tego nam dziś brakowało – wilgotnego, zatęchłego schroniska, a do tego jeszcze wspinaczki na Hutberg. W mojej tabeli znajduję jeszcze Pension Wendländer. Jest tuż za rogiem.

W Pension Wendländer

Dziękujemy, dostajemy pieczątkę i próbujemy szczęścia w pensjonacie przy Pulsnitzer Straße. Mamy szczęście i pani Wendländer nam otwiera. Od razu zwraca nam uwagę, że wszystko podrożało i nie mogła utrzymać opublikowanej ceny 18,50 €, więc podniosła ją do 20 €. Dostajemy miły pokój dwuosobowy i uważamy, że cena jest w pełni odpowiednia i bardzo przyjazna pielgrzymom, tym bardziej że śniadanie jest wliczone. Dziś najważniejsze są ogrzewanie, żeby wysuszyć ciuchy, i gorący prysznic. Od razu dzwonimy do Betiny, upewniwszy się, że i dla niej znajdzie się łóżko. Niedługo potem ona też stoi pod drzwiami. Dopiero wieczorem deszcz słabnie i odważamy się znów wyjść na zewnątrz.

Rynek w Kamenz

Kamenz nie jest bardzo duże i poza kościołem Mariackim, rynkiem z ozdobnym ratuszem, Muzeum Lessinga i kościołem św. Anny, w którym również mieści się muzeum, nie ma tyle do zaoferowania co np. Bautzen czy Görlitz. Nie mamy specjalnej ochoty na muzeum, więc szybko kończymy obchód miasta. Do tego kościół Mariacki jest niestety zamknięty. „Jesteście głodni?” – pytam w nadziei, że usłyszę przynajmniej jedno „tak”. Bo ja jestem, a przede wszystkim mam ochotę na prawdziwą kiełbaskę z Kamenz. W czasie mojej nauki zawodu była jednym z naszych podstawowych produktów spożywczych. Szło szybko, było tanio i smakowało naprawdę dobrze – po prostu inaczej niż zwykła parówka bockwurst. Był tam wtedy przy rynku taki jakby bar, w którym najpierw się zamawiało, dostawało numerek, a potem z okienka wychylała się jaskrawoczerwona, gruba twarz i głośno wykrzykiwała numer na całą salę. Jeśli człowiek był szybki i nikt nie sprzątnął mu kiełbaski sprzed nosa, po krótkim czasie był już z powrotem poza zadymionym lokalem. O zakazie palenia w lokalach nikt wtedy jeszcze nie mówił. Ta kiełbaska jest dostępna tylko w okolicach Kamenz, a kopie, które czasem można znaleźć w dużych dyskontach, nie mają nic wspólnego z oryginałem.

Miła sprzedawczyni na Klosterstraße

Jest tuż przed zamknięciem sklepów. Na duże menu w restauracji nie mamy ochoty. I tak bez namysłu wchodzimy do sklepu mięsnego przy Klosterstraße 5. Ostrożnie, świadom godziny, pytam, czy dostaniemy jeszcze trzy ciepłe kiełbaski z Kamenz. „No to muszę wam jakieś podgrzać. Siądźcie se tam na chwilkę. Przyniese wam potem” – mówi najpiękniejszym saksońskim. Betina ciągle się podśmiewa z naszego dialektu i próbuje go naśladować. Musi to być jednak bardzo trudny dialekt, bo z wielkim trudem przychodzi jej gadanie po saksońsku. My wyssaliśmy go z mlekiem matki i trudno nam go powstrzymać – a niby dlaczego mielibyśmy? Potem kiełbaski są gotowe. Zamawiam do tego jeszcze piwo i już jest prawie jak dawniej. Sprzedawczyni nie spieszy się do fajrantu i zostajemy jeszcze chwilę, żeby pogadać. Robi się wesoły wieczór. Potem litujemy się nad miłą sprzedawczynią i żegnamy się, wychodząc w miasto pogrążone w zmierzchu – bez deszczu z góry.

Dzień grzybów: Kamenz – Königsbrück – Stenz

Nie znając prognozy pogody, już rano czuję, że coś się zmieniło. Nie tylko to, że na dworze jest sucho – wiatr się odwrócił. A to wyjątkowo dobry znak.

Śniadanie w Kamenz

Zanim jednak dziś ruszymy, siadamy najpierw do suto zastawionego stołu. Pani Wendländer naprawdę się postarała, a my nie spieszymy się specjalnie z wyjściem. Dziś idziemy razem i Betina nie odważa się już drugi raz pytać, czy może do nas dołączyć. Żegnamy się więc z panią Wendländer i idziemy przez Kamenz zalane porannym słońcem. Zaglądamy jeszcze raz do masarni i spotykamy tę miłą sprzedawczynię, która znów stoi już za ladą. Szlak w Kamenz jest dobrze oznakowany, a my postanawiamy nie wchodzić na Hutberg, tylko obejść go z prawej strony – to nie jest żadne nadkładanie drogi, a nie wystawia naszej kondycji na próbę od samego rana.

Mgła unosi się z lasu

Z lasu, pod światło, unosi się wilgoć ostatnich dni, tworząc ciekawą grę cieni. Niektóre drzewa liściaste zaczynają się już kolorowo przebarwiać, co w słońcu wygląda oczywiście dużo piękniej niż w deszczu. Jeszcze przez jakiś czas idziemy asfaltową boczną drogą, zanim szutrową ścieżką zanurzymy się w las. To zupełnie co innego, kiedy nie trzeba się martwić, czy w ogóle uda się jakoś wysuszyć ciuchy. I oczywiście dużo przyjemniej jest tak beztrosko wejść w nowy dzień.

Panorama za Kamenz

W lesie przed Schwosdorf

I tak idziemy, pogrążeni w rozmowie albo czasem w milczeniu, ale w każdym razie w świetnym humorze i zrelaksowani, przez bujny zielony las w stronę Schwosdorf. Schwosdorf okazuje się najpierw dość rozległą wsią z gospodarstwami stojącymi bardzo daleko od siebie. Jak zdradza przewodnik pielgrzyma, jest tu schronisko pielgrzymie. Prowadzi je stowarzyszenie PRO Wal- und Wüsteberg e.V. Stoimy teraz przed tym schroniskiem i obserwujemy w ogrodzie mężczyznę, który według wskazówek stojącej obok młodej kobiety mozoli się przy murku z kamieni układanych na sucho. On mówi niewiele, a właściwie nic. Ona za to tym więcej.

Schronisko w Schwosdorf

Nie mamy szans jej umknąć. Szybko zaprasza nas do środka, a ja ledwo zdążam powiedzieć, że nie zamierzamy u niej nocować. Pewnie i tak by się tego domyśliła o tak wczesnej porze. Kawa nie byłaby zła, mówi Betina. I już stoimy w biurze schroniska i patrzymy, jak pani domu uruchamia ekspres. W tym małym biurze, gdzie można też to i owo kupić, możemy tylko patrzeć. Bo i tak nie dochodzimy do słowa. Słowotokiem dostajemy wszystkie informacje o domu i o okolicznościach, w jakich stał się tym, czym jest.

Zaproszenie na kawę

Stowarzyszenie powstało kiedyś dlatego, że pewien tak zwany inwestor chciał otworzyć w pobliżu, czyli na Wal- i Wüsteberg, kamieniołom. Mieszkańcy zjednoczyli się w proteście i odnieśli sukces. Góry wciąż stoją, ale stowarzyszenie straciło swoją treść i cel. Postanowiono więc zrobić z domu schronisko dla pielgrzymów. I od tamtej pory się tu buduje. Czy kiedykolwiek zostanie ukończone – co do tego mam wątpliwości. Zaangażowanie jest jednak niezłomne i jest go naprawdę dużo. Kawa jest wkrótce gotowa, na stole pojawia się też trochę ciasta. Monolog jednak wciąż trwa. Budowniczy murku do tej pory nie powiedział ani słowa – i jak miałby. Dzwoni mi w uszach i szukam okazji, by grzecznie się pożegnać i uciec. Myśli krążą mi wokół tego, co by było, gdybyśmy tu nocowali. Żeby nie było nieporozumień: ta kobieta była naprawdę bardzo miła i ma jak najlepsze intencje, tylko że używa trochę za dużo słów. Andrea też co jakiś czas uśmiecha się do mnie szeroko. Pewnie myśli to samo. Betina w tym czasie „zajmuje się” budowniczym murku, który wrócił do swojego dzieła. Treść ich rozmowy poznaję później. Zagadnięty o swoją małomówność i na uwagę Betiny, że ma przecież dobrą pomoc, odpowiedział tylko: „tak, ale ona tylko gada”. Ten dobry człowiek pogodził się ze swoim losem. Nawiasem mówiąc, nie należał – jak początkowo sądziłem – do tej kobiety, tylko był kimś w rodzaju gminnego pracownika wsi.

Stary trakt pocztowy do Reichenau

Dużo później znajdujemy w końcu odwagę, by przerwać ten potok słów i się pożegnać, co z początku nie robi większego wrażenia na naszej gospodyni. Dopiero gdy mamy już plecaki na plecach, udaje nam się powiedzieć dziękuję i ruszyć dalej. „No, ta to akurat nie ma problemu z gadaniem” – mówię po kilku minutach. Moje dwie towarzyszki komentują to uśmiechem, ale bez słowa. Na pewno nie chcą jeszcze bardziej wzmagać mojego szumu w uszach. Zanim wywołam tu złe wrażenie: wszystko to piszę z uśmiechem na ustach i z przymrużeniem oka. Naprawdę nie chcę nikogo odstraszać i w żadnym wypadku nie mam złych zamiarów, pisząc ten opis. Było to jednak dość zabawne spotkanie z kobietą na szlaku, która po prostu nie potrafi utrzymać swojego entuzjazmu na wodzy.

Nareszcie w Reichenau

Teraz znów idziemy szeroką piaszczystą drogą w las. To stary trakt pocztowy i wędrujemy oryginalnym przebiegiem Via Regia. Do Reichenau jest dobrych kilka kilometrów, podczas których cieszymy się ciszą lasu, przerywaną tylko przez paru grzybiarzy. Już z drogi widać mnóstwo grzybów, a niektóre z nich uznaję nawet za jadalne. Dziś jednak grzyby na nic nam się nie przydadzą. Mamy na to niewłaściwy cel. Chcemy bowiem dotrzeć do przytułku dla ubogich (Armenhaus) w Stenz, dzielnicy Königsbrück. Nie wiemy, czy będziemy tam mogli przyrządzić grzyby. Wolimy więc zostawić je w lesie.

Schronisko w Reichenau

Na długo przed Reichenau odczuwam naturalną potrzebę, która nie znosi dłuższej zwłoki. Wiedząc, że w Reichenau jest schronisko, zaciskam więc trochę pośladki i stawiam drobniejsze kroki w nadziei, że nie będę musiał iść w krzaki. Z kropelkami potu na czole docieram do Reichenau. Na schronisku wisi kartka z adresami i numerami telefonów i cieszę się, że jeden z adresów jest zaraz po drugiej stronie ulicy, a na mój dzwonek ktoś otwiera. „Nie chcemy tu nocować. Ale czy mógłbym skorzystać z toalety w schronisku?” – pytam nieco spięty. „Ależ oczywiście” – mówi kobieta i wciska mi do ręki klucz do schroniska. Człowieku, co za ulga!

Przed schroniskiem w Reichenau

Wszystko ma jednak swój głębszy sens – można pomyśleć, gdy się usłyszy, co było dalej. Tylko dlatego, że musiałem iść do kibelka, nie tylko mogliśmy obejrzeć bardzo ładne schronisko, ale też skierowano nas na inną drogę, która – jak się okaże – będzie jednym z najpiękniejszych odcinków naszej wędrówki. „Jeśli pójdą państwo tutaj w lewo, a nie dalej za znakami, to po jakichś 600 metrach dojdą państwo do drewnianej tabliczki, która wskazuje w prawo, do »Tiefetal«” – powiedziała nam ta miła pani. „Ścieżka prowadzi tuż wzdłuż Pulsnitz przez romantyczną dolinę”.

Pulsnitz w Tiefetal

Dowiadujemy się, że początkowo chciano poprowadzić szlak pielgrzymi przez dolinę, ale urząd ochrony przyrody tego zabronił z powodu szkód, jakich spodziewano się po pielgrzymach. „No tak, przecież codziennie przychodzi tu stu pielgrzymów, którzy rozdeptują krajobraz, wszystko zrywają i zostawiają po sobie śmieci” – mówię sarkastycznie. Ludzie w Reichenau posyłają jednak przez dolinę każdego pielgrzyma, którego zobaczą. I że to dobrze, przekonujemy się niedługo potem, po 600 metrach. Za małym mostkiem na rzece Pulsnitz zanurzamy się w baśniowy las. Niczym w puszczy wszystko rośnie tu tak, jak chce, a także to, co już nie rośnie i leży na ziemi, zostawia się takim, jakie jest. Przez sam środek, dzikimi zakolami, często spiętrzona przez głazy albo powalone drzewa, płynie Pulsnitz ze swoją czystą wodą. A dlaczego nazywam ten odcinek „Dniem grzybów”, widać na kolejnych zdjęciach.

Właściwie chciałbym, żeby ta ścieżka nigdy się nie skończyła. I idziemy dużo wolniej niż zwykle. Ale pierwsze domy Königsbrück zwiastują, że dotarliśmy do dzisiejszego celu.

Rynek w Königsbrück

Mimo wszystko jesteśmy całkiem zadowoleni, że już tu jesteśmy, bo w okolicy żołądka rozlewa się uczucie pustki. Szukamy więc na rynku w Königsbrück jakiegoś miejsca, gdzie można by coś zjeść – na próżno. Ale długo szukać też już nie chcemy. Postanawiamy więc pójść do budki z kebabem, która o tej porze wydaje się tu jedyną możliwością, żeby coś zjeść. I jest lepiej, niż się początkowo obawialiśmy. Bierzemy nawet na wieczór kilka chlebków czosnkowych. W drodze do Stenz mijamy Marienkirche i wchodzimy do środka.

Marienkirche w Königsbrück

Wychodzą nam naprzeciw dźwięki organów, a my na palcach wchodzimy do wnętrza. Na górze, na chórze, dostrzegamy młodego mężczyznę, który ćwiczy na organach. Od czasu do czasu w jego grę wkradają się fałszywe tony. Dopiero gdy nas zauważa, zaczyna nowy utwór, który potem gra już bezbłędnie od początku do końca. Wchodząc do takiej świątyni, i tak zmienia się swoje zachowanie, o czym już pisałem. Wrażenie, jakie robi takie wnętrze wypełnione aż po ostatni kąt dźwiękami organów, jest nie do opisania. Ciarki przechodzą jedne za drugimi. Poruszeni słuchamy muzyki, a gdy się kończy, dziękujemy organiście i wychodzimy z kościoła. Ciekawość wobec tak bardzo zachwalanego przytułku sprawia, że idę trochę szybciej. W przewodniku pielgrzyma stoi mniej więcej tak: kto przywykł do prostego życia, będzie się tu dobrze czuł. Kto przywykł do luksusu, przekona się tu, jak niewiele potrzeba, by dobrze się czuć. I jestem ciekaw tego „niewiele”. I już go widzę – malutki domek z muru pruskiego tuż przy ulicy. Drzwi zamknięte są na prastarą kłódkę. Za małym przesuwanym okienkiem leży pieczątka dla przechodzących pielgrzymów, a w oknie wisi kartka z adresami osób kontaktowych. Od razu wyruszam na poszukiwanie domu Wernera Lindnera, podczas gdy Andrea i Betina rozsiadają się wygodnie w słońcu na ławce stojącej przed przytułkiem. Szybko go znajduję. Wychodzi mi naprzeciw starszy mężczyzna w ubraniu roboczym i nieco uroczyście wita mnie w Stenz.

Przytułek dla ubogich w Stenz

Tę uroczystą minę przybiera też wtedy, gdy siedzimy już wszyscy razem w domu przy rustykalnym stole, a on wyjaśnia nam różnicę między innymi schroniskami na szlaku a tym domem. „W pozostałych schroniskach jesteście gośćmi. Ten dom jest dziś wasz”. Betina raz po raz zwraca się do niego per „pan”, co Werner energicznie poprawia. Tutaj naprawdę wiele rzeczy jest inaczej. Nie ma prądu, a więc i światła elektrycznego. Nie ma bieżącej wody. Nie ma prysznica ani umywalki. Jest za to wychodek za domem, murowany piec z piekarnikiem i wyścielone słomą łóżka na stryszku.

Nasze posłania na strychu

Idziemy za Wernerem na strych i widzimy skrzynię łóżka i podwójne łóżko, wyścielone słomą i przykryte ogromnymi pierzynami. „Pościel zmieniamy co 14 dni. Komu to nie pasuje, niech weźmie swój śpiwór”. To jasne zasady, a ja uważam, że nie jesteśmy aż tak wybredni. Pod taboretem stoi „wazon północny” (nocnik). Uśmiecham się na ten widok i jestem ciekaw, jak wysoka Betina zwinie się dziś wieczorem w tej małej skrzyni. Dla nas dwojga zarezerwowane jest oczywiście łoże małżeńskie. Z powrotem na dole, w „salonie”, Werner rozpala nam jeszcze w piecu i mówi, że prawdopodobnie nie on, tylko Sigmar przyjdzie przynieść nam wodę.

Werner rozpala ogień

Woda przychodzi w dużej bańce na mleko i z niej trzeba zrobić wszystko: zmywanie, kawę i wieczorną czy poranną toaletę. Werner pokazuje nam jeszcze, jak obchodzić się z piecem i z otwartym ogniem – nie bez znaczenia, jeśli chodzi o ochronę przeciwpożarową. I już zostawia nas samych. Mamy jednak jeszcze mały problem. Na wieczór potrzebujemy czegoś do picia, a na następny dzień prowiantu na drogę. Kobiety urządzają więc dom, żeby był przytulny, a ja wracam jeszcze raz do centrum Königsbrück, żeby znaleźć supermarket. Ten jest oczywiście dokładnie na drugim końcu miasteczka. I tak niemal dostaję skurczu w ręce. Bo bojąc się, że butelki rozerwą plastikową torbę, trzymam ją wciśniętą pod pachą. Szkoda by było zwłaszcza butelek czerwonego wina.

Wieczorem w „salonie”

Kiedy wracam, Andrea i Betina znowu siedzą w słońcu. Poza pilnowaniem, żeby ogień nie zgasł, i podgrzewaniem wody na kawę, nie ma tu przecież wiele do roboty. Wieczorem przychodzi Sigmar z bańką wody i butelką wina i opowiada nam fascynującą historię przytułku w Stenz. Myślę, że to w dużej mierze zasługa dwóch przyjaciół, Wernera i Sigmara, że ten klejnot uratowano przed rozbiórką. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem tej historii i zaangażowania obu mężczyzn. I moglibyśmy słuchać Sigmara jeszcze długo. Ale wkrótce się żegna, mówiąc, że jutro rano wróci i przyniesie nam śniadanie. To oczywiście słyszymy bardzo chętnie. Życzy nam dobrej nocy, a my jesteśmy ciekawi, czy rzeczywiście taka będzie.

Czego więcej trzeba?

Dopijamy resztę naszego wina i to, które przyniósł Sigmar, w blasku płonących woskowych świec. Nastrój jest dobry i spędzamy przytulny wieczór przy buzującym piecu. Tylko wyprawa do wychodka wymaga trochę przyzwyczajenia. Znam takie urządzenie z dawno minionych czasów. Moi dziadkowie mieli taki wychodek na podwórku, a i podczas służby wojskowej w obozie polowym musieliśmy chodzić do takiej latryny. Zabawny wydaje mi się koszyczek z podartymi na prostokątne kawałki stronami z kolorowych magazynów. To papier kredowy! To wyciera się bardzo, bardzo kiepsko! W którymś momencie – nie patrzyłem na zegarek – przychodzi pora, żeby iść na górę. Betina wpełza pod grubą pierzynę do swojej skrzyni, a my wsuwamy się do naszej. Słomiane podłoże jest przyjemnie twarde, a gruba pierzyna zdaje się człowieka przygniatać. Ale robi się pięknie ciepło, przy czym nie jest nieprzyjemnie ani duszno. Jedyny problem: moja strona lekko opada ku środkowi i co chwilę staczam się tam, gdzie swojego miejsca broni Andrea. No i teraz domyślam się, że to nie tylko brak telewizora sprawiał, że ludzie mieli kiedyś więcej dzieci…

Dzień zimna: Stenz – Schönfeld

Chyba dawno nie spałem tak dobrze jak tej nocy. Co prawda z powodu nieco pochyłego podłoża co jakiś czas staczałem się jednak w stronę Andrei i musiałem też w nocy wyjść „za potrzebą”, co w ciemności nie jest zbyt przyjemne, bo belki stropu są tu na górze bardzo nisko, a latarkę zostawiłem na dole w plecaku. Poza tym jednak była to bardzo przyjemna noc w przytułku.

Nasz „wazon północny”

Na jedną czy dwie noce to całkiem odświeżające doświadczenie – bez prądu, bez bieżącej wody i bez wygód. Ale żyć tak zawsze? Człowiek uświadamia sobie, co musieli znosić nasi przodkowie. Tyle że oni po prostu nie znali niczego innego. Andrea i Betina również spały wyjątkowo dobrze, jak zapewniają. Mnie od czasu do czasu trochę wiało. Rano widzę też dlaczego. Tuż obok mojego tyłka spod gzymsu dachu wpada jasne światło. W deskowaniu gzymsu ziała okrągła dziura, której wieczorem nie zauważyłem z powodu ciemności. Żeby zatrzymać przeciąg, powinienem był położyć przed dziurą cegłę. Ale że jej nie zauważyłem, miałem bardzo świeże powietrze. Zmiana pogody przyniosła wprawdzie czyste powietrze i słońce, ale też poranny chłód. Trochę samozaparcia kosztuje umycie się, gdy z kranu nie leci ciepła woda. Na poranną toaletę wody jest jeszcze dość i są dwie duże metalowe miski – jedna przeznaczona do mycia się, druga do zmywania. Kiedyś woda pochodziła ze studni we wsi, jak się dowiedzieliśmy. Wczoraj przyniósł ją Sigmar w bańce na mleko.

Sigmar przynosi nam śniadanie

Sigmar staje też na progu o 7:30, z dwoma dużymi koszami, w których jest nasze śniadanie. Oprócz świeżych bułek przyniósł też prosto spod kury jajka, wędlinę, dżem, masło i kawę w termosach. Z jego ogrodu na stole lądują pomidory i ogórki. A na zwieńczenie odwija jeszcze trzy kawałki drezdeńskiego Eierschecke. „Kto to wszystko zje?” – pytam, kiedy siadamy do stołu. „Zróbcie sobie coś na drogę, a ciasto też możecie wziąć ze sobą” – odpowiada Sigmar. Zajadamy się porządnie i siedzimy wygodnie w salonie, w którym dzięki resztkom ciepła ze starego pieca wciąż jest bardzo przyjemna temperatura. Sigmar przy okazji opowiada nam więcej o domu i o miejscowym towarzystwie miłośników regionu, które go utrzymuje. Zatrzymują się tu nie tylko pielgrzymi. Także klasy szkolne mają tu żywe lekcje o historii regionu. Korzystają z domu stowarzyszenia, a pojedyncze osoby, które wyrzucono z domu, mogą się tu tymczasowo zatrzymać.

Betina przy zmywaniu

Tak jak poprzedniego wieczoru chętnie posłuchalibyśmy go dłużej. Ale Sigmar zniknął tak szybko, jak się pojawił. No cóż, może zapowiedzieli się już następni. Księga pielgrzymów w każdym razie pokazuje, że dom jest chętnie odwiedzany. Robimy jeszcze trochę porządku w domu, wpisujemy kilka słów podziękowania do księgi pielgrzymów i przybijamy w paszporcie pieczątkę dla „właścicieli domu”. Ta w oknie jest tylko dla przechodzących pielgrzymów, powiedział nam Werner, kiedy wczoraj nas wpuszczał. Potem chwytamy nasze rzeczy i już mamy ruszać, gdy na głównej ulicy widzę większą grupę wędrowców. Ponieważ idą w tym samym kierunku i są podobnie wyposażeni jak my, od razu zaliczam ich do kategorii pielgrzymów, co okazuje się słuszne. Jedna z różnic między nami polega jednak na tym, że nie nocują w schroniskach dla pielgrzymów, tylko wolą pensjonaty i hotele zarezerwowane jeszcze z domu. Uważam to u pielgrzyma za, powiedzmy, nie do końca optymalne, a raczej sądzę, że w ten sposób człowiek pozbawia się nieodzownej dla mnie części przeżyć – i tych dobrych, i tych złych.

Andrea uwiecznia nas w księdze pielgrzymów

Właśnie spędziliśmy noc, która na zawsze zostanie w mojej pamięci. Pensjonaty czy hotele są anonimowe, wymienne i nie mają uroku schroniska dla pielgrzymów. Jak dowiedziałem się w rozmowie z jednym z sześciorga pielgrzymów, idą wprawdzie tym samym szlakiem co my, ale mimo to robią wiele kilometrów więcej, bo zarezerwowane pensjonaty często leżą daleko od szlaku. Szybko zbiera się z tego 10 kilometrów więcej dziennie. Wątpię, czy rekompensuje to większa wygoda i komfort w pensjonatach. Pewna 80-letnia kobieta, która dzielnie niesie swój plecak i do której tempa wszyscy się dostosowują, powiedziała nam później, że wolałaby chodzić z nami do schronisk. No cóż, każdy ma inne oczekiwania wobec szlaku pielgrzymiego i trzeba też uszanować decyzję grupy. Rozmawiamy z ożywieniem z nowymi towarzyszami, ale stwierdzamy, że to my mamy znacznie więcej do opowiedzenia. Ludzie słuchają nas z zainteresowaniem i zadają mnóstwo pytań. Nagle się zatrzymali, mówiąc, że to przecież bardzo odpowiednie miejsce na poranną modlitwę. Człowieku, pomyślałem sobie, znowu złapali mnie na złej nodze. Tak daleko w rozmowach jeszcze nie doszliśmy. Bo nie przyznaliśmy się jeszcze, jaką motywację mamy ja i Andrea, żeby iść tym szlakiem. A po prostu pójść dalej też wyglądałoby głupio. Poza tym chcę mieć wzgląd na Betinę, która ma jak najbardziej religijne motywy, by iść tą drogą. I już ktoś podsuwa mi pod nos mały śpiewnik, a ja patrzę w pytające twarze, bo swojego nie mam. Skąd miałbym mieć, przecież nawet go nie znam. Potem wszyscy zaczynają śpiewać głośno i z wielkim żarem. Tylko dwoje milczy, Andrea i ja, co w tej chwili jest dla mnie bardzo krępujące. Trochę zawstydzony zaglądam do książeczki. Na domiar złego w samym środku ceremonii dzwoni komórka Andrei – to oddzwania gospodyni schroniska w Schönfeld. Chce nam przekazać, że możemy przyjść, ale musimy uzbroić się w cierpliwość, bo po południu ma jeszcze oprowadzanie po zamku. Z lekką zazdrością patrzę, jak Andrea potrafi wymknąć się z tej sytuacji, odchodząc na bok, żeby porozmawiać przez telefon. Przed moim nosem wciąż dynda śpiewnik, jakby mnie wzywał: No śpiewaj wreszcie! Zrozumcie wreszcie i dajcie spokój, mówię sobie w duchu i najchętniej zapadłbym się pod ziemię. Dlaczego mój telefon nie dzwoni? Zwykle robi to przecież w najmniej odpowiednich momentach.

Poranne słońce w lesie

Po „Amen” jestem wybawiony i słyszę, jak mówię, że my już pójdziemy dalej i na pewno jeszcze się zobaczymy, gdy grupa zaczęła się zbierać do tego, by jeszcze trochę przedłużyć przerwę. „Mamy przecież tę samą drogę” – mówię. Nad tym, co ci ludzie myślą o nas dwojgu, wcale nie chciałem się zastanawiać. Ani nad tym, co myślała o nas Betina… No dobrze, ona zna nasze nastawienie i jest czysta. Śpiewała z nimi. Ja natomiast nie pierwszy raz czuję się trochę nie na miejscu, chociaż nigdy nikt w ten sposób mi się nie przeciwstawił ani nie wytknął mi mojego podejścia do życia. Nigdzie dotąd nie spotkaliśmy się z odrzuceniem, kiedy jak zawsze otwarcie mówiliśmy, co myślimy. Ta myśl znów dodaje mi otuchy. A kiedy Betina mówi potem, że dobrze, że poszliśmy dalej, wiedziałem, że też nie miała nam tego za złe. Może, a raczej na pewno, za dużo się nad tym zastanawiam.

Ławka Esther Heiße

Idziemy teraz w stronę wielkiego lasu między Königsbrück a Tauscha. Od Sigmara wiemy, że właśnie tutaj szczególnie trudno było odnaleźć dawny przebieg szlaku. Często można było orientować się tylko po koronach drzew, które rosnąc nad drogą, tworzą prześwit ku niebu. To Esther Heiße zasłużyła się w młodym wieku (miała dopiero 23 lata) ponownym odkryciem, skartowaniem i oznakowaniem Ekumenicznej Drogi Pielgrzymiej. A na jej cześć członkowie towarzystwa miłośników regionu z Königsbrück ufundowali w tym lesie kamienną ławkę z inskrypcją. Pod jakimś pretekstem zwabiono ją w jej urodziny do lasu, żeby pełni wdzięczności wręczyć jej ten prezent. Wandale mieli rzekomo coś zrobić przy wiacie – taka była historyjka-przynęta. Oburzona pojechała rowerem na rzekome miejsce zdarzenia, gdzie czekali przyjaciele, którzy chcieli jej złożyć życzenia. Wszystko to też usłyszeliśmy od Sigmara. Stoimy więc teraz przed ławką i myślimy o kobiecie, która tak wiele zrobiła dla tego szlaku. I tak zapewne zostało to pomyślane przez ludzi z Königsbrück.

Cicho! Dziki!

Idziemy dalej przez las, który zdaje się nie mieć końca. Trzaskające w poszyciu gałązki każą przypuszczać, że są tu dziki. Betina stoi całymi minutami, żeby jakiegoś wypatrzyć. Ale nic. Las się przerzedza i idziemy w stronę Tauscha. We wsi wita nas ławka ozdobiona symbolami muszli i tablica informacyjna. Z tej tablicy dowiadujemy się, że tu, w Tauscha, jest przy szlaku pielgrzymim coś zupełnie wyjątkowego – drewniana figura przedstawiająca świętego Jakuba. Ale mały kościół jest zamknięty. Przy wejściu na cmentarz wisi jednak tablica informacyjna. Jak zwykle bywa przy schroniskach, jest tu numer telefonu.

Święty Jakub z Tauscha

Dzwonimy i niedługo potem przyjeżdża pędem na rowerze kobieta, żeby otworzyć kościół. W środku zadbane, pięknie odnowione wnętrze, ale nigdzie ani śladu świętego Jakuba. Stoi za zamkniętymi szklanymi drzwiami. Po włamaniu do kościoła w 1972 roku wzmocniono tu zabezpieczenia. Skradziono wtedy dwie cenne figury, krucyfiks z porcelany miśnieńskiej i kilka świeczników. Jakuba zostawiono. Złodziejom wydał się chyba w zbyt złym stanie, bo miał już odłamane ręce. To uratowało małemu kościołowi przynajmniej ten skarb. Krucyfiks zastąpiono kopią i stoi na ołtarzu. Kościół ma teraz alarm przeciwwłamaniowy i niestety jest zawsze zamknięty. Dla przechodzących pielgrzymów zorganizowano jednak tę usługę otwierania, z której właśnie korzystamy. Dziękujemy miłej pani, która opowiedziała nam historię kościoła i jego Jakuba, a potem robimy krótki odpoczynek nad wiejskim stawem. Mamy dziś cesarską pogodę i niebo, które sprawia mnóstwo radości przede wszystkim fotografowi we mnie. Na stalowobłękitnym firmamencie wiszą białe chmury jak kalafiory.

Chmury jak kalafiory

Las na razie się kończy i idziemy polną drogą, z której rozciąga się swobodny widok na okoliczne pola. Niebo bez chmur jest dla fotografa nudne. Ja dziś się nie nudzę. Bardzo wyraźnie czujemy jednak zimny wschodni wiatr, który coraz bardziej się wzmaga i co chwila każe nam zdejmować i z powrotem zakładać kurtki. W kurtce człowiek się poci od intensywnego słońca, a bez niej wiatr przewiewa polar, tak że na spoconej skórze przechodzą dreszcze. No, przynajmniej wiatr wieje w plecy i dosłownie pcha nas naprzód. Po szutrowej drodze przychodzi mało uczęszczana asfaltowa szosa, którą idziemy teraz do Thiendorf.

Odpoczynek w Thiendorf

Przystanek autobusowy na wyjściu ze wsi wykorzystujemy na krótki odpoczynek. Do Schönfeld nie może już być daleko. Autostradę słychać nawet pod wiatr już tuż za Thiendorf. Małym tunelem przechodzimy pod A14 i niedługo potem doganiamy szóstkę pielgrzymów, których już spotkaliśmy. Wyprzedzili nas w Tauscha, kiedy oglądaliśmy kościół. Witają nas serdecznie. Wygląda na to, że nie mają nam za złe porannego faux pas. Gdy opowiadam o drewnianym Jakubie w kościele w Tauscha, ktoś podaje mi wizytówkę: „Na pewno go sfotografowałeś?” Oczywiście, mówię, i obiecuję przesłać zdjęcia, co zresztą już się stało. Przed Schönfeld dochodzimy do B98, wzdłuż której wchodzimy do miejscowości.

Zamek Schönfeld

Już przy wjeździe do miejscowości widać zamek Schönfeld. Tam mieści się nasze dzisiejsze schronisko. Ogromny kompleks zamkowy, na który wkrótce wchodzimy, jest w dużej części już odrestaurowany. Niektóre części drzemią jednak wciąż snem Śpiącej Królewny. Kładziemy plecaki przy zestawie ławek i czekamy, aż wpuszczą nas do schroniska. Do tego czasu zostało jeszcze trochę czasu. Andrea i Betina wracają do wsi, żeby rozejrzeć się za jakimś miejscem, gdzie można coś zjeść i zrobić zakupy. Wracają jednak niedługo potem z pustymi rękami. Zagadnięte dzieci też nie były do końca pewne, bąkały coś o lodziarni, która jest jednak daleko. Co to znaczy daleko? To względne. Ja wykorzystuję ten czas, żeby trochę rozejrzeć się po rozległym parku zamkowym.

Betina na „Eierschecke”

Postanawiamy więc, że po zakwaterowaniu w schronisku będziemy kontynuować poszukiwania we wsi. Obie kobiety znów siadają na ławkach, a Betina błyskawicznie zasypia i leży trochę powykręcana na ławce. Kiedy już może znowu poruszać zesztywniałym karkiem, podejmuje jeszcze jedną próbę przy namiocie festynowym, który rozstawiono za zamkiem i w którym wygląda na to, że dziś ma się jeszcze zacząć jakaś impreza. Słowami „To impreza prywatna” zostaje jednak odprawiona. Bylibyśmy przecież zadowoleni z jednej parówki. W plecaku mam jeszcze trzy kiełbaski z Kamenz kupione w Königsbrück. Może uda się je potem podgrzać w schronisku.

W schronisku na zamku Schönfeld

Nie uda się. Bo schronisko okazuje się bardzo spartańsko urządzone. Przytułek był niemal lepiej wyposażony. W każdym razie był ciepły i dużo przytulniejszy. Tu pod nowymi oknami wiszą wprawdzie duże kaloryfery. Pozostają jednak zimne, kiedy odkręcam zawory. Kilka kartek wzywa co prawda, żeby po korzystaniu ze schroniska ustawić zawory kaloryferów z powrotem na ochronę przed zamarzaniem, co jednak okazuje się trochę bez sensu, skoro ogrzewanie i tak pozostaje zimne. W ogóle to schronisko sprawia nieco bezduszne wrażenie. Zamiast osobistego wprowadzenia przez sprawiającą wrażenie trochę zniechęconej panią, która nam otworzyła, wszędzie wiszą kartki z zasadami zachowania.

Tutaj „rezydowaliśmy”

Dwa skromne pomieszczenia mieszczą na materacach co najmniej 6 pielgrzymów. W kącie stoi stary kredens kuchenny i stół z kilkoma krzesłami. Jest przynajmniej czajnik elektryczny. Za rogiem mały loch – toaleta. W tym malutkim pomieszczeniu miejsce do mycia, równie malutka umywalka. To wszystko. Po zamku spodziewałem się jakoś czegoś innego. No cóż, tak to czasem w życiu bywa. Człowiek oczekuje niewiele i dostaje wiele (jak w przytułku), a następnego dnia myśli, że trafi do baśniowego zamku, i znajduje zimną i prymitywną kwaterę. Tak, to właściwe słowo. Kwaterą chciałbym to nazwać – nie więcej i nie mniej. Mamy dach nad głową, możemy położyć zmęczone ciało, umyć się, zaparzyć kawę i skorzystać z toalety. Hmm, czego więcej trzeba? Znowu wymagam za dużo. I znów przychodzi mi na myśl powiedzenie, którego właściwie chętnie się trzymam: „Turysta żąda. Pielgrzym dziękuje”. I tak, mimo okoliczności, jestem wdzięczny za tę kwaterę. Do kawy mamy przecież jeszcze Eierschecke od Sigmara, którą Betina przyniosła tu w swoim dużym plecaku. I już kawa i ciasto stoją na stole. No proszę, da się. Od razu robi się przytulnie. Jeszcze przytulniej robi się, kiedy przez chwilę włączamy suszarkę Betiny (tak, ma ze sobą suszarkę!). Przynosi ona do pokoju przynajmniej trochę ciepła.

Wieczorne słońce w Schönfeld

Robi się tu coraz zimniej, więc postanawiamy jeszcze raz pójść do wsi. W ostatnich promieniach słońca siedzimy przed czymś w rodzaju centrum handlowego, nieufnie obserwowani przez sąsiadów z naprzeciwka. Betina bez namysłu ustawiła stojące przed masarnią zestawy stołów piwnych tak, żeby słońce świeciło nam w twarz. Sklepy, jako że to sobota, są już wszystkie zamknięte. Czekamy więc, aż otworzą wiejską knajpkę, obok której właśnie przechodziliśmy. A ja zastanawiam się, jak sam patrzyłbym ze swojego domu, gdyby naprzeciwko przy ulicy wałęsali się obcy w nieco ubłoconych ciuchach wędrowniczych. Długo jednak nie będą musieli znosić tego widoku. Bo słońce zaszło, a knajpa zaraz się otwiera. Odstawiamy więc wszystko tak, jak było (jesteśmy porządnymi pielgrzymami!), i ruszamy do gospody.

Kolacja w Schönfeld

Wchodzimy do sali i od razu boimy się, że znowu nas wyrzucą. Najwyraźniej trwa tu impreza zamknięta. Zostajemy jednak bez ceregieli i głośno zaproszeni do środka. Stół przy piecu jest dla nas w sam raz. I już jesteśmy w samym środku zjazdu klasowego, bo tym okazuje się ta uroczystość. Betina siedzi z przodu i bierze na siebie robienie zdjęć wesołej ekipie kilkoma podawanymi jej aparatami. To już starszy rocznik (mam na myśli byłych uczniów, nie Betinę!) i za każdym razem, gdy dochodzi nowy kolega lub koleżanka, podnosi się wielkie „cześć!”. Jedzenie jest świetne – po prostu dobra domowa kuchnia, jakiej oczekuje się w wiejskiej knajpie. Właściwie chcę jeszcze chwilę posiedzieć przy ciepłym piecu, bo myśl o powrocie do zimnej kwatery nie jest zbyt miła.

Zamek wieczorem

Mimo to się zbieramy, żegnamy się z innymi gośćmi i wracamy do zamku. Impreza za budynkiem trwa w najlepsze. Ktoś śpiewa na żywo niemieckie szlagiery. Próby podsłuchałem już po południu i brzmiało to okropnie. Wycofujemy się do naszego zimnego schroniska i jeszcze długo siedzimy przed malutkim wyświetlaczem mojej komórki. Mam tam kilka zabawnych rzeczy z YouTube'a: Uwe Steimle, Elsterglanz, Kurt Krömer, Rainald Grebe i H.P. Kerkeling. Andrea zna to już wszystko. Ale Betina pokładała się ze śmiechu. Wyczarowuję jeszcze z plecaka trzy butelki piwa i mimo zimna robi się jeszcze wesoły wieczór.

Dzień życzliwości: Schönfeld – Großenhain – Skassa

Gotowi do wymarszu

Minionej nocy po raz kolejny opłacił się zakup nowych, cieplejszych śpiworów. W grubych murach zamku jest przeraźliwie zimno. Przy śniadaniu, które z braku zapasów znów wypada dziś dość skromnie, suszarka Betiny ponownie pracuje bez przerwy. Są bułki z poprzedniego dnia i kawa rozpuszczalna. Ja robię sobie gorącą wodę z cytryną, która lepiej pasuje do panującej w pomieszczeniu temperatury. Przynajmniej na zewnątrz robi się coraz cieplej, bo słońce wznosi się na niemal bezchmurne niebo. Przed wymarszem robię jeszcze kilka zdjęć zamku, który dziś rano prezentuje się w lepszym świetle. I już idziemy z plecakami na grzbiecie przez Schönfeld.

Ekologiczna kosiarka

Na końcu wsi na szczęście znów schodzimy z B98 i skręcamy w lewo w mniejszą asfaltową drogę. Tu trafiamy też na „lodziarnię”, którą opisały nam poprzedniego dnia dzieci. Trudno ją w ogóle jako taką rozpoznać. Również ekologiczna kosiarka na łące przy drodze jest warta zdjęcia. Jeśli przyjrzeć się dokładniej, tam, gdzie słońce jeszcze nie dotarło, na łąkach widać szron. Ale słońce wspina się coraz wyżej po niebie i już czuć ciepło na plecach. Długie gry cieni na drodze zdradzają jednak, że jest jeszcze bardzo wcześnie.

Gra cieni

Kronospan

Po prawej stronie nie sposób przeoczyć dużej strefy przemysłowej. To zakład Kronospan w Lampertswalde. Na szczęście wiatr wieje w dobrą stronę i nie dostajemy spalin. Za to coraz mocniej czujemy ogromną oborę, która na skraju Quersy po cichu sobie śmierdzi. W Quersie Betina nagle przechodzi na drugą stronę ulicy i widzę, jak rozmawia ze starszą kobietą, która stoi przy samochodzie przed dużym gospodarstwem. Dobrze widzę? Tak, Betina do nas macha. „Po prostu zapytałam tę panią, czy we wsi da się gdzieś napić kawy”. (Nasza rozpuszczalna rano chyba jednak nie była tym, co trzeba). „A ona zaprosiła nas do siebie” – relacjonuje Betina.

Życzliwa Helga

Helga, bo tak ma na imię ta starsza pani, bez namysłu zaprasza do domu także nas. Plecaki zostawiamy na podwórzu. I już siedzimy w małej kuchni. „Musicie wybaczyć, że tak tu wygląda. Wczoraj mieliśmy imprezę, a ja jeszcze nie posprzątałam” – próbuje zupełnie niepotrzebnie usprawiedliwić bałagan w swoim królestwie. I już zaczyna parzyć dla nas kawę. „Mam jeszcze z wczoraj sałatkę warstwową w lodówce i smażone udka kurczaka”. I już obok naszych filiżanek stoją na stole dwie duże miski. Ledwo możemy ją powstrzymać, bo zaraz wyciąga jeszcze z szafki ciasto i stawia je na stole tuż przed naszym nosem.

Szczęście przychodzi niespodziewanie

Dużą łyżką ląduje na talerzu solidna porcja bardzo smacznej sałatki warstwowej. Musimy przyhamować Helgę w jej życzliwości, bo na kuchenny stół trafia coraz więcej rzeczy. Przy okazji opowiada nam o swojej rodzinie, o ciężkich chorobach, które musiała ostatnio znosić, i o tym, dlaczego nas zaprosiła. „Nie każdego wpuszczam do domu” – podkreśla. „Trzeba mieć trochę wyczucia do ludzi” – ciągnie dalej. No, w każdym razie nie robimy chyba na otoczeniu najgorszego wrażenia, myślę sobie. Helga wydaje się szczęśliwa, że ktoś znajduje czas, żeby jej posłuchać, choć raz po raz podkreśla, że jej dzieci są od razu na miejscu, gdy potrzebuje pomocy.

Helga z Betiną

Jej syn, który mieszka z nią w domu, wchodzi do kuchni i patrzy nieco zdziwiony. Czyli to prawda, naprawdę nie każdego wpuszcza do swojej kuchni. Wraca z polowania. Najwyraźniej nieudanego, bo po krótkim przywitaniu znika w sąsiednim pokoju. Zostaje tylko jego pies, jamnik szorstkowłosy. Jest kompletnie przemoczony i Andrea trochę wyciera go jego kocykiem. Pozwala na to i chyba mu się to podoba. Helga się rozgadała, a jej dobroć i życzliwość są przytłaczające. Prawie nie mamy śmiałości wstać i się pożegnać. Ale musimy iść dalej. Grzecznie dziękujemy więc naszej życzliwej gospodyni, robimy jeszcze kilka zdjęć, z których – tak postanowiliśmy – część chcemy Heldze wysłać, i wychodzimy z domu. Helga macha nam na pożegnanie, a my mamy nadzieję, że jeszcze bardzo długo będzie cieszyć swoją rodzinę i przechodzących pielgrzymów. Jeśli więc ktoś będzie przechodził przez Quersę, niech po prostu zapyta o Helgę Händler i przekaże od nas serdeczne pozdrowienia. To byłoby miłe.

Przed Großenhain

Quersa okazuje się długą wsią rolniczą, w której jest wiele takich pięknie odnowionych trójbocznych zagród jak ta, w której mieszka Helga. Tuż przed końcem wsi droga znów odbija w prawo od B98 i idziemy aż do przejazdu kolejowego. Tu trzeba uważać, bo zaraz za przejazdem trzeba zejść z drogi w lewo na polną drogę, która biegnie tuż wzdłuż nasypu kolejowego w kierunku Großenhain. Widzimy już stąd wysoką wieżę Marienkirche tego dawnego miasta garnizonowego. Kilka kilometrów idziemy przez otwarte pole wzdłuż torów. Wiatr ma tu łatwe zadanie. I tak jak poprzedniego dnia jest dość chłodny. Zaczyna się znowu wesoła zabawa w kurtkę: zdjąć, włożyć. Tuż przed Großenhain docieramy do Folbern i skręcamy tam w prawo w starą B98. Od czasu ukończenia nowej obwodnicy i przeniesienia B98 zrobiło się tu dość spokojnie. Poza tym jest dziś niedziela, a o tej porze, tuż przed południem, i tak nie ma dużego ruchu. Ponieważ jest niedziela, a w Skassie, naszym celu, nie ma gdzie nic zjeść, korzystamy z pierwszej okazji, żeby uzupełnić zapasy prowiantu. Pierwsza dyrektywa pielgrzymowania: Korzystaj z okazji!

Obiad na stacji benzynowej

A pierwszą taką okazją jest stacja benzynowa. Oferta jest jednak dość skromna. W gablocie leżą jeszcze dwie kanapki z bagietki, a sprzedawczynie nie sprawiają wrażenia, żeby praca sprawiała im wiele radości. W każdym razie nie grozi im, że ktoś skojarzy je z tytułem tego wpisu. Niechętnie przygotowują dla nas jeszcze dwie bagietki. Gdybym znał inne miejsce na zakupy, wyszedłbym. A tak robimy tu pewnie utarg dnia, pijemy jeszcze kawę albo colę i opuszczamy stację z kilkoma kilogramami więcej na plecach. Są w nich teraz butelki piwa i czerwonego wina, kilka bułek i cztery bagietki. I jeszcze parę BiFi dodatkowo obciąża plecy, oprócz tego, co i tak już jest w plecaku.

Stare miasto w Großenhain

Gdy wchodzimy do miasta, zwracam uwagę na wiele nowo pokrytych dachów. Dwa lata temu Großenhain nawiedziło groźne tornado. W pasie szerokim na 2 kilometry, stąd aż do Mühlberg nad Łabą, prawie żaden dom i prawie żadne drzewo nie zostały oszczędzone. Dlatego widać tu dziś wiele nowo pokrytych dachów i ślady w koronach dużych drzew, które wyglądają dość dziwnie, jakby oskubane. Wzdłuż rzeki Große Röder idziemy teraz w stronę centrum. Wchodząc na stare miasto, widać już masywną bryłę Marienkirche i rozumie się, dlaczego nazywana jest też młodszą siostrą drezdeńskiego Frauenkirche.

Marienkirche w Großenhain

Z tej strony naprawdę wygląda jak budowla na planie koła z dużą wieżą na szczycie, jest więc bardzo podobna do swojej starszej siostry w Dreźnie. Nic dziwnego, bo budowniczy Marienkirche, Johann George Schmidt, pracował też przy drezdeńskim Frauenkirche. Dopiero gdy się ją obejdzie, widać nawę w kształcie litery T. To jedyny kościół w Saksonii o tym oryginalnym kształcie i dlatego jest czymś wyjątkowym. Oczywiście chcemy wejść do środka i dość długo szukamy właściwego wejścia. Dopiero po obejściu połowy kościoła odkrywamy otwarte drzwi. Wchodzimy i także wewnątrz wystrój przypomina Frauenkirche. Empory biegną łukami, podobnie jak teatralne balkony, na kilku piętrach po lewej i prawej stronie ołtarza, do którego idzie się od głównego portalu. Wysoko w górze znajdują się organy, pod nimi, wysoko nad posadzką, ambona. Ławki biegną przez wnętrze tymi samymi łukami co empory. Wszystko to wygląda bardzo żywo, a zarazem dostojnie. Betina siedzi przez kilka minut w ławce i patrzy w górę. Mnie też zaczyna ciągnąć w karku, bo już dłuższy czas mam głowę zadartą do góry. Myślę, że budowniczowie właśnie tak to zamierzyli. Uderza, że duże części empor są przeszklone. To tak zwane loże modlitewne. Zamożne rodziny mieszczańskie mogły je kupować, co służyło finansowaniu budowy. Wyposażenie tych pomieszczeń częściowo się zachowało.

Ołtarz ambonowy w Marienkirche

Kościół ma burzliwą historię. O wcześniejszych kościołach, które tu stały, niewiele wiadomo. W 1748 roku zakończono budowę obecnego Marienkirche. Otrzymał on wtedy jednak tylko minimalne wyposażenie. Dopiero siedem lat później dostał swój imponujący ołtarz ambonowy, a dopiero w 1802 roku, po dwóch latach budowy, poświęcono wieżę. Organy pochodzą z 1902 roku i zostały odnowione w 2001 roku. W 1972 roku kościół odrestaurowano przy ówczesnych środkach i możliwościach. A w 2004 roku, po kolejnym remoncie, zyskał swój obecny wygląd. Spacerujemy teraz na rynek, gdzie stoi imponujący ratusz z 1876 roku w stylu neorenesansowym, a po wschodniej stronie placu fontanna Diany. Znam Großenhain tylko z przejazdów i oczywiście nigdy tu nie zaglądam. Cieszę się więc, że mam w końcu dla tego miasta więcej czasu.

Ratusz w Großenhain

W tę niedzielę na ulicach jest tylko kilka osób. Jedynie paru motocyklistów zaparkowało maszyny i robi przerwę w ogródku lodziarni. Robimy to samo i siadamy na słońcu. Wiatr jest jednak chłodny, więc potrzebna jest kurtka. Czyli znowu wypakowywać… Betina woli coś wytrawnego i zamawia tosta. Ja zamawiam Radebergera. Tylko Andrea dostaje swój puchar lodów. To u nas taki „running gag”, który narodził się podczas naszych wędrówek w Alpach. Kiedy „ładnie szły”, dzieci zawsze dostawały loda. Andrea szybko to przejęła i wskoczyła do tego pociągu. Kiedy więc po drodze w pobliżu pojawia się lodziarnia, nie muszę długo czekać, aż Andrea powie: „Noo? Dziś ładnie szłam”. Kto by tu powiedział nie?

Przed lodziarnią na rynku

Nie jestem typem od lodów, stąd piwo. Później dosiada się do nas jeszcze sześcioro znanych nam już pielgrzymów, których jeszcze przed Großenhain widzieliśmy w oddali. Koalicja tych, którzy woleliby się do nas przyłączyć, tymczasem się wśród nich powiększyła. Kiedy wstajemy, żeby iść dalej, niektórzy w grupie buntują się już otwarcie i oznajmiają, że woleliby iść z nami. Ale dyscyplina grupy wygrywa i idziemy dalej sami. Szerokim łukiem przez stare miasto dochodzimy do bardzo ładnego parku miejskiego, a potem przez schludne osiedla domków jednorodzinnych na obrzeżach. Wyłożoną betonową kostką, kilometrową ścieżką rowerową idziemy prosto do Skassy.

Krajobraz przed Skassą

Po prawej stronie tej drogi rozciąga się wrzosowisko Kleinraschützer Heide i spotykamy wielu wycieczkowiczów, dla których ten teren rekreacyjny tuż za bramami Großenhain jest celem pieszej lub rowerowej wycieczki. Za mostem na Große Röder wchodzimy do Skassy. Przed remizą strażacką jakiś mężczyzna majstruje przy tablicy „Skassaer Weinfest 3. Oktober”. Szkoda, nas już wtedy nie będzie. Naprzeciwko, na murze ogrodu parafialnego, widzę drogowskaz do schroniska. Znajduje się ono tutaj, na plebanii. Przy wjeździe na posesję wisi duży transparent „Fürstentum Platanien”, a obok na chwiejnej konstrukcji z kijów dynda mały dzwonek. Kusi mnie, żeby pociągnąć za sznurek i zadzwonić, ale lepiej sobie odpuszczam. Wolę zadzwonić do drzwi domu. Otwiera mała dziewczynka, która natychmiast, nieco przestraszona, znowu znika. Przez kilka minut… nic. W końcu przychodzi gospodyni.

Plebania w Skassie

Zapowiedzieliśmy się i mieliśmy być tu przed 15:30, bo po południu chce jechać z trójką dzieci na nabożeństwo dla dzieci do Riesy. Ma więc dla nas mało czasu, co nie jest takie straszne, bo szybko się odnajdujemy. Najważniejszy jest dziś prysznic. Od dwóch dni nie mieliśmy bowiem okazji się nim nacieszyć. Może dlatego dziewczynka uciekła? Zajmujemy dwa pokoje i znajdujemy też mały pokój dzienny. Na dole za salą parafialną jest bardzo dobrze wyposażona kuchnia, w której wreszcie możemy przyrządzić (czytaj: podgrzać) nasze kiełbaski kamenzkie, które kupiłem w Königsbrück. Ale do kolacji jeszcze trochę czasu. Piorę skarpetki i koszulkę. A gdy Andrea i Betina biorą prysznic i też robią pranie, idę do pobliskiego kościoła, który na szczęście jest otwarty. Jestem dość zaskoczony pięknym wyposażeniem, a także bardzo dobrym stanem wnętrza. Mogę nawet wejść na emporę. A kiedy odkrywam, że drzwi z listew prowadzące na wieżę też nie są zamknięte, wspinam się na nią po wyglądających na spróchniałe drewnianych schodach. Ostrożnie staram się stawać na deskach tylko w pobliżu belek. Ze względu na niepokojący stan desek podłogowych boję się, że się przez nie zarwę.

W kościele w Skassie

Robię kilka zdjęć ciekawego mechanizmu zegara wieżowego, zanim ostrożnie schodzę z powrotem. Potem zamykam wszystkie drzwi i gaszę światło. Muszę się spieszyć, bo kościół jest otwarty tylko do 18:00. Kobiety na pewno nie szukałyby mnie na wieży kościelnej, gdyby mnie zamknięto. Na kolację wracam jednak punktualnie. Betina akurat rozmawia przez telefon w kuchni, gdy z hałasem wpadam do środka. Właściwie nie chcę jej przeszkadzać. Ale zanim zdążę się wycofać, ona wychodzi z pomieszczenia. Mam więc okazję przygotować kolację. Jak zawsze nie wypada ona obficie, gdy nie znajdziemy okazji, żeby zjeść, że tak powiem, „na mieście”. W Skassie niestety takiej okazji nie ma.

Są kamenzkie i Krostitzer

Więc i dziś są tylko ciepłe kiełbaski kamenzkie z musztardą z Budziszyna i piwo Ur-Krostitzer, którym Betina ku mojej radości jest zachwycona. Piwo warzone jest bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania, to niejako moje piwo rodzinne, choć od jakiegoś czasu nim gardziłem, że tak powiem, zdradzałem je. Przestało mi naprawdę smakować i byłem też trochę obrażony. Bo w czasach NRD piwo z Krostitz sprzedawano prawie wyłącznie „spod lady”. Trzeba było mieć tak zwane „znajomości”, jeśli chciało się kupić większe ilości. Przybierało to groteskowe formy, których szczytem była „wojna piwna w Delitzsch”. Mieszkańcy Bitterfeld, których piwa po prostu nie dało się pić, a którzy mieli „znajomości” w Delitzsch, przyjeżdżali samochodami z przyczepkami i odbierali piwo skrzynkami przy tylnym wejściu do sklepu. Oczywiście złościło to spragnionych mieszkańców Delitzsch, którzy to widzieli, a „swoje” piwo dostawali tylko na przydział. Niektórzy chwycili za noże i przebili opony przyczep z Bitterfeld. Skończyło się bójką. Dziś wydaje się to szalone i niewyobrażalne, kiedy zajrzy się do sklepu z napojami. Ta różnorodność na pewno była też przyczyną moich zdrad w kwestii piwa. (Tak tylko na marginesie, dla ogólnej wesołości).

W pokoju dziennym

Po jedzeniu przenosimy się na górę do pokoju dziennego. Przyciemnione światło przebija przez białą tkaninę luźno zawieszoną pod sufitem. Udało mi się uruchomić termowentylator, który głośno szumi w kącie pokoju. Powoli, dzięki rosnącemu ciepłu, i tu robi się przytulnie. Rozwalamy się w wygodnych fotelach, pijemy jeszcze coś i podsumowujemy dzień. Najważniejszym wydarzeniem była dziś oczywiście Helga, która bez ceregieli zaprosiła nas do swojej kuchni i bardzo nam zaimponowała swoją życzliwością. W przeciwieństwie do niej – dwie sprzedawczynie na stacji benzynowej, którym właściwie płaci się za uprzejmość, a którym jej zabrakło. I dlatego nazywam ten dzień dniem życzliwości. Uśmiech, gest albo miłe słowo – i już lody są przełamane. Często spotykaliśmy już na drodze taką życzliwość, uśmiech czy miły gest. Inni z kolei sami sobie stoją na drodze, patrzą ponuro, nieufnie i bez zrozumienia. Tak naprawdę można im tylko współczuć.

Dzień pożegnania: Skassa – Strehla

Ta noc była o wiele za krótka. Mimo to budzę się jeszcze przed budzikiem. W półmroku rozpaczliwie szukam pokrowca na śpiwór. Jakoś jestem dziś nieprzytomny. Chyba jednak trochę za długo siedzieliśmy wczoraj wieczorem. Do tego regularnie się budziłem. Mianowicie wtedy, gdy co pół godziny automatycznie włączał się termowentylator. W końcu udaje mi się jednak pozbierać wszystkie rzeczy i upchnąć je w plecaku. Jest dziś znacznie lżejszy niż wczoraj.

Droga za Skassą

Jest poniedziałek, a nasz cel, Strehla, to małe miasteczko, w którym na pewno da się zrobić zakupy. Andrea też nie może się jakoś rozruszać. Po kawie świat wygląda już jednak lepiej. Żegnamy się z naszą gospodynią, która na pewno jest na nogach już dłużej, bo musi odwieźć dzieci do szkoły. Pogoda postanawia i dziś rozpieszczać nas słońcem. Rozgrzewamy się więc na pierwszych kilometrach, które prowadzą wąską, niemal zarośniętą drogą gospodarczą. Rano i tak zawsze potrzebuję co najmniej pół godziny, zanim nogi zaczną robić to, co powinny. To już jednak nic w porównaniu z pierwszymi etapami, kiedy przez cały dzień nie bardzo wiedziały, co mają robić.

Na horyzoncie Wacker Chemie w Nünchritz

Wacker Chemie Nünchritz spowija się na horyzoncie w gęste kłęby dymu. Często przejeżdżałem obok tego zakładu. Ale tyle dymu jeszcze tam nie widziałem. Zakład leży tuż nad Łabą przed Riesą i w ostatnich latach został mocno rozbudowany. Nasza szóstka dzielnych towarzyszy poszła tam jeszcze wczoraj. Nie wygląda to jednak zbyt sielankowo. Skręcamy w prawo, zostawiamy więc Nünchritz po lewej i idziemy przez Weißig do Rody. Tam w gospodzie Dorfkrug u rodziny Linke od 11:00 jest posiłek dla pielgrzymów. Niestety jesteśmy tam o wiele za wcześnie.

Pole słoneczników za Rodą

Odcinkiem od Rody trzeba się nacieszyć. Bo potem długo nie będzie ku temu okazji. Wędrujemy obok dużych pól słoneczników, które są już gotowe do zbioru i dlatego przedstawiają dość smutny widok. Następny kawałek lasu będzie dziś ostatnim. Każdy więc jeszcze raz znika za krzakami. Słyszymy już ruchliwą B98, na którą w ostatnich dwóch dniach raz po raz trafialiśmy. Teraz musimy iść wzdłuż niej ścieżką rowerową spory kawałek aż do Zeithain. Ale najpierw dochodzimy do Glaubitz. W środku wsi, naprzeciwko stawu, widzimy mały sklep, który jest otwarty.

Bar w Glaubitz

Czego się nauczyliśmy? 1. dyrektywa pielgrzymowania: Korzystaj z okazji! I już jesteśmy w środku. To prawie mały market z barem przy nim. Bar jest jednak jeszcze zamknięty. Pytamy o kawę i miła właścicielka otwiera dla nas bar. Bierzemy sobie ze sklepu trochę ciastek i tak siedzimy sami w sali i robimy przerwę. Kobiety żywo trajkoczą. Chodzi jakoś o koty, tyle mniej więcej wyłapuję, walcząc z opadającymi powiekami. Pisałem już: jakoś jestem dziś nieprzytomny. Zmęczony jestem. O to chodzi. Pomaga na to tylko jedno: iść dalej.

Przymusowy postój przed Zeithain

Płacimy więc i ruszamy na jeden z najbrzydszych i najbardziej męczących odcinków naszej wędrówki. Cały czas asfaltową ścieżką rowerową wzdłuż B98 w stronę Zeithain. Niektórzy kierowcy i pasażerowie spoglądają na nas dziwnie współczująco albo z niezrozumieniem, gdy przemykają obok. My też wolelibyśmy iść gdzie indziej, chciałbym im zawołać. Tuż przed miejscowością huczący ruch odbija od nas w stronę Riesy. Przy szlabanie kolejowym czekamy, aż zostaniemy wpuszczeni do miejscowości. Zeithain to całkiem ładna i duża miejscowość. Ale to, co następuje potem, to istna udręka. Tu można tylko zacisnąć zęby i przeć naprzód. Bo nie ma już nawet ścieżki rowerowej, z której moglibyśmy korzystać. To wprawdzie boczna droga. Jeździ nią jednak mnóstwo pojazdów. W tym wiele dużych wywrotek, które masowo wywożą materiał budowlany z żwirowni Zeithain, obok której pędzimy tą drogą.

Ćwiczenia rozluźniające

Łapię się na tym, że idę coraz szybciej, żeby jak najszybciej uciec od tego szaleństwa. Przez to nasza mała grupka trochę się rozciąga. Spory kawałek za mną człapie Betina, a dużo później także Andrea, podczas gdy ja czekam na kobiety przy odgałęzieniu do Gohlis. Betina kładzie się po drugiej stronie ulicy z nogami w górze. Robi ćwiczenia rozluźniające. Może naprawdę szedłem ten odcinek za szybko. Andrea też nie ma zbyt szczęśliwej miny, gdy dochodzi. Kiedy jesteśmy znowu razem, obiecuję jednak, że teraz będzie lepiej. „W Gohlis dojdziemy do Łaby i dalej pójdziemy szlakiem rowerowym wzdłuż Łaby. Na pewno będzie ładniej” – mówię z przekonaniem. Najpierw jednak trzeba iść dalej po asfalcie aż do Gohlis.

Panorama nad Łabą koło Gohlis

W Gohlis dużo się buduje. Wymieniana jest kanalizacja. Ale także na posesjach widać wiele placów budowy. W czerwcu tego roku Łaba znów była tu nieproszonym gościem. Po powodzi stulecia z 2002 roku, której znaki poziomu wody widać na wielu ścianach domów, w tym roku woda znów podniosła się niemal do tej samej wysokości. Widać, że niektórzy mieszkańcy potem się poddali i wyprowadzili. Schodzimy z głównej drogi i jesteśmy teraz na szlaku rowerowym wzdłuż Łaby.

Wszyscy chcą być na zdjęciu

Po lewej skrzy się w słońcu rzeka, a na soczystych łąkach nad Łabą stoi kilka kucyków, które pchają się do kadru, gdy je fotografujemy. Kiedy się na to patrzy, trudno sobie wyobrazić, jak to możliwe, że ta rzeka tak wysoko wzbiera. Między powierzchnią wody a drogą jest kilka dobrych metrów różnicy wysokości. Przed niektórymi posesjami właściciele sami postawili mury przeciwpowodziowe z ściankami szczelnymi. Ale i w tym roku nie zdołały one zapobiec zalaniu parterów domów. W wielu domach widać, że dolne piętro nadal nie jest zamieszkane, a okna stoją otworem dla przewietrzenia. Tynk jest skuty i zostanie położony na nowo dopiero, gdy ściany wyschną.

Długi odpoczynek nad Łabą

Patrzymy na drugą stronę i widzimy sielankę leniwie płynącej rzeki. W osłoniętym od wiatru miejscu pod drzewem robimy postój, kładziemy się na trawie, coś jemy i przysypiamy. Słońce pali nas w twarz i wieczorem mamy spalone czubki nosów. Ta cisza jest cudowna po hałaśliwej drodze. Cieszymy się tym czasem i niewiele mówimy, żeby nie zakłócać spokoju. Buty trekkingowe leżą w trawie, a skarpetki mogą się wywietrzyć. Nie wiem, jak długo tam leżeliśmy. I gdybym nie ponaglił do wymarszu, zostalibyśmy do wieczora. Wstając, nie mogę powstrzymać jęku. Ziemia była jednak całkiem twarda, a po tym forsownym marszu czuje się już nogi.

Na wale nad Łabą

Powoli idziemy wałem nad Łabą. Widać już Strehlę, nasz cel, a także prom, którym chcemy przeprawić się przez rzekę. Przechodzimy przez bardzo szeroką łąkę, na której stoi cała armada masztów oświetleniowych, pozornie bez sensu. Bo pod nimi nie ma nic poza trawą. Postanawiam zapytać przewoźnika, co to ma znaczyć. Cierpliwie czekamy na pomoście, aż na drugim brzegu coś się ruszy i mały prom z silnikiem szybko się zbliży. Równie szybko, jak przypłynął, dostajemy się potem na przeciwległy brzeg. Ledwo mam czas pstryknąć kilka zdjęć.

Prom osobowy w Strehli

Szybko pytam jeszcze przewoźnika o maszty oświetleniowe. Najpierw robi sobie ze mnie żarty i twierdzi, że to pole golfowe. „No jasne!” – mówię. „A tak naprawdę?” – upominam go, żeby powiedział prawdę. „To plac festynowy” – mówi wtedy. Ojej, to muszą być wielkie festyny, które się tu urządza. Muszę na to kiedyś zwrócić uwagę. Gdy wygramolamy się z łodzi i wspinamy się stromą brukowaną ulicą, Betina nagle mówi, że jej podróż dzisiaj chyba się kończy. Zatrzymujemy się wstrząśnięci i pytamy, co się stało. Betina ma problemy ze stawem skokowym i woli przestać, zanim będzie jeszcze gorzej. Kiedyś opowiedziała nam historię swojego stawu skokowego i rozumiemy jej decyzję, choć jest smutna. W duchu robię sobie wyrzuty, czy jednak nie szedłem dziś za szybko, kiedy trasa była taka nudna.

Ratusz w Strehli

Powoli i nieco przygnębieni idziemy w górę do miasta. Na rynku zatrzymuję się i zauważam, jak obie kobiety znikają w sklepie. Wychodzą z pełnymi torbami i szukamy adresu noclegu. Powinien być w pobliżu kościoła, którego wieża stoi przed nami nie do przeoczenia. Idziemy w tym kierunku, przez cmentarz obok kościoła, i stajemy przed plebanią. W środku wszędzie ciemno. Dzwonimy i nikt się nie odzywa. W oknie jak zawsze wisi kartka z danymi kontaktowymi. Najpierw przez telefon odzywa się proboszcz, który mówi jednak, że nie ma go w Strehli. Mamy się zgłosić do pewnej pani naprzeciwko. Idę więc. Ale bez skutku. Ani nie reaguje na moje intensywne dzwonienie, ani nie widzę jej za domem w ogrodzie, gdzie za radą proboszcza też zaglądam.

Schronisko w Strehli

Do schroniska dochodzimy na lewo od plebanii przez otwartą furtkę z kraty. Stoi, że tak powiem, tuż za plebanią. To schludny dwukondygnacyjny budynek i robi na nas dobre wrażenie. Ale co z tego, skoro nie możemy wejść do środka? Co 15 minut próbuję znowu dzwonić naprzeciwko – bez skutku. Potem idę jeszcze spory kawałek w poszukiwaniu schroniska młodzieżowego, które stanowi tu w Strehli alternatywę. Ale kiedy wydaje mi się, że to za daleko, zawracam i jeszcze raz dzwonię do proboszcza. Uprzejmie wyjaśnia mi, że ta pani właściwie powinna być na miejscu, ale podaje mi jeszcze jeden numer telefonu w Strehli. Dzwonię tam i wyjaśniam sytuację. „Żaden problem!” – słyszę, i: „Zaraz będę”. Wracam przed plebanię, żeby czekać na naszą wybawczynię. Wtedy podchodzi do mnie jakaś kobieta i pyta, czy to ja u niej dzwoniłem. Sąsiedzi przekazali jej, że był tu ktoś, kto prawie urwał dzwonek. „No, aż tak mocno nie dzwoniłem, a dzwonek przecież jeszcze jest” – mówię żartem. Jak na zamówienie w tej samej chwili zza rogu wychodzi oczywiście również ta, do której przed chwilą dzwoniłem. Muszę się znowu tłumaczyć i przepraszam za niecierpliwość.

Sala sypialna

Zostajemy wpuszczeni i na piętrze zastajemy ładną, dużą i jasną salę sypialną z 6 łóżkami. Na górze jest jeszcze duża kuchnia, a na dole toalety i prysznice. Jest nawet pralka i suszarka. To schronisko bardzo polecam, powiem tak. Podczas gdy kobiety się szykują, biorę aparat i idę jeszcze raz do miasta. Za każdym razem, gdy przejeżdżałem przez Strehlę, rzucały mi się w oczy dwie wieże. I zawsze chciałem wiedzieć, do czego należą, i je obejrzeć. Teraz już wiem. Należą do zamku Strehla, dawnego założenia obronnego, które po Albrechtsburgu w Miśni jest najstarszym w Saksonii.

Zamek Strehla

Już przed rokiem 900 miał tu stać słowiański gród obronny. Zamkiem stał się dopiero później, około 1550 roku. Założenie to zbieranina różnych epok, od późnego gotyku po renesans. Wywłaszczony w 1945 roku, w czasach NRD służył jako dom dziecka. W tym czasie rozebrano wiele budynków gospodarczych. Dziś zamek jest znów w rękach prywatnych i został częściowo wyremontowany. Części przedzamcza są użytkowane jako budynki mieszkalne. Wiele wymaga tu wprawdzie nadal remontu. Ale zwiedzanie z pewnością się opłaca. Dodawszy więc kilka zdjęć na kartę pamięci, wracam do schroniska.

Dwie wieże zamkowe

Z okazji tego dnia postanawiamy dziś coś ugotować. Andrea mówi do Betiny: „Żebyś jeszcze skosztowała jego kuchni, zanim się pożegnamy”. Właściwie wcale nie jest nam do świętowania. Andrea i ja ruszamy w drogę, żeby znaleźć supermarket. Po kilku okrężnych drogach znajdujemy go i po namyśle i szukaniu między regałami postanawiam ugotować makaron. Już na Camino Francés mogłem nim zapunktować u pań, nawet jeśli wszystkie miały wtedy dobrze ponad sześćdziesiątkę. Obładowani taszczymy torby z powrotem i od razu zabieram się do przygotowań.

Oczywiście jest też kilka butelek Krostitzera i czerwonego wina. Do makaronu jest sałatka, a od Betiny dostałem jeszcze kawałek wędzonej ryby. Posiłek jest wręcz celebrowany. Z sosu do makaronu nie jestem wprawdzie do końca zadowolony (zapomniałem o czosnku), ale wszyscy się najedliśmy. Świętujemy dziś pożegnanie z Betiną i mimo raczej smutnej okazji mamy jeszcze mnóstwo zabawy. „Kiedy twoja stopa się zagoi, przejdziemy resztę razem” – mówię, i to nie żartem.

Dzień z widokiem: Strehla – Börln

Jakoś dziś wstawanie nie sprawia mi przyjemności. Kiedy pakujemy plecaki i zajmujemy się poranną toaletą, Betina już przygotowuje śniadanie. W milczeniu jemy nasze bułki. „Ale zostaniemy w kontakcie i kiedyś nas odwiedzicie” – przerywa ciszę Betina. „No jasne” – odpowiadam krótko. A kto mnie zna, ten wie, że naprawdę tak myślę. Z wieloma osobami, które spotkaliśmy na naszych szlakach, utrzymujemy kontakt do dziś. Niedawno odwiedził nas Thomas z Bawarii, którego poznaliśmy w 2011 roku na Camino Francés w Hiszpanii. Albo Martin ze Szwajcarii, z którym regularnie rozmawiam przez Skype’a. A do tego mnóstwo maili, które wciąż krążą tam i z powrotem – od Ivy z Czech, Jürgena z Ulm czy Andrei z Dortmundu. Na naszych pielgrzymich szlakach naprawdę znaleźliśmy dobrych przyjaciół. A teraz to z Betiną musimy się dziś niestety pożegnać.„Pożegnania to nie moja mocna strona” – mówi, kiedy stoimy na dole przed schroniskiem. „Moja też nie” – odpowiadam i próbuję ukryć wilgotne oczy. Andrea też przeżywa to rozstanie. Widzę to. Obejmujemy się, a odchodząc, jeszcze kilka razy się odwracamy. Potem już nas nie ma i jesteśmy sami. Po Betinę przyjedzie samochodem mąż, a ona spędzi jeszcze ten dzień w Strehli.

Krajobraz przy Liebschützbergu

W milczeniu opuszczamy miasto. Tego ranka znów jest dość zimno. W ogrodach widać, że były już nocne przymrozki. Nad polami wisi jeszcze lekka mgiełka. Ale słońce zadba o to, żeby nie trwało to długo. Naszym pierwszym celem tego dnia jest Liebschützberg, widoczne z daleka wzniesienie na północ od Oschatz. Pasmo wzgórz ma 198 metrów wysokości i podobnie jak pobliski Collmberg jest dobrze rozpoznawalnym z daleka punktem orientacyjnym. W 2003 roku jego geologia miała – zgodnie z wolą kilku firm budowlanych z południowych Niemiec – stać się dla góry zgubą. Planowano wydobywać na powierzchni 44 hektarów granodioryt, odmianę granitu. Teren wydobycia leży w stu procentach na obszarze chronionego krajobrazu, więc szybko pojawił się sprzeciw. Inicjatywa obywatelska razem z saksońskim Związkiem Ochrony Przyrody próbowała uratować krajobraz przed koparkami. Najwyraźniej z powodzeniem, bo teraz, w 2013 roku, wciąż nie widać żadnego kamieniołomu.

Wiatraczek i widok na Oschatz

Teren łagodnie się wznosi, a daleko na południu widzimy we mgle charakterystyczne dwie wieże kościoła św. Idziego (Sankt Aegidien) w Oschatz. Z każdym krokiem widok robi się coraz bardziej imponujący. Na północnym wschodzie spoglądamy na dolinę Łaby aż po Mühlberg, gdzie widać dymiącą chłodnię kominową i komin cukrowni. Na północnym zachodzie rozciąga się wielki kompleks leśny Dahlener Heide. A na pierwszym planie do pasma wzgórz tuli się wieś Laas. Na południowym zachodzie, za miejscowością Liebschütz, coraz wyraźniej wyłania się z mgły Collmberg, wysoki na 320 metrów, z wielkim masztem nadawczym i wieżą Alberta (Albertturm).

Na Liebschützbergu

Collm jest najwyższym wzniesieniem na wschodnim skraju Niziny Lipskiej. Stoimy teraz tuż przed szczytem Liebschützbergu, a panorama jest fantastyczna. Na ogrodzonym terenie stoi stary wiatrak koźlak, który jest akurat w rusztowaniach i przechodzi renowację. Od jakiegoś czasu stoi tu na górze także drewniana konstrukcja z dzwonem, w który dzwoni się podczas nabożeństw pod gołym niebem. Liebschützberg jest wykorzystywany na wiele sposobów. Poza imprezami i rekreacją przez większą część roku jest to jednak miejsce ciszy i odpoczynku. A to, że może tu być pusto i spokojnie, potwierdza nam obecność kilku żurawi. Płochliwe ptaki wędrowne stoją w dużej odległości na zboczu i nas obserwują. Kiedy podchodzimy bliżej, zrywają się do lotu, przelatują kawałek i w ten sposób przywracają dawny bezpieczny dystans. Ale czasem bywa tu zupełnie inaczej. Góra co roku przyciąga bowiem tysiące mieszkańców okolicznych gmin, którzy organizują tu duże wydarzenia, takie jak ognisko wielkanocne, festyn na Liebschützbergu, międzynarodowy festiwal latawców i wspomniane już nabożeństwa pod gołym niebem.

W dół, na zachód

Wszystko to można przeczytać tu na górze na dużych tablicach informacyjnych, a ja starałem się coś z tego zapamiętać. Właściwie dlaczego nie mam z nich zdjęcia? Nie zostajemy tu długo, bo wiatr porządnie gwiżdże. Odtąd droga cały czas prowadzi w dół, aż do Lampertswalde. Zaraz przy wjeździe do wsi idziemy wzdłuż grubego, wysokiego muru i przy bramie natrafiamy na drewnianą muszlę św. Jakuba. No to zajrzyjmy! Za murem kryje się prawdziwy mały raj. Przyciąga wzrok bardzo stary i bardzo gruby platan. Stoi w parku zamkowym ze stawem i wyspą – dokładnie tak, jak się to sobie wyobraża.

Park zamkowy w Lampertswalde

Między drzewami rozpięte są kable, na których wiszą parasole. Co to ma przedstawiać? – myślę i początkowo zakładam, że to jakiś obiekt artystyczny. Ale nie, to abażury. W całym parku wiszą te kolorowe parasole, a pod nimi oprawki z żarówkami – co za miły pomysł. Dwóch robotników sprząta i grabi liście. Uprzejmie się witamy i widzimy ogródek małej kawiarni, przy którym ktoś już się krząta. „Czy jest już otwarte?” – pytam. „No to w takim razie otwieramy” – mówi właściciel. Obaj robotnicy też od razu korzystają z kawiarni, żeby zrobić sobie przerwę.

Park zamkowy w Lampertswalde

Siedzimy w słońcu, przyglądamy się łabędziom na zamkowym stawie i zamawiamy kawę i ciasto. Czy może być coś piękniejszego? No dobra, ja zjadłem kiełbaskę. Teraz próbuję zapowiedzieć nas w Börln, ale okazuje się, że numer telefonu albo jest błędny, albo niepełny. Dzwonimy więc do Betiny do Strehli, bo ona ma przy sobie przewodnik pielgrzyma. Jest akurat w mieście i oczywiście nie ma go przy sobie. Później jednak oddzwania i podaje nam właściwy numer. (Przypomina mi się, że muszę go jeszcze poprawić w mojej tabeli. Brakuje zresztą jednej cyfry). Właściwy zamek Lampertswalde już nie istnieje. Stał na dużej wyspie na stawie, był więc zamkiem na wodzie. Zachowało się tylko kilka budynków gospodarczych.

Park zamkowy w Lampertswalde

Całe założenie sprawia wrażenie bardzo zadbanego. Ale nie jest tak od dawna. Po wywłaszczeniu właścicieli przez nazistów teren szybko popadał w ruinę. Po wojnie, w 1947 roku, zamek rozebrano. Park zdziczał, fosę zasypano gruzem, a w zamkowym stawie zabrakło wody. Po przełomie mieszkańcy wsi zajęli się parkiem i już w 1994 roku przywrócono mu obecny kształt. Robi wrażenie, ile można zdziałać, kiedy wieś trzyma się razem. Park i Burgcafé stały się atrakcją dla najbliższej okolicy, dla turystów, wędrowców i oczywiście także dla pielgrzymów. Kiedy już się posililiśmy, przechodzimy jeszcze raz przez park, a potem opuszczamy wieś aleją Axelallee.

Droga przed Dahlen

Lampertswalde to miejscowość mocno ciągnąca się wzdłuż drogi. I dopiero dwa i pół kilometra dalej na zachód naprawdę ją opuszczamy. Następnym celem pośrednim jest miasteczko Dahlen. Wieżę kościoła widać już z daleka. Droga tam jest dość sielska i prowadzi lekko pofalowanym terenem obok dużego stawu do wschodniego wjazdu do miasta. Niemal przez cały czas na południu widać Collmberg, który mamy już za sobą. Na okolicznych polach jest dużo zwierzyny płowej, która płochliwie ucieka, gdy się zbliżamy. Do Dahlen wchodzimy wąską, opadającą ścieżką, schodząc ze wzgórza zamkowego (Burgberg).

Krajobraz przed Dahlen

Dahlen naprawdę nie jest duże. I tak bardzo szybko stoimy na rynku, gdzie siadamy na ławce tuż obok „Sackhuppera”. Według legendy Dahlen stało się znane także jako „miasto skaczących w workach” („Sackhupperstadt”). Prawdą jest chyba to, że w ubiegłym stuleciu pewien właściciel furmanek co roku urządzał festyn dla dzieci i jako nową zabawę wymyślił też skoki w workach. Tej historii poświęcony jest ten zabawny pomnik. Wtedy jednak na jutowych workach na pewno nie było napisu „LPG Dahlen”. Rozglądamy się i odkrywamy małą piekarnię.

Pomnik „Sackhupper” w Dahlen

Przecież to też pora na małe co nieco i na kawę. Tyle kawy, ile tu wypijamy, w domu nigdy nie piję. Ale co innego robić, kiedy akurat się nie idzie? No to wchodzimy do sklepu. Na wieczór i na śniadanie przydałoby się kilka bułek, a na teraz dwie kawy i dwa kawałki ciasta z owocami. Jest placek ze śliwkami, moje ulubione ciasto. No i jakoś miła sprzedawczyni musiała po nas poznać, że wolelibyśmy wypić kawę na siedząco. I już stawia dwa krzesła i malutki stolik obok lady. W pomieszczeniu naprawdę nie ma dużo miejsca i musimy się trochę wcisnąć w kąt, żeby klienci mogli jeszcze wejść.

W piekarni

Ale siedzimy i jesteśmy tej kobiecie bardzo wdzięczni. W drodze z miasta mijamy sklep z ekologiczną żywnością. Zaopatrujemy się w nim jeszcze w napoje. I już mój plecak znowu ma taką wagę, że lekko stękam, gdy go zakładam. Następny odcinek prowadzi długo asfaltową drogą w stronę Bortewitz. Dopiero po mniej więcej 2 kilometrach w lewo odbija droga polna, przy której rośnie mnóstwo drzew owocowych. Idziemy po dywanie gnijących gruszek. Wśród nich uwijają się osy, które mają prawdziwą ucztę. Nie wiem, czy ludziom się nie chce, czy może zbieranie owoców jest zabronione? W każdym razie dawniej zawsze chodziłem z ojcem na owoce, a potem zawoziliśmy je do tłoczni, gdzie później był z nich moszcz albo wino owocowe. Dziś wszystko gnije na drogach i ścieżkach. Trochę mnie to złości, ale nic na to nie poradzę. Ludzie najwyraźniej wolą jeść owoce z Nowej Zelandii.

Plebania w Börln

Ponieważ mimo kompletnego już numeru telefonu nikogo na plebanii w Börln nie złapaliśmy, zastanawiamy się, gdzie jeszcze moglibyśmy spędzić noc, kiedy widzimy przy drodze wielkie bele słomy. „Tylko w absolutnej ostateczności!” – myślę, kiedy Andrea to proponuje. Potem wchodzimy do wsi. Z przejazdów przez nią pamiętam, że jest tu dużo wybiegów dla koni, stajni i hotel. Właśnie przechodzimy obok tego ostatniego i widzimy, że jest zamknięty. Także poza tym wieś sprawia wrażenie „zamkniętej”. Prawie połowa gospodarstw stoi pusta. Dziwne to jakieś. W Lampertswalde widzimy kwitnącą wieś z ładnymi domami i zaangażowanymi mieszkańcami. A tutaj, wcale nie tak daleko, wszystko idzie na dno. Sala gimnastyczna wydaje się jeszcze ulubionym miejscem spotkań. Wszędzie wiszą tablice reklamujące tenisa stołowego w hali. No i lodziarnia dobrze prosperuje, co później jeszcze sprawdzimy. Andrea dziś znowu „ładnie szła”, ale najpierw trzeba się pozbyć plecaków. Dzięki dobremu oznakowaniu plebanię znajdujemy szybko. Również tutaj w oknie wisi kartka z osobami do kontaktu. Drugi numer w końcu działa. Odzywa się kobiecy głos i mówi nam, że jest jeszcze w Dahlen i za 20 minut będzie u nas. Siadamy w ogrodzie plebanii pod czymś w rodzaju altany i przyglądamy się, jak jakiś mężczyzna krząta się przy kamiennym murze posesji. Ma wprawdzie klucz do garażu, ale nie do domu. Wtedy jednak podjeżdża samochód i zostajemy wpuszczeni.

Kościół w Börln

Kobieta pokazuje nam salę wspólną i znajdującą się obok (no, powiedzmy) kuchnię, w której za pomocą ustawionych ścianek wydzielono też toalety i prysznic. Z sali korzysta parafia. Pośrodku stoi duży stół z wieloma krzesłami i najpierw zastanawiamy się, gdzie będziemy spać. Potem dostrzegam kilka złożonych materacy leżących na szafie. I wszystko jasne. Kobieta żegna się, uprzedzając, że dziś wieczorem może się tu jeszcze odbywać jakieś spotkanie. Żeby nie przeszkadzać, zostawiamy więc na razie wszystko w plecakach, stawiamy je w kącie i ruszamy do lodziarni.

Andrea „ładnie szła”

Bo Andrea „ładnie szła”. Naprawdę dziwi nas wybór i tłok. W ogródku kilka stolików jest już zajętych, a i kiedy się dosiadamy, przychodzi coraz więcej ludzi. Są głównie lody włoskie. W różnych wariantach można je też zabrać do domu w większych ilościach. Chyba dobrze idzie – mówię. A lody są naprawdę dobre, muszę przyznać, choć nie jestem zapalonym amatorem lodów. Po lodziarni chodzimy jeszcze trochę po wsi. Kościół jest zamknięty, dwór też widział już lepsze czasy i raz po raz musimy oglądać opuszczone zagrody. Wieś jest praktycznie martwa, jeśli nie wydarzy się jakiś cud. Także kobieta, która nas wpuściła, nie tryskała optymizmem, jeśli chodzi o tę miejscowość.

Nad stawem

Na koniec siedzimy nad dużym stawem, którego woda skrzy się w zachodzącym słońcu, za nami – oczywiście opuszczony dom. Kończymy więc obchód i wracamy na plebanię. Ta przynajmniej z zewnątrz sprawia solidne wrażenie. Zdejmuję materace z szafy, a Andrea jeszcze raz zamiata, zanim kładę je na podłodze. Nie jesteśmy szczególnie wybredni. Ale Andrea wydaje się pierwszą od dawna osobą, która trzyma tu w ręku miotłę. Skoro będziemy leżeć tak nisko przy podłodze, to tak jest jednak lepiej. Na pianinie, które ktoś pomazał białą farbą (kto w ogóle wpada na taki pomysł? – pyta Andrea), stoi wieża stereo. Udaje mi się ją uruchomić i wypełniam salę odrobiną muzyki do kolacji.

Do gniazdka

Dziś długo nie posiedzimy. Betina wysyła nam jeszcze SMS-a, że jest już prawie w domu. Pisze, że w sklepie z napojami upolowała jeszcze skrzynkę Ur-Krostitzera. Muszę się uśmiechnąć i przypomina mi się wojna piwna w Delitzsch. Andrea już drzemie, a ja, dopiwszy piwo, też kładę się na materacu. Radio śpiewa nam do snu i przygrywa sobie przez całą noc. Jutro nasz ostatni dzień.

Ostatni dzień: Börln – Wurzen – Nepperwitz

No jak to? Dlaczego dziś już nasz ostatni dzień? Przecież do domu mamy jeszcze co najmniej dwa dni drogi? Oto wyjaśnienie: to przez nasze marudzenie. Mieliśmy dość sztywny plan. A ten przewidywał, że 2 października będziemy w domu. Tymczasem skróciliśmy etap do Panschwitz-Kuckau i zostaliśmy w Crostwitz. Z powodu pogody w Kamenz zakończyliśmy etap znacznie wcześniej, niż pierwotnie planowaliśmy. W ten sposób złapaliśmy dzień opóźnienia, którego na 200 kilometrach nie da się nadrobić. Patrząc na to w ten sposób, wszystko jednak dobrze się złożyło. Bo inaczej nigdy nie spotkalibyśmy naszej miłej towarzyszki podróży. Ale wróćmy do przebiegu dnia:

U piekarza w Börln

Na materacach spałem całkiem dobrze. Ponieważ mieliśmy wolny wybór i nikt więcej po nas nie przyszedł, od razu położyłem dla nas po dwa materace jeden na drugim. Było całkiem wygodnie. O śniadanie dziś, ostatniego dnia, nie musimy się troszczyć. W Börln jest piekarz i, jak widzieliśmy wczoraj podczas obchodu, powinien być dziś znowu otwarty. Szybko więc pakujemy rzeczy. Dźwigam materace z powrotem na szafę i już zamykamy za sobą drzwi plebanii. Piekarnia rzeczywiście jest otwarta, ale nie sprawia na mnie wrażenia, że długo jeszcze tak będzie. Stan wyposażenia sklepu jest katastrofalny, a i salonowi sprzedaży przydałoby się świeże malowanie. Nie chcę nawet wiedzieć, jak to wygląda na zapleczu. Kiedy tak siedzimy i siorbiemy kawę, mam czas, żeby się dokładniej rozejrzeć. I wtedy takie rzeczy po prostu rzucają się w oczy. W czasie naszego śniadania do sklepu wchodzi tylko jedna klientka. Kiedy idziemy przez wieś, jest jak wymarła. Nic innego by mnie zresztą nie zdziwiło.

Poranek w parku w Börln

Idziemy przez park, w którym słońce maluje na ziemi kolorowe plamki. Tuż przed Heydą skręcamy w lewo w piękną aleję lipową. Także tutaj jest znowu mnóstwo grzybów, które widać już ze skraju lasu. Tabliczka zdradza nam, że jest tu kamieniołom, a także punkt widokowy, z którego można bezpiecznie zajrzeć do tej dziury. Punktu widokowego nie znajdujemy. Ale przez zarośla prowadzą wąskie wydeptane ścieżki, którymi idziemy. I już stoimy nad dużym jeziorem, którego skaliste, strome brzegi zdradzają, że jest tu kamieniołom.

Kamieniołom w Dornreichenbach

Nie wygląda na to, żeby wciąż wydobywano tu porfir. Bo dojazdy są już porządnie zarośnięte. Ale wszędzie stoją tablice informujące o „Dornreichenbacher Quarzporphyrwerk GmbH”. Idziemy dalej i docieramy do Dornreichenbach. To całkiem okazała miejscowość z pałacem, przynależnym do niego parkiem, sceną plenerową i zwierzyńcem. Jak na tak małą wieś, liczącą niespełna 500 mieszkańców, to naprawdę sporo i kolejny dowód na to, że się da, kiedy zaangażowani mieszkańcy działają razem. Za Dornreichenbach znowu zaczyna się bardzo ładna droga przez otwarte pola.

Drogowskaz za Dornreichenbach

Gęsto stojące rzędy drzew po prawej i lewej stronie drogi zdradzają, że jest ona bardzo stara. Na niektórych z tych drzew wiszą zafoliowane karteczki z cytatami z Biblii. Ktoś tu bardzo troskliwie dba o ten odcinek szlaku. W ogóle mogę powiedzieć, że cała dotychczasowa trasa była bardzo dobrze oznakowana. Kiedy już przywykniesz do systemu i myślisz tak jak ten, kto umieszczał drogowskazy, nie potrzebujesz map. Wygląda na to, że są dwie różne historie oznakowania: dość stara z 2003 roku i nowsza. Stare oznakowanie to przeważnie symbole muszli nanoszone przez szablon na niebieskim tle. Te małe kwadratowe drogowskazy są namalowane na słupach, drzewach albo innych rzeczach, których nie da się tak szybko usunąć. Często jednak z biegiem lat zarosły albo zostały czymś zasłonięte. Nowsze znaki wyglądają bardziej profesjonalnie, są porządnie wydrukowane i jako naklejki również przytwierdzone do odpowiednich obiektów.

Co to jest?

Wandalizmu ani wyraźnie brakujących znaków nie zauważyłem. Szlak jest znany mieszkańcom, szanowany, ceniony i ludzie rozumieją sens i cel takiej drogi. Wiele miejscowości wykorzystało istnienie tego szlaku do własnej promocji. Widać to po gablotach w miejscowościach, po ławkach ustawionych specjalnie dla pielgrzymów albo po stronach internetowych (jeśli istnieją). Schroniska notują stały wzrost liczby noclegów, nie w ostatniej kolejności dzięki bardzo dobrej infrastrukturze Ekumenicznej Drogi Pielgrzymiej (Ökumenischer Pilgerweg). Oczywiście są też rzeczy, które można poprawić. Podobnie jak już na szlaku pielgrzymim przez Meklemburgię i na odcinku Via Regia, który przeszliśmy w 2012 roku, między noclegami dla pielgrzymów są dość duże różnice. Można stwierdzić, że oferty prywatne są prowadzone z ogromnym zaangażowaniem i miłością, podczas gdy entuzjazm wobec strumienia pielgrzymów na niektórych plebaniach pozostawia czasem wiele do życzenia. Może to wynikać z przeciążenia proboszczów, ale też z braku zainteresowania danej parafii. W każdym razie można stwierdzić, że organizatorom udało się na tym szlaku zapewnić wystarczająco dużo noclegów dostosowanych do potrzeb pielgrzymów. Przez „dostosowane do potrzeb pielgrzymów” rozumiem w tym kontekście tanie i funkcjonalne wyposażenie oraz możliwość rozmowy albo wewnętrznego wyciszenia (jeśli ktoś tego chce). Tyle na razie tytułem pierwszego podsumowania. Przecież jesteśmy na ostatnim etapie.

Wiatrak koźlak w Kühnitzsch

W międzyczasie oczywiście poszliśmy dalej. Po prawej, nieco na uboczu „Alten Dorfstraße”, jak nazywa się ten odcinek drogi, widzimy pięknie odrestaurowany wiatrak koźlak. Młyn w Kühnitzsch jest zabytkiem techniki, a opiekuje się nim Heimat- und Schulverein Kühnitzsch/Körlitz e.V. Zbudowano go w 1812 roku i jest w pełni sprawny. Wyjątkowe w tym młynie jest to, że do wiatru obraca go za dyszel traktor Lanz Bulldog. Ten typ wiatraka jest tu, w środkowej i północnej Saksonii, bardzo rozpowszechniony. Co roku w Zielone Świątki odbywa się tu Dzień Młynów. Wtedy wszystkie młyny są otwarte i można jeździć rowerem albo samochodem od młyna do młyna. Często pokazuje się nie tylko sam młyn, ale odbywają się też inne imprezy towarzyszące, takie jak wystawy, jarmarki czy zabawy taneczne.

W Körlitz

Zostawiamy jednak młyn po prawej i docieramy do Körlitz. We wsi szlak się rozwidla: można iść pierwotną trasą po asfaltowej drodze łączącej miejscowości albo wariantem polną drogą do Roitzsch. Obie drogi są dobrze oznakowane. Ta ładniejsza, polną drogą, jest jednak o kilometr dłuższa. Wszystko to jest napisane na tabliczce pod drogowskazami w Körlitz. Wybieramy ładniejszą z nich, ale jesteśmy trochę rozczarowani, kiedy jednak jedną trzecią drogi musimy iść asfaltem. Kiedy za farmą fotowoltaiczną skręcamy w prawo w polną drogę, widzimy już charakterystyczne wieże miasta Wurzen.

Wurzen na horyzoncie

To przede wszystkim wieże katedry Mariackiej (Dom St. Marien), kościoła św. Wacława (Wenceslaikirche) i „Keksbude”, jak ludzie wciąż nazywają „Wurzener Dauerbackwaren GmbH”. Przy drodze ciągną się duże sady jabłoniowe i pola truskawek. Te drugie są oczywiście dawno zebrane, za to jabłonie uginają się pod owocami. Wydaje się, że szlak omija Wurzen z lewej strony, ale nagle skręca ostro w prawo i w ten sposób, obok małego jeziorka, wracamy na pierwotną trasę w dzielnicy Roitzsch. Teraz zostało już tylko kilkaset metrów do centrum Wurzen – miasta herbatników i Ringelnatza. Do herbatników jeszcze dojdziemy. Joachim Ringelnatz jest największym synem Wurzen. Urodził się tutaj, a jego dom rodzinny w Crostigall jest popularnym celem wycieczek. Crostigall to dzielnica Wurzen uważana za zaczątek rozwoju miasta. Miasto upamiętnia Ringelnatza fontanną ustawioną na rynku w 1983 roku, w setną rocznicę jego urodzin, kolekcją poświęconą Ringelnatzowi w muzeum i oznakowaną ścieżką Ringelnatza. W całym mieście widać znaną podobiznę słynnego pisarza, humorysty, kabareciarza i malarza.

Powitanie na Jakobsplatz w Wurzen

To, co widzimy teraz na Jakobsplatz, jest szczególnym powitaniem, jakie miasto zgotowało pielgrzymom na Via Regia. Pośrodku placu, w drobnej kostce, wpuszczona jest mozaika w kształcie muszli, a dwa kamienie wskazują kierunek, z którego przychodzimy – „Görlitz 195 km” – oraz cel drogi: „Santiago de Compostela 2918 km”. O tę ostatnią liczbę można się jednak spierać. Bo za Erfurtem widzieliśmy w zeszłym roku tablicę, według której to jeszcze ponad 3000 kilometrów. Ale przecież dróg do Santiago jest co najmniej tyle, co do Rzymu. Wykorzystujemy postój na Jakobsplatz, żeby zjeść kiełbaskę z rusztu, a kiedy stoję w kolejce przy budce, Andrea gawędzi z dwiema kobietami, które rozpoznały w nas pielgrzymów i mają teraz kilka pytań. Kiedy moje kiełbaski są wreszcie gotowe, Andrea znowu siedzi sama na ławce.

Schronisko dla pielgrzymów „zur Kräuterfee” przy Jakobsgasse

Przysiadam się i znowu mam czas, żeby się rozejrzeć, i odkrywam kolejne nawiązania do szlaku pielgrzymiego. Siedzimy na „Jakobsplatz”, jest „Jakobs Eck”, a odchodzi stąd „Jakobsgasse”. „Tędy pójdziemy!” – mówię i spacerujemy wąską uliczką obok „Kräuterfee”. Tu jest napisane na drzwiach sklepu: schronisko dla pielgrzymów. Szkoda, na pewno byłoby ciekawie. Betina wspominała kiedyś, że chciałaby tu przenocować. Niestety nic z tego nie wyszło. Idziemy jednak dalej, na rynek. Dawno nie byłem w Wurzen i pamiętam rynek tylko jako szaro-czarny. Tu i ówdzie farba już znowu się łuszczy, ale poza tym rynek lśni świeżymi kolorami.

Rynek z fontanną Ringelnatza

Wszędzie widać budynki renesansowe i barokowe, które obok młodszych kamienic i domów handlowych z bogatymi secesyjnymi fasadami tworzą niepowtarzalny klimat. Andrea uważa zresztą, że fontanna Ringelnatza, stojąca na dolnym końcu rynku, jest okropna. A przecież od pierwszej koncepcji do realizacji minęło aż 10 lat. Myślę jednak, że Joachimowi by się spodobała, bo fontanna pasuje do jego nieco ekscentrycznego humoru. Kilka stopni w górę i stoimy przed Domcafé. Świeci słońce, siadamy więc na zewnątrz, żeby znowu napić się kawy. Cudownie jest siedzieć w mieście na rynku i obserwować ludzi.

Rynek w Wurzen

Jest południe i panuje błogie rozluźnienie. Po tej stronie rynku, już w drodze na plac katedralny, chodnik jest czymś w rodzaju balkonu, na który wchodzi się po schodach – to tak zwana Liegenbank. Za kutymi kratami restauracje i kawiarnie ustawiają stoliki, a stąd ma się piękny widok na rynek i kilka sąsiednich uliczek. Na kościele św. Wacława, który stoi przed nami na Sperlingsbergu, wybija dwunasta. Mamy jeszcze mnóstwo czasu. Bo do Nepperwitz, naszego dzisiejszego punktu końcowego, nie jest już daleko. Spacerujemy więc ulicą Domstraße, obok muzeum miejskiego, do zamku.

Zamek w Wurzen

Zamek w Wurzen uchodzi za najstarszy zamek na obszarze niemieckojęzycznym. Już w X wieku miało się tu znajdować podobne założenie. Fosa wokół masywnego budynku i pozostałości dawnego mostu zwodzonego świadczą o architektonicznym przejściu od średniowiecznego zamku obronnego do zamku rezydencjonalnego. Znam ten zamek dość dobrze, bo w czasach NRD mieścił się tu powiatowy urząd Policji Ludowej (Volkspolizei), a ja, pracując w służbie technicznej policji, odpowiadałem między innymi także za tę jednostkę. Zawsze było to duże wyzwanie, kiedy trzeba było tu na przykład kłaść kable. Chciano wyrządzić temu staremu murowi jak najmniej szkód, bo czuło się przed nim respekt. Nie zawsze jednak dało się uniknąć, żeby czasem nie przyłożyć ręki nieco mocniej. Pamiętam, że dla kabla o średnicy 2 centymetrów musieliśmy kiedyś wykuć przebicie w ścianie na pół metra, bo akurat w tym miejscu w metrowej grubości murze tkwił wielki głaz. Kilka lat po przełomie policja przeniosła się do nowoczesnego budynku, zamek odnowiono i wprowadził się do niego hotel.

Katedra Mariacka

Naprzeciwko zamku znajduje się katedra Mariacka (Dom St. Marien). Nigdy jeszcze nie widziałem jej bez rusztowania. I tak też tym razem na dziedzińcu zamkowym stoi rusztowanie. Wszystkie drzwi po tej stronie są zamknięte. Wracamy na plac katedralny, żeby poszukać otwartych drzwi do katedry. Przy nich proszą nas o wyrozumiałość, ponieważ wnętrze katedry jest monitorowane kamerami, bo raz po raz dochodziło do kradzieży. Rany, jacy to są ludzie? W 1114 roku biskup Herwig z Miśni konsekrował katedrę jako bazylikę filarową. Romańska katedra jest jedną z najstarszych i najciekawszych budowli sakralnych Saksonii i najstarszym zabytkiem architektury w Wurzen. Historia katedry jest fascynująca. W połowie XV wieku doszczętnie spłonęła, a na początku XVI wieku została odbudowana.

Wymowna grupa Ukrzyżowania w katedrze

Po wojnie trzydziestoletniej i reformacji wieże otrzymały barokowe hełmy. Na początku XIX wieku katedrę przebudowano w stylu neogotyckim, a w latach trzydziestych ubiegłego wieku uzyskała swój obecny wygląd. Poza tym wejście przeniesiono do wieży, a drezdeński prof. Wrba stworzył wymowną grupę Ukrzyżowania i ambonę. Kiedy opuszczamy katedrę, szukam drogowskazów. Jeden znajduję na placu katedralnym, tuż przed wejściem do zamku. Jest nieco mylący, bo można by pomyśleć, że wskazuje w stronę dziedzińca zamkowego. Nie, szlak prowadzi lewą stroną obok zamku, po kilku schodach w dół ze wzgórza zamkowego na Muldengasse. Tylko że to wcale nie wygląda na uliczkę, raczej na ulicę reprezentacyjną.

„Keksbude”

Grube lipy były w każdym razie kiedyś wystarczająco reprezentacyjne jak na wejście do „Keksbude”. Mijamy wielką bramę na teren fabryki i widzimy dwie wieże młyńskie w całej ich masywności. To one rzucają się w oczy jako pierwsze, gdy wjeżdża się do miasta, wszystko jedno z której strony świata. Od 1847 roku produkuje się tu wyroby cukiernicze. „Wurzener” był w czasach NRD najważniejszym producentem tych wyrobów. Po przełomie zakład przejął koncern De Beukelaer. „Wurzener” jako marka jest jednak nadal sprzedawany. Zabytkowe budynki fabryczne zostały starannie odrestaurowane, a przede wszystkim wieże młyńskie uchodzą za widoczny z daleka symbol miasta. Szlak prowadzi teraz właściwie w przeciwnym kierunku. Bo most na Muldzie leży na północ od nas. My jednak idziemy spory kawałek aleją lipową na południe, żeby potem przejść mostem przez kanał. Wzdłuż tego kanału teraz idziemy: po lewej mniej więcej 20-metrowej szerokości kanał, a po prawej wał nad Muldą. Mulda płynie jakieś 150 metrów dalej.

Ptak drapieżny na wale nad Muldą

W oddali widzimy już wieżę kościoła w Nepperwitz. Nad kanałem jakiś wędkarz właśnie pakuje sprzęt, a krótkie spojrzenie mówi mi, że „Petri heil” byłoby na nic. Wędkarz tylko krótko się wita i z taką miną, jaką ma, nawet nie mam odwagi zapytać o połów. Po mniej więcej 2 kilometrach skręcamy w lewo na groblę, po której brukowana droga prowadzi do Muldy. Tu i ówdzie widać jeszcze szkody, jakie ostatnia powódź wyrządziła także tej drodze. Wąski most, którym dostajemy się do Grubnitz, przetrwał powódź, co jest niemal cudem, jeśli – tak jak ja – widziało się na własne oczy, jakie masy wody tu płynęły. Pod rzędem kasztanowców, który stoi przy Muldzie między wałami, wciąż leży mnóstwo naniesionych przez wodę rzeczy. A między nimi krząta się starszy mężczyzna. „To dla zwierząt” – mówi. I już rozumiem, co on tu robi. Grzebie kijem w trawie i szuka kasztanów. Jego kosz jest już prawie pełny. Chce zanieść kasztany do zoo. Jako dzieci też często to robiliśmy. Ale które dziecko potrafi dziś jeszcze oderwać się od komputera albo komórki? Niedawno przeczytałem takie powiedzenie: Kiedy byłem mały, mój portal społecznościowy nazywał się „podwórko”. To właściwie mówi wszystko. Choć samym dzieciom nie można robić wyrzutów. Bo jeśli nie są w sieci, to nie są „na czasie” i padają ofiarą mobbingu. Ale znowu zbaczam z tematu, tak krótko przed celem. Z Grubnitz, które tak jak Nepperwitz również ucierpiało podczas ostatniej powodzi w czerwcu 2013 roku, idziemy małą asfaltową drogą aż do początku ostatniej miejscowości na naszej tegorocznej wędrówce.

Nepperwitz

Ekumeniczna Droga Pielgrzymia kończy się dla nas dziś tu, w Nepperwitz, niestety już teraz. Zanim przyjedzie po nas samochodem nasz syn, rozglądamy się jeszcze przy schronisku. Po powodzi zostało ono odnowione i jest otwarte. To znaczy, akurat jest zamknięte, a my nie chcemy alarmować odpowiedzialnych osób z miejscowości tylko dlatego, że chcielibyśmy zajrzeć do środka, skoro nie zamierzamy tu nocować. Siadamy więc przy wiacie przystankowej i czekamy na syna. Tak niespektakularnie kończy się ta pielgrzymka. Chętnie poszedłbym jeszcze pieszo aż do domu, nawet jeśli trasa nie odpowiadałaby wtedy przebiegowi Via Regia. Ale jutro mamy terminy. Zmierzanie na szlaku pielgrzymim do celu, który odnajduje się potem w Santiago, przeżyliśmy już dwa razy. Cel odgrywa oczywiście dużą rolę w myślach podczas marszu. Jak będzie w Nepperwitz – przykro mi, ale nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Tak więc powiedzenie „droga jest celem” znaczy tu, na odcinku szlaku pielgrzymiego, o wiele więcej niż cel geograficzny. Także na tej drodze znowu wiele przeżyliśmy, poznaliśmy wielu nowych ludzi, doświadczyliśmy dużo zaufania i życzliwości, zobaczyliśmy wiele miast i wsi i wędrowaliśmy przez piękne krajobrazy Saksonii. Na pewno przyjdą kolejne drogi. Ale każda pozostaje czymś wyjątkowym. Starałem się spisać moje i nasze przeżycia możliwie zrozumiale i zajmująco. Choć pierwotnie robiłem to tylko po to, żeby moje wspomnienia nie blakły zbyt szybko, dobrze zdaję sobie sprawę z oddziaływania takiego publicznego bloga. Ponad dwa tysiące wyświetleń mówią same za siebie i bardzo cieszę się z tak żywego zainteresowania. Ale jeśli przeczytaliście to wszystko i nadal nie macie ochoty wyruszyć na któryś z wielu szlaków pielgrzymich, to już wam nie pomogę. Ucieszę się natomiast z każdego, kogo moje słowa do tego zainspirują. Jeśli macie pytania, chętnie na nie odpowiem, także osobiście mailem. A jeśli potem wrócicie i może zostawicie tu kiedyś komentarz, pisząc, jak wam poszło, będzie to dla mnie nagrodą za całą tę pracę. Do tego czasu żegnam się z pozdrowieniem

Buen Camino!

Więcej relacji Andrei i Gerta Kleinsteuberów

Szlak w Camino Ninja

Ekumeniczna Droga Pielgrzymia (Ökumenischer Pilgerweg) z Görlitz do Vachy to niemiecki odcinek Via Regia. Wszystkie etapy, mapę i schroniska dla pielgrzymów znajdziesz w Camino Ninja pod hasłem Via Regia w Niemczech.