Wróć do historii

Pilgerweg Mecklenburgische Seenplatte: 10 etapów pieszo

W maju 2013 roku Andrea i Gert Kleinsteuberowie idą Pilgerweg Mecklenburgische Seenplatte w dziesięciu etapach z Friedland do Zippelow.

8 października 202615 min czytania
Pilgerweg Mecklenburgische Seenplatte: 10 etapów pieszo

Andrea i Gert Kleinsteuberowie przeszli w maju 2013 roku Pilgerweg Mecklenburgische Seenplatte i przywieźli z niego tę obszerną relację: dziesięć etapów od Friedland do Zippelow. Artykuł w oryginale można przeczytać na ich własnej stronie.

W kwietniu 2011 roku w sercu Meklemburgii otwarto nowy szlak pielgrzymkowy. Prowadzi on łącznie przez 250 km krajobrazem Pojezierza Meklemburskiego. Różnorodna, miejscami nietknięta przyroda zaprasza, by iść w ciszy. Dzięki wielu sędziwym kościołom w większości wsi można się zatrzymać, zadumać i pomodlić. Plebanie, mieszkańcy przy szlaku i hotele chętnie otwierają swoje drzwi.

Etap 1: Friedland – Staven (15 km)

Dzień Wniebowstąpienia miał być naszym pierwszym prawdziwym dniem marszu. Trzeba było więc już dzień wcześniej zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze jedzenie i zabrać to wszystko w plecaku.

Krümel i Andrea na starcie etapu we Friedland

Także z tego powodu nasze plecaki w Niemczech są cięższe. Z zaopatrzeniem jest po prostu trudniej niż na bardziej uczęszczanych szlakach pielgrzymkowych, na przykład w Hiszpanii, gdzie dzięki dużej liczbie pielgrzymów wzdłuż drogi wyrosła odpowiednia infrastruktura. W Niemczech natomiast we wsiach prawie nie ma już stałych sklepów, a nieliczne gospody rzadko są otwarte o właściwej porze – to smutne zjawisko, które odczuliśmy już na Via Regia. Prowiant pielgrzyma jest w tym sensie dość monotonny: trwała wędlina, najczęściej salami albo szynka, kawałek sera, trochę chleba, kilka saszetek kawy rozpuszczalnej i woda do picia. To wszystko. Od Friedland do Staven nie ma żadnego sklepu, a w święto i tak wszystko byłoby zamknięte. W Staven działa tylko mały punkt sprzedaży, który jednak zwykle jest już zamknięty, kiedy pielgrzym dociera tam z Friedland.

Krümel pojechał więc rano razem z nami do Friedland. Nie spieszyliśmy się, bo tego dnia mieliśmy przed sobą tylko 12 kilometrów. On chciał potem wrócić pieszo do Neubrandenburga, a wieczorem odprowadzić nasz samochód z powrotem przed swój dom. Kiedy dotarliśmy do Friedland, kościół był albo jeszcze, albo już znowu zamknięty. Szkoda, chętnie mielibyśmy stąd pieczątkę w paszporcie pielgrzyma.

Na wyjeździe z Friedland

Za Friedland

Z miasteczka położonego na północ od Neubrandenburga wychodzi się ulicą Mühlenstraße, na której końcu stoją bardzo ładne stare domy z muru pruskiego. Wzdłuż Datze, niewielkiej spiętrzonej rzeczki, szliśmy przy mglistej pogodzie, zajęci ożywioną rozmową. Mówi się na to dolina Datze, choć z doliny niewiele tu widać. Rzeka, która właściwie jest strumieniem, płynie leniwie przez płaską okolicę, przez topolowe aleje, których drzewa są aż obwieszone jemiołą.

Po prostym jak strzała korycie widać, że przyłożył tu rękę człowiek. Z pól tu i ówdzie uchodzą do Datze rowy melioracyjne. Kilka razy przechodzi się na drugi brzeg. Uważać trzeba w miejscu, gdzie po raz drugi wraca się na lewy brzeg. Tutaj odchodzi też droga w prawo na ukos. Właściwa prowadzi jednak dalej wzdłuż Datze. Ani to, ani następne rozwidlenie nie jest oznakowane. Przy następnym moście, przed którym znajduje się jaz, skręca się w prawo w asfaltową drogę. Prowadzi ona prosto do Roga. Już z daleka przy wjeździe do Roga widać bocianie gniazdo. Gdy tam byliśmy, na gnieździe siedział już bocian i wysiadywał jaja.

Wjazd do Roga

Minęliśmy kościół, niestety również zamknięty, i doszliśmy do rozwidlenia, przez które tego dnia przeszliśmy jednak o trzy kilometry więcej, aż do Staven. Na małym zielonym drogowskazie z napisem „Staven 4,5 km” umieszczona jest też muszla. Tylko że ta tabliczka niestety wskazywała w złym kierunku. Według opisu, a także według mojego narysowanego śladu, droga prowadzi tu prosto, drogą z płyt betonowych, wychodzi ze wsi i biegnie bezpośrednio do Staven. Ta tabliczka kierowała nas jednak w lewo, w stronę Bassow, które samo było oddalone już o 3 km. Gdybyśmy kierowali się wyłącznie muszlą, której promienie wskazywały właściwy kierunek i pod którą nie było małej strzałki (jak później bywało zwykle), poszlibyśmy tu dobrze. Daliśmy się jednak zbić z tropu tabliczce. Możliwe, że jakiś dowcipniś ją przekręcił. Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Niestety nie zrobiłem zdjęcia tej tabliczki. Ponieważ jednak na mapie zobaczyliśmy, że z Bassow również prowadzi do Staven droga długości 3,5 km, poszliśmy za Krümelem, który w kierunku Neubrandenburga i tak musiałby tu skręcić w lewo.

Etapy od Friedland do Neubrandenburga wyraźnie różnią się krajobrazowo od kolejnych. Jezior i lasów nie widać tu nigdzie. Za to są rozległe pola z pojedynczymi „wyspami”, na których rosną drzewa. O tej porze roku wszystko było soczyście zielone, a pola rzepaku jaskrawożółte. Dzięki temu można też uchwycić w obiektywie zwierzęta uchodzące za bardzo płochliwe, jak na przykład te żurawie.

Czy na pewno idziemy dobrze?

Kilometr za Roga (Roga Ausbau) zobaczyliśmy kilka małych głazów narzutowych pod wielką lipą – mile widziane zaproszenie do krótkiego odpoczynku. Jeszcze raz wyciągnęliśmy opis trasy, żeby upewnić się, że trochę zboczyliśmy z drogi. Zaciekawiony mieszkaniec podszedł do nas, a my oczywiście opowiedzieliśmy mu, co tu porabiamy. Nieco zdziwiony zniknął z powrotem w swoim domu, a my zarzuciliśmy plecaki z powrotem na plecy, by ruszyć dalej. Szybko byliśmy w Bassow, gdzie jeszcze raz podziękowaliśmy Krümelowi za gościnność i pożegnaliśmy się z nim. W życiu zawsze spotyka się dwa razy, zawołałem do niego. I nie miała to być groźba.

Łąka pełna mleczy za Bassow

Wjazd do Staven

I podczas gdy on przyspieszonym krokiem ruszył dalej w stronę Neubrandenburga, my skręciliśmy w prawo, by niespiesznie powędrować w kierunku Staven przez łąki zażółcone od mleczy i przez mały lasek. Po pochmurnym przedpołudniu z kilkoma kroplami deszczu, dla których nie warto było jednak wkładać przeciwdeszczowych ubrań, wyszło nawet słońce. Mimo to było chłodno – właściwie idealna pogoda na wędrówkę. Wkrótce Staven pojawiło się w zasięgu wzroku, a z

oddali dobiegała z ogródków działkowych imprezowa atmosfera. „No tak, przecież to Wniebowstąpienie / Dzień Ojca. Człowieku, tyle przejść i nawet piwa nie dostać”. Tego jeszcze nie przeżyłem. Z lekką zazdrością nasłuchiwałem, skąd dochodzi hałas, by w końcu stwierdzić, że to niestety musi być prywatna impreza, a nie ogródek piwny. W domu kumple jeździli teraz rowerami od knajpy do knajpy. Trudno – idziemy dalej!

Szybko znaleźliśmy plebanię tuż za małym kościołem.

Plebania w Staven

Pokój dla pielgrzymów na plebanii

Chwilę po dzwonku za drzwiami coś zaszurało. Wprawdzie zapowiedzieliśmy się, ale nie potrafiliśmy przewidzieć, kiedy dotrzemy. Ucieszyliśmy się więc, gdy pani Kretschmer otworzyła i serdecznie zaprosiła nas do środka. Po krótkim wprowadzeniu na parterze zaprowadziła nas stromymi schodami na poddasze, gdzie dla pielgrzymów przygotowane są dwa małe pokoiki.

Naliczyliśmy w obu pokojach pięć miejsc do spania na łóżkach lub leżankach. Na stole stało kilka kwiatów, a obok Biblii butelka wody mineralnej ze szklankami. Od razu poczuliśmy się tu mile widziani. Na parterze jest łazienka, WC i mała kuchnia ze wszystkim, czego potrzeba. Pani Kretschmer pokazała nam też duży ogród z owcami, małym stawem i szklarnią. Kiedy załatwiliśmy już wszystko w domu (prysznic, ścielenie łóżek, jedzenie), usiedliśmy jeszcze na chwilę w ogrodzie na słońcu. Dołączyła do nas pani Kretschmer, a później pan Kretschmer, pastor w Staven i w kilku okolicznych parafiach, i rozmawialiśmy o drodze, o tym, dlaczego pielgrzymujemy, i o rozległej pracy pastora. Już na ekumenicznym szlaku pielgrzymkowym dowiedzieliśmy się o wielorakich obowiązkach i długim dniu pracy pastora. Tak jak w świecie świeckim, także w Kościele najwyraźniej brakuje ludzi i trzeba mieć ogromny szacunek dla tej pracy z ludźmi. Tutaj, podobnie jak na kolejnych plebaniach, na których nas przyjmowano, mieliśmy wrażenie, że taki pastor spędza dużo czasu w samochodzie, jeżdżąc od jednej parafii do drugiej. Czasy, kiedy każda wieś miała „swojego” pastora, dawno minęły. Zauważyłem to już u siebie w domu. No i do tego tacy ludzie, właściwie już w pełni obciążeni, zgadzają się jeszcze udzielać pielgrzymom noclegu. Można tylko uchylić kapelusza i powiedzieć dziękuję.

W ogrodzie plebanii

Kiedy na dworze zrobiło się zbyt chłodno, rodzina Kretschmerów zaprosiła nas do swojej kuchni na kolację. Może to było trochę niegrzeczne. Ale niestety musieliśmy odmówić jedzenia, bo po pierwsze już zjedliśmy, a po drugie wszystko, co zjemy dziś, nie trzeba będzie jutro dźwigać dalej w plecaku. Na takim szlaku człowiek robi się dość skąpy i oszczędny. Niczego się nie wyrzuca i zdarza się zjeść bułkę, która ma już dwa dni. Zostawia się ją w plecaku, bo nie wiadomo dokładnie, kiedy znowu będzie okazja do zakupów. Podziękowaliśmy jednak serdecznie i przynajmniej usiedliśmy razem przy stole. Panu Kretschmerowi obiecałem, że dam znać, kiedy zakończymy naszą drogę, co zresztą już się stało. Na pewno też tu czyta, więc serdecznie go pozdrawiam. Może pomoże wcielić w życie tę czy inną życzliwą wskazówkę.

O zmierzchu wycofaliśmy się do naszej izdebki. Na dworze zaczął padać deszcz i uciszył świętowanie Dnia Ojca w sąsiedztwie. Zniknęły też kusząco pachnące grille, z których wszędzie unosiły się do nieba niebieskie słupy dymu. Pierwszy dzień był pełnym sukcesem. Byliśmy już daleko od codzienności, mieliśmy bardzo piękną drogę i zostaliśmy serdecznie przyjęci w Staven. Jutro do Burg Stargard jest trochę dalej, a chcieliśmy ruszyć około 8 rano. To oznaczało, że noc skończy się około 7. Zaletą takiej pielgrzymki jest to, że ma się coś z dnia, a nie wyleguje w łóżku do południa. Tak jak powolny marsz, również czas zdaje się płynąć wolniej.

No to dobranoc i do jutra.

Etap 2: Staven – Burg Stargard (28 km)

Budzik wcale nie musiał nas wzywać do wstawania. Właściwie od dawna już nie spaliśmy, kiedy rozległa się znajoma i czasem znienawidzona melodia. Chociaż wstaje się dość wcześnie, w drodze śpi się właściwie nawet dłużej niż w domu. Prawie zawsze kładzie się wcześnie spać. Nie ma telewizji ani innych złodziei czasu. Jest się też daleko od wydarzeń na świecie, od skandali, od mordów i zabójstw i wszystkich negatywnych nagłówków, które nasze media podają w krzykliwy sposób. Nie uwierzysz, jak dobrze to robi. Dziś świadomie nie słuchamy i nie patrzymy, żeby szybciej odnaleźć wewnętrzny spokój. Pięknym przykładem była afera z rzekomo skażonymi ogórkami z Hiszpanii w maju 2011 roku. Ponieważ nic nie rozumieliśmy z tego, co leciało w migoczących wszędzie barowych telewizorach, na widok ciągle pokazywanych ogórków myśleliśmy, że to reportaże o dobrych zbiorach ogórków. Nieświadomie uniknęliśmy (jak się później okazało) nieuzasadnionej histerii. To miała być dla nas nauczka.

Jeszcze szybko kawa i w drogę!

Szybko wszystko znów było spakowane do plecaków. Nowe plecaki sprawdzały się przy tym bardzo dobrze. Dzięki temu, że można je pakować nie tylko od góry, ale też z przodu przez duży zamek błyskawiczny, szybko robiło się porządek w bagażu. Większy plecak niesie oczywiście pewne ryzyko. Zbyt łatwo ulega się pokusie, by zapakować za dużo albo niepotrzebne rzeczy. Musiałem się nieźle pilnować.

Jeszcze tylko kawa i kromka chleba z dżemem i można było ruszać. Z Kretschmerami pożegnaliśmy się już wieczorem. Nie chcieliśmy więc przeszkadzać tak wcześnie rano.

Polna droga za Staven

Wyjście ze Staven jest dobrze oznakowane. Tuż obok kościoła stoi tablica informacyjna. Musieliśmy iść w kierunku Neuenkirchen. Jest jeszcze trochę mgliście i dość zimno. Za starymi, nieczynnymi torami kolejowymi, już poza Staven, skręca się od razu w prawo w piaszczystą drogę, która łagodnie wznosi się i opada. Tuż przed Neuenkirchen autostrada A20, nad którą przechodzi się mostem. W Neuenkirchen droga jest bardzo dobrze oznakowana. Tutaj pierwotnie chcieliśmy przenocować po pierwszym etapie, bo 12 kilometrów do Staven wydawało nam się trochę za mało. Z powodu wczorajszego święta gospodarzy niestety nie było jednak w domu. Także starania pani Albrecht, by zorganizować inny nocleg w Neuenkirchen albo miejsce na nasz namiot, spełzły na niczym. I tak szliśmy przez budzącą się wieś. Wielu najwyraźniej wykorzystało dzień między świętem a weekendem, żeby wziąć wolne.

Wystawa lotnicza w Neuenkirchen

Nagle widok, który zupełnie nie pasował do wiejskiej sielanki. Na dużej działce stało mnóstwo myśliwców i wojskowych helikopterów. Musimy to obejrzeć z bliska, powiedziałem. I już zeszliśmy z oznakowanej drogi. I rzeczywiście, stały tu MiG-i 17, 21 i 23 obok różnych imponujących helikopterów, w zadziwiająco dobrym stanie. Tablica na bramie wszystko wyjaśniła. To teren stowarzyszenia miłośników lotnictwa Interessenverein Luftfahrt Neuenkirchen e.V. Otwarte tylko w niedziele od 16:00. Szaleństwo, na jakie pomysły ludzie wpadają. Kilka zdjęć i już idziemy dalej.

Drogowskaz za Neuenkirchen

Na wyjściu ze wsi trzeba trochę uważać, żeby nie przeoczyć małej tabliczki z muszlą. Skierowała nas ona na czarną polną drogę, która odchodzi od asfaltówki na ukos w lewo. Po prawej stronie drogi ciągnął się ogrodzony pas krzewów, w którym zabłąkał się kozioł sarny. Kiedy nas zauważył, zupełnie spanikowany próbował się wydostać, co po wielu nieudanych próbach, przy których wpadał na druciany płot, w końcu mu się udało. Wydając dziwne dźwięki, które brzmiały jak złorzeczenie, uciekł susami przez pole rzepaku. Udało mi się to jako tako uchwycić na filmie. W ogóle taki otwarty krajobraz lepiej nadaje się do obserwowania zwierząt.

Złapane w ostatniej chwili przed odlotem

I tak znów zauważyliśmy kilka żurawi. Niestety one nas też. I odleciały z typowym przenikliwym klangorem. Już niedaleko widzieliśmy bloki z wielkiej płyty Neubrandenburga. Ale jak cały szlak, także ten odcinek rzadko prowadzi prosto do celu, więc zrobiliśmy jeszcze niejedną pętlę, raz szliśmy nawet w przeciwnym kierunku, by potem znów trafić na Datze. Wzdłuż niej biegnie ścieżka rowerowa z Friedland do Neubrandenburga i można się wtedy kierować oznakowaniem rowerowym. Datze ma teraz swoją prawdziwą wielkość. Można by ją wygodnie przeskoczyć.

Łąka przed Küssow

W wiacie przy ścieżce rowerowej zrobiliśmy jeszcze raz przerwę, by potem iść dalej do Küssow, przedmieścia Neubrandenburga. Wyszło teraz słońce i przyroda nagle wyglądała jeszcze żywiej. Świeża zieleń w kontraście z jaskrawożółtymi polami rzepaku niemal oślepiała. Po długiej zimie wszystko zdawało się teraz wybuchać naraz, jak zapora, którą nagle się otwiera. Przed Küssow mała przeszkoda – zamknięty szlaban kolejowy. Trzeba nacisnąć przycisk, jeśli chce się przejść. A jeśli żaden pociąg nie jest zapowiedziany, szlaban otwiera się zaraz po wezwaniu.

Ruina kościoła w Küssow

Tuż za szlabanem warto spojrzeć w lewo. Jest tam mały cmentarz, a na nim, pośrodku zadbanego trawnika, ruina starego kościoła z kamienia polnego, którą koniecznie trzeba obejrzeć. Zadziwiające, jaką aurę może mieć nawet taka ruina. Wróciwszy na drogę, przeszliśmy przez zadbane osiedle aż do B104. Tutaj muszla wskazuje w prawo. Ale bez obaw, nie trzeba iść drogą krajową. Ścieżką rowerową, nieco z dala od ruchliwej drogi, szliśmy przez ogródki działkowe. Ale potem połyka cię miasto. Wszędzie salony samochodowe, stacje benzynowe i wieżowce. Po tak długim czasie wśród szerokich pól człowiek czuje się mocno nie na miejscu. Wielu przechodniów albo kierowców stojących na światłach patrzyło dość skonsternowanych na nas, grzecznie czekających z plecakami na światłach dla pieszych.

Drugie śniadanie na horyzoncie

Potem w oddali wielki szyld „Kaufland”. Tam będzie drugie śniadanie! No to idziemy. W gorączce weekendowych zakupów – trzeba pamiętać, że dopiero co było święto, a przed weekendem lodówki są oczywiście puste – czuliśmy się jeszcze bardziej nie na miejscu. Schowaliśmy się w kąciku z przekąskami między piekarnią a mięsnym. W jednym była kawa, w drugim bagietka z czymś na wierzchu. Ciągle ktoś zerkał na nasze postawione na ziemi duże plecaki. Nikt jednak nie odważył się po prostu zapytać. Dziwni ci mieszczuchy – na wsi już dawno bylibyśmy pogrążeni w długiej rozmowie. Miasto natomiast jest anonimowe i zimne, w dodatku w takim nowym osiedlu z bloków. Nie, tu nikt by mnie nie zaciągnął. Zostaję na wsi. Tam co prawda każdy wie o każdym prawie wszystko, co czasem bywa krępujące. Ale wszystko jest bardziej przyjazne, cieplejsze i serdeczniejsze. No, może poza kilkoma marudami, kłótnikami i psujami zabawy za siatką ogrodzeniową, którzy są wszędzie, ale którzy na takiej wsi szybko zostają zupełnie sami.

Mały zwierzyniec w dolinie Linde

Jak już pisałem, nie chcieliśmy jeszcze raz iść przez centrum Neubrandenburga. Sięgnąłem więc po mapę w moim urządzeniu GPS, żeby znaleźć najkrótszą drogę do doliny Linde. Tam znów trafia się na szlak pielgrzymkowy, który teraz opuściliśmy. Przez rozległe tereny zielone szybko znaleźliśmy strome zejście do sielskiej zielonej doliny. Aż trudno uwierzyć, że przed chwilą było się na osiedlu z wielkiej płyty. Na dole trafiliśmy na mały zwierzyniec prowadzony przez osoby z niepełnosprawnościami. Po prawej i lewej stronie drogi urządzono ścieżkę do chodzenia boso, której zwieńczeniem było przejście w bród przez Linde i pas z tłuczonym szkłem dla najodważniejszych. Burg Stargard jest już oznakowane, a tu i ówdzie trafia się też muszla. Jeśli zwraca się uwagę na jedno i drugie, nie da się zabłądzić.

W dolinie Linde

Wzdłuż Linde, mniej więcej trzymetrowej rzeczki, która wije się przez częściowo bagnistą dolinę, wędrowaliśmy przez bujnie zielony las liściasty. Po lewej stronie drogi oglądaliśmy ruiny starego młyna papierniczego, napędzanego niegdyś wodą Linde. Komina, który nagle wyłania się w lesie, trudno nie zauważyć, a stojąc tak pośrodku lasu, wygląda dość dziwnie. Na polanie z ławkami widać było jeszcze pozostałości po świętowaniu Dnia Ojca. Stąd do Burg Stargard było jeszcze 3,5 kilometra. Droga lekko wznosiła się pod górę, a obok nas grodzono pastwisko dla dużego stada owiec, które, zamknięte nieco na uboczu, beczało sobie w najlepsze. Tuż przed miasteczkiem idzie się jeszcze raz przez las, a na ławce po lewej stronie drogi siedziały cztery panie w dojrzałym wieku, najwyraźniej na wycieczce rowerowej, którą właśnie wieńczyły małą buteleczką szampana. W świetnych humorach zagadnęły nas, a my oczywiście zaspokoiliśmy ich ciekawość. I od razu okazało się, że jedna z pań również pielgrzymowała już w Hiszpanii. Rozmowa natychmiast zmieniła się w fachową wymianę zdań. Chciały wiedzieć, ile ważą nasze plecaki, a nawet je przymierzyć. To było wesołe zakończenie naszej dzisiejszej drogi. Podpowiedziały nam jeszcze, którędy iść w Burg Stargard, żeby dojść do naszego noclegu, pożegnały się z nami, a potem, głośno wołając, jeszcze raz wyprzedziły nas na rowerach przy wejściu do miasteczka.

Villa Martha w Burg Stargard

„Villa Martha”, mały pensjonat oferujący pielgrzymom niedrogie pokoje, szybko się znalazła. W Burg Stargard jest jeszcze drugi prywatny nocleg, u pani Heinke przy Sabeler Weg 5. Tam też pytałem, ale niestety oddzwoniono do mnie trochę za późno. Szkoda, tam na pewno też byłoby bardzo miło. Za to od pani Kämig, właścicielki pensjonatu „Villa Martha”, usłyszałem przez telefon: „Ależ dla pielgrzymów zawsze mamy łóżko”. Bardzo miło! Pan Kämig, który też już pielgrzymował, przywitał nas radośnie w drzwiach. Zaprowadził nas do bardzo ładnego pokoju – czysty luksus jak na pielgrzymie warunki i oczekiwania.

Kościół miejski św. Jana

Po rozpakowaniu się, które tym razem nie było tak obszerne, bo nie potrzebowaliśmy śpiworów, po kąpieli w wannie i koniecznym już praniu poszliśmy na małe zakupy, na kawę, lody i piwo na rynek naprzeciwko kościoła miejskiego św. Jana. Zakupy musieliśmy zrobić, bo aż do Carpin, przez które mieliśmy przejść dopiero pojutrze, nie ma żadnego sklepu. Trzeba było więc znowu wybrać coś pożywnego, lekkiego i co nie psuje się zbyt szybko. W domu zawsze szuka się dużych opakowań za małe pieniądze. Tutaj liczy się już tylko waga i mała objętość. Cena gra drugorzędną rolę. Jako żelazną rezerwę zawsze mamy jednak przy sobie trochę suszonych owoców, kilka batonów musli i orzechy. To szybko syci i daje energię. Na wieczór kupiliśmy jeszcze butelkę czerwonego wina, którą opróżniliśmy przy kolacji w ogrodzie pensjonatu.

Drugi dzień też przeszedł już do historii. A obrazy drogi, które miałem wcześniej w głowie, zupełnie nie zgadzały się z rzeczywistością. Wszystko było dotąd jeszcze piękniejsze i jeszcze ciekawsze. Przede wszystkim nie sądziłem, że będę miał tyle kontaktu z ludźmi na szlaku – wrażenie, które w kolejnych dniach miało się jeszcze pogłębić.

Pod cudownie kiczowatym obrazem w złotej ramie, przedstawiającym korowód dziewcząt, szybko zasnęliśmy w super wygodnych łóżkach. Jutro do Rödlin jest 21 kilometrów – odległość, która raczej nas nie przestraszy.

Etap 3: Burg Stargard – Rödlin (21 km)

Dobrze nam się spało pod korowodem dziewcząt w złotej ramie. O wpół do ósmej było śniadanie – i to jakie. Pani Kämig zastawiła cały stół rzeczami, które pielgrzym żywiący się na własną rękę rzadko ogląda.

Obfite śniadanie w pensjonacie Villa Martha

„Kto ma to wszystko zjeść?” – zapytałem. I już zabrałem się do jajek na twardo. Dwie bułki powędrowały jeszcze do plecaka. Niech Kämigowie wybaczą. Jeszcze krótka pogawędka z szefową, która potem przybiła nam pieczątki w paszportach pielgrzyma. I już o 8 znowu staliśmy na ulicy. Ten nocleg możemy polecić bez zastrzeżeń – co do tego byliśmy zgodni.

W górę do zamku Burg Stargard

Droga prowadzi, dobrze oznakowana, z miasta w kierunku wzgórza zamkowego. Takie wzgórze zamkowe od samego rana to nie do końca moja bajka – zwłaszcza po takim śniadaniu. Sapiąc, stawiałem stopę za stopą, żeby wtaszczyć się na górę. Mój plecak wyraźnie chciał w przeciwnym kierunku. Wciąż jeszcze nie znalazłem idealnych ustawień. Ciężar powinien spoczywać w biodrach, na kościach miednicy! Tylko że u mnie trzeba je najpierw znaleźć, o biodrach nie wspominając. U mnie są tylko dwie możliwości: albo nad brzuchem, albo pod nim. Zdecydowałem się na pod, bo mój brzuch kończy się dopiero bardzo wysoko. Wyregulowałem więc szelki tak długo, jak się dało, żeby ciężar naprawdę leżał na pasie biodrowym plecaka. Przez to plecak bujał się trochę na boki przy chodzeniu. Przez chwilę szło to całkiem nieźle, potem rozbolał mnie krzyż, z czym walczyłem nietypowo dla mnie częstymi przerwami. Andrea zaczęła się już dziwić.

Ale jeszcze do tego nie doszło, jesteśmy dopiero przy podejściu do zamku. Gruby bruk w wąwozie daje butom słabe oparcie. I znów cieszę się, że trzymam w ręce choć jeden kij trekkingowy.

Zamek Burg Stargard

Zamek Burg Stargard obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Nawet nie wiem, czy był już o tej porze otwarty. Poza tym była sobota. Może następnym razem. Potem w końcu znowu trochę z górki. Człowieku, przecież to jak w Turyngii! Jakiś mężczyzna dogonił nas i z ciekawością zapytał, skąd idziemy i dokąd chcemy dojść. Grzecznie powiedzieliśmy to, co dotąd zawsze w takich przypadkach odpowiadaliśmy. Że jesteśmy na PWMSP (oczywiście wypowiedziałem to w całości) i że w czwartek wystartowaliśmy we Friedland. I że dziś chcemy jeszcze dojść do Rödlin, a w kolejnych dniach do Fürstenberg i Mirow, żeby potem, w kierunku przeciwnym do właściwego przebiegu szlaku, przez Neustrelitz wrócić do Neubrandenburga. Czy naprawdę nam uwierzył, pozostało niejasne. Bo patrzył jakoś dziwnie. Ale nie miało to być nasze ostatnie spotkanie z nim.

Odpoczynek przed Holldorf

W kolejnym kawałku lasu przed Holldorf znów zrobiliśmy przerwę. A ja nie wyglądałem tu na zbyt szczęśliwego, bo wciąż walczyłem z plecakiem. Andrea chciała mi coś odciążyć – no tego by jeszcze brakowało! Miałem zostawić namiot w następnym noclegu i później odebrać go samochodem. Nie! – brzmiała moja przekorna odpowiedź. „Jeszcze nam się przyda”.

Leśna panorama

Za Holldorf idzie się wyjątkowo drogą asfaltową. A tuż przed Ballwitz nagle zaczęła mnie męczyć pilna ludzka potrzeba. I męczyła mnie naprawdę bardzo, bardzo pilnie! A kiedy człowiek akurat potrzebuje krzaka, żadnego nie ma w pobliżu. Szedłem więc nieco spięty przez wieś i wypatrzyłem ławkę nad stawem. Jak tu sobie chwilę posiedzę, może przejdzie. Nie przeszło! I wtedy zdarzenie, które można przeżyć tylko na szlaku pielgrzymkowym. Bo na każdy problem nagle, jak spod ziemi, pojawia się rozwiązanie.

Ratunek w potrzebie – plebania w Ballwitz

Tym rozwiązaniem okazała się plebania w Ballwitz, której drzwi stały szeroko otwarte. Niebo mi to zsyła! – pomyślałem sobie. Nie zastanawiając się nad głębszym sensem tego powiedzenia. Zanim było za późno, pobiegłem bez plecaka i kija do drzwi. Jakaś kobieta właśnie myła podłogę w korytarzu. „O rety, a ja jeszcze nie w porę. Czy jest pastor?” I już byłem w środku. Spieszyło mi się przecież, ale nie chciałem od razu walić prosto z mostu. Zapukałem do drzwi biura i wszedłem, nie czekając na odpowiedź. Pan Rudolph, bo tak nazywa się pastor, jak się później dowiedziałem, był pochłonięty rozmową telefoniczną i poprosił, żebym chwilę poczekał na zewnątrz. Oczywiście – odpowiedziałem nieco skruszony. Chwilę później poprosił mnie do środka. Od razu zacząłem moje wyjaśnienia: kto, skąd i dlaczego… „Chwileczkę” – i uprzątnął mały okrągły stolik, przy którym stały dwa fotele. „Najpierw usiądźmy”. No dobrze, pomyślałem, tak będzie lepiej, i grzeczniej też. A krople potu pewnie już perliły mi się na czole. Powtórzyłem moje wyjaśnienia w zawrotnym tempie i doszedłem w końcu do właściwego powodu mojego najścia. „Oczywiście, mamy tu toaletę”. I wskazał mi drogę. W pośpiechu prawie przeoczyłem, że szczotka do toalety stała w muszli. Za to przeoczyłem, że brakowało papieru. Na szczęście była jeszcze kabina obok, w której był. Człowieku, ale mi ulżyło. Taki dzień od razu robi się naprawdę relaksujący.

W kościele w Ballwitz

Kiedy wróciłem do pana Rudolpha, poszedł jeszcze z nami do kościoła i opowiedział nam trochę o jego historii. Na przykład, skąd wzięła się nowoczesna chrzcielnica albo skąd pochodzi żyrandol. Na koniec gorąco nam polecił, żebyśmy koniecznie odwiedzili kościół w Zachow. I dał nam kilka wskazówek, jak zdobyć klucz, gdyby był zamknięty. Serdecznie podziękowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Piaszczysta droga zaprowadziła nas potem do Zachow, oddalonego tylko o 2,5 kilometra. Wcześniej jednak jeszcze spotkanie, które nas rozbawiło. Bo oto nadjechał na tandemie ten pan, który rano nas wypytywał, a z tyłu siedziała jego żona. Pozdrowił nas, gwałtownie wymachując rękami, a ona patrzyła na nas z niedowierzaniem. „Założę się, że żona mu nie uwierzyła i teraz chciał udowodnić, że naprawdę dwoje wariatów z plecakami chce iść pieszo do Mirow” – tak to sobie wytłumaczyłem.

Zaraz przy wejściu do Zachow rzuciła nam się w oczy duża posiadłość z ujeżdżalnią i owalnym torem wyścigów konnych. Po dużym padoku biegały kuce islandzkie – widok, którego w Niemczech raczej by się nie spodziewało. Ktoś bardzo zamożny osiadł tutaj, i to w maleńkiej miejscowości bez ruchu tranzytowego – dziwne. Do Zachow prowadzi tylko jedna utwardzona droga i wieś nie wyglądała na dużą.

Wiejski kościół w Zachow

W obrazie wsi od razu rzucił nam się w oczy mały kościółek, prostokątna budowla z muru pruskiego z drewnianą dzwonnicą w kształcie piramidy. Ten widok też był niezwykły. Ale wieś miała okazać się jeszcze bardziej niezwykła i wprawić nas w zdumienie. Tuż za kościołem znajduje się schronisko dla pielgrzymów rodziny Rhode-Schäper, o którym wiedzieliśmy już, że w ten weekend nikogo nie ma w domu. Tuż obok jeszcze śliczny domek, z którego drzwi wyszła w naszą stronę kobieta. Zapytaliśmy o posesję, którą pan Rudolph wymienił nam w sprawie klucza do kościoła. „Klucz do kościoła? Ja też go mam. Chcecie też obejrzeć naszą kuźnię?”

Kuźnia

Chętnie – odpowiedzieliśmy. I już zniknęła po klucz, by chwilę później pójść z nami do kuźni. Kuźnia nigdy nie była kuźnią. Została tylko nowo zbudowana w stylu dawnej wiejskiej kuźni, a teraz mieści się w niej dom wspólnoty wiejskiej. Ale się zdziwiliśmy, kiedy weszliśmy do środka. Trzeba wiedzieć, że u siebie, w naszej wsi, która liczy bądź co bądź ponad 800 mieszkańców, działamy w towarzystwie miłośników regionu, które od lat walczy o większą siedzibę. Na każdym zebraniu mamy nadzieję, że nie przyjdą wszyscy członkowie. Ale odkąd zostaliśmy włączeni do dużego miasta powiatowego Delitzsch, nasza dzielnica jest już tylko piątym kołem u wozu, a środki nie są rozdzielane według tego, ile się w danej dzielnicy dzieje, tylko równiutko, według zasady konewki. Nawet jeśli u nas naprawdę coś się dzieje, traktuje się nas dokładnie tak samo jak dzielnicę, w której panuje „martwa cisza”.

Sala wspólna w kuźni

A tu dowiedzieliśmy się, że we wsi liczącej 68 mieszkańców możliwe jest, żeby prawie połowa mieszkańców należała do stowarzyszenia kulturalnego, które opiekuje się kościołem, organizuje różnorodne wydarzenia kulturalne i postawiło z niczego coś takiego jak ta kuźnia. To budzi naprawdę ogromny szacunek. W pięknie urządzonym domu stowarzyszenia wystawione są stare narzędzia i sprzęty kowalskie, zebrane w okolicy. Stowarzyszenie ZINNOBER Kulturkreis Zachow e.V., jak oficjalnie się nazywa, ma wypchany po brzegi program na cały rok, a my trafiliśmy akurat w porę, by obejrzeć wystawę obrazów i rzeźb dwojga artystów z Saksonii, Siegfrieda Bessera i Anke Besser-Güth.

Wystawa w kościele w Zachow

Oboje od lat wspierają stowarzyszenie w walce o stary kościół. W czasach NRD wieś miała zostać wyludniona. Pod hasłem „Umrze kościół, umrze wieś” wszystkie starania, czy to z pobudek chrześcijańskich, czy nie, skupiają się teraz na ratowaniu centrum wsi. W drewnianej dzwonnicy wbudowane są belki, które według badań pochodzą z XV wieku. A ta dzwonnica grozi zawaleniem, tak że nie wolno już bić w dzwon. Dzięki takim wydarzeniom jak dzisiejsze zbiera się pieniądze. Udało się też pozyskać jako darczyńcę fundację Reemtsma. Fundacja obiecała 50 000 euro.

Najnowszym pomysłem było stoisko na Ewangelickim Kongresie Kościelnym (Kirchentag) w Hamburgu. „Kościół z Zachow na kółkach – i wszyscy ciągną razem” – głosi ulotka, którą mieszkańcy Zachow chcieli zwrócić uwagę na problem ze swoim kościołem, żeby zdobyć kolejne środki.

Na miejscu przekazaliśmy niewielką darowiznę. Choć byliśmy zafascynowani tymi opowieściami, w końcu musieliśmy iść dalej. I tak pożegnaliśmy się z Zachow i jego prężnymi mieszkańcami. I zabieramy ze sobą do domu przekonanie, że wiele się da, kiedy wszyscy ciągną w jedną stronę.

Za Zachow wkrótce dochodzi się do większego kompleksu leśnego. Tu i ówdzie widać było w lesie podmokłe miejsca, dlatego znów poszedł w ruch nasz środek na komary. Sielskimi leśnymi drogami szliśmy trochę zygzakiem aż do Wanzka. Godny uwagi i wart obejrzenia jest w Wanzka dawny klasztor cysterek z XIII wieku. Brama i kościół klasztorny to jedyne, co zostało z zespołu klasztornego. Po zniesieniu klasztoru w czasie reformacji, po wojnie trzydziestoletniej służył on jako kamieniołom. Kościół klasztorny został niemal całkowicie zniszczony w katastrofalnym pożarze, ale go odbudowano.

Jezioro Wanzkaer See

Długo nie zatrzymywaliśmy się w Wanzka, bo w Ballwitz i Zachow mieliśmy już długie przerwy. Tylko nad jeziorem Wanzkaer See jeszcze na chwilę położyliśmy nogi wyżej. Na pomoście było też kilku mieszkańców wsi i znów padły pytania, dokąd idziemy. Zabawne było, że po naszym dialekcie poznali, że jesteśmy z Delitzsch. Ale buty z powrotem na nogi i dalej! Bo zrobiło nam się dość zimno. Było może najwyżej 12 stopni, a nad jeziorem hulał świeży wiatr. Daleko już jednak być nie mogło. Przez przejazd kolejowy, gdzie w domku dróżnika podobno też jest nocleg dla pielgrzymów, wchodzi się do Rödlin. Na pewno byłoby dobrze, gdyby noclegi wszędzie były oznakowane. Przy domku dróżnika nie zobaczyliśmy bowiem żadnej tabliczki schroniska.

Kościół w Rödlin

Za to już z daleka zobaczyliśmy biały, świeżo otynkowany kościół w Rödlin z charakterystyczną dzwonnicą z miedzianym hełmem. Osobliwością jest tu to, że dzwonnica stoi z boku nawy. To jedyny w całej okolicy kościół w stylu klasycystycznym. I? – Drzwi były otwarte. Zaciekawieni weszliśmy do środka i wiedzieliśmy już, że dziś był tu ślub. Mówiła nam to już przy zgłoszeniu miejscowa pastor Pirina Kittel. W wyśmienitym humorze przywitała nas teraz, gdy nagle stanęliśmy na płatkach róż w wejściu. „Muszę jeszcze na chwilę wyjść. Tu jest klucz do plebanii. Na pewno sami wszystko znajdziecie” – i już siedziała w samochodzie i odjechała z piskiem opon. Kolejny niestrudzony pastor na kółkach.

Brzoza w swetrze

Z zachwytem weszliśmy na teren plebanii. Od razu rzuciła nam się w oczy gruba brzoza. Jest ubrana w dzianinę z kolorowej wełny. Później dowiedzieliśmy się, że te dziergane narzuty powstały w ramach akcji parafianek, a potem po prostu szkoda było je pruć. Bez namysłu ubrano więc drzewo plebanii, które teraz przyciąga wzrok na zadbanym trawniku przed domem. Piękny dom otacza bardzo zadbany ogród. Drzewa owocowe były wzorowo przycięte i stały w pełnym rozkwicie. Musiał tu działać ktoś z ręką do roślin. Pani Kittel opowiedziała nam później, że to dzieło jej męża, a ona ma w tym niewielki udział.

Jezioro Kirchsee za plebanią

Za domem jest pomost na jeziorze Kirchsee. Niestety w jeziorze nie można jeszcze z powrotem się kąpać. Dawniej ferma tuczu świń spuszczała tu gnojowicę. Chlewni dawno już nie ma. Ale jezioro dochodzi do siebie tylko powoli. Właściwie szkoda. Z drugiej strony: z kąpieliskiem to miejsce byłoby niemal zbyt idealne. Przy noclegu dla pielgrzymów wciąż jeszcze trwają prace. Tu na strychu mogłyby nocować całe drużyny piłkarskie, tyle jest tu miejsca. Wybraliśmy najmniejszy pokój, w którym stało łóżko piętrowe i dwa pojedyncze. Duża sala obok najwyraźniej służy do katechezy. Ściany zdobiły kolorowe, samodzielnie malowane plakaty, karykatury i zdjęcia. Wszędzie widać było materiały do majsterkowania i gry. Na stole leżały jeszcze ścinki papieru. Tu tętni życie. To było widać od razu.

Nocleg dla pielgrzymów na strychu plebanii

Również w tej sali – kuchnia ze wszystkim, czego potrzeba, żeby wykarmić wiele osób. Także dla pielgrzymów jest tu wszystko, czego trzeba. Rozgościliśmy się więc tutaj. Wcześniej jednak trzeba było jeszcze coś włożyć do żołądka. We wsi jest gospoda z pensjonatem „Nussbaum”. I na nasze szczęście była dziś otwarta. No cóż, świątynia smakoszy to nie jest. A i meble swoje lata już mają. Ale na chłopskie śniadanie i piwo było w sam raz. Pensjonat oferuje też nocleg pielgrzymom. Za noc bierze się 25 € od osoby, powiedziała mi kelnerka, gdy zapytałem. No cóż, pielgrzym pewnie jednak woli przenocować na plebanii. I na pewno nie ma to związku wyłącznie z kosztami.

zadowoleni

Po powrocie usiedliśmy jeszcze na chwilę w pięknym ogrodzie. Niedługo potem przyszła też pani Kittel, z którą jeszcze trochę porozmawialiśmy. Niezbyt długo, bo musiała jeszcze przygotować niedzielne kazanie. Uciekliśmy więc przed zimnem do naszej izdebki i jeszcze przed zmierzchem wczołgaliśmy się do śpiworów. Jutro idziemy do Wokuhl. W linii prostej to wcale nie jest tak daleko. Ale jak już się nauczyliśmy, najprostsza droga nie zawsze jest najpiękniejsza. I tak jutro znów będziemy kilka razy chodzić tam i z powrotem między wsiami i zrobimy niejeden kilometr pięknymi okrężnymi drogami.

Etap 4: Rödlin – Wokuhl (24,5 km)

Obudziłem się znowu jeszcze przed budzikiem, a widok za oknem zdradzał, że i dziś będzie piękny dzień. To było zdumiewające: mimo niezbyt obiecujących prognoz najwyraźniej wędrowaliśmy dotąd w jakiejś „bańce pięknej pogody”. Tylko pierwszego dnia trochę popadało, ale prawie nam to nie przeszkadzało, bo deszcz był słaby i krótki. Od tamtej pory było wprawdzie dość zimno, ale sucho i słonecznie. Idealna pogoda na wędrówkę. A niebo pokazywało taki obraz chmur, który ucieszy każdego fotografa.

Błękit i zieleń – klimat Mesety tuż za Rödlin

Ale się powtarzam. Chciałem, żeby i dziś tak było. Widok z okna w każdym razie dobrze wróżył. Przy takich perspektywach wstawanie przychodzi dwa razy łatwiej. Zagotowałem więc wodę na kawę i przygotowałem przyniesione śniadanie – znowu chleb, ser i trochę dżemu. Szybko wszystko spakowane i jeszcze przed ósmą mieliśmy plecaki z powrotem na grzbiecie. Z naszą wesołą i miłą gospodynią pożegnaliśmy się już wieczorem, więc w dobrych humorach opuściliśmy posesję, mijając „brzozę w sweterku”.

Samotna linia kolejowa

Z Rödlin szliśmy przez dłuższy czas wzdłuż drogi. Gdy wchodzi się do lasu, znak kieruje w lewo. Także tutaj idzie się asfaltową drogą, aż dochodzi się do Rödlin Ausbau. Pies powitał nasze przybycie głośnym szczekaniem. Szybko się jednak uspokoił, kiedy zauważył, że idziemy dalej i nie szarpiemy jego furtki. W środku tej części Rödlin, składającej się tylko z kilku zagród, musieliśmy skręcić półprawo. Oznakowanie było dotąd całkiem dobre, więc byliśmy pewni, że idziemy właściwą drogą.

W samym środku lasu przeszliśmy przez jednotorową linię kolejową, którą mieliśmy jeszcze dziś wielokrotnie spotkać. Po mniej więcej 2 kilometrach las się przerzedził i wyszliśmy na piękną polną drogę obsadzoną wielkimi drzewami. Po prawej stronie widzieliśmy już jezioro Schlesersee, które graniczy z miejscowością Carpin.

Złożony drogowskaz

Przed przejazdem przez tę samą jednotorową linię ma się do wyboru dwie drogi: prosto albo w prawo. I rzeczywiście stał tu drogowskaz. Niestety był złamany, ale odłamane kawałki tkwiły jeszcze za resztą tablicy. Mogliśmy więc złożyć tablicę z powrotem. I tak dowiedzieliśmy się, że do Carpin trzeba iść dalej prosto, bo w tę stronę wskazywała mała dodatkowa strzałka. Najpierw jednak zrobiliśmy wypad nad Schlesersee.

Schlesersee koło Carpin

Jest tu mały pomost i kąpielisko. Na kąpiel było o wiele za zimno, ale wykorzystałem pomost, żeby zrobić kilka zdjęć sielskiego jeziora. Po powrocie na szlak wkrótce dochodzi się do asfaltowej drogi, którą idzie się w prawo, aż do wjazdu do Carpin. Według opisu ma tu być odbicie w prawo (znowu przez tory). Albo przeoczyliśmy to odbicie, albo naprawdę nie było drogowskazu. Poszliśmy więc obok starego dworca w Carpin aż do głównej ulicy, gdzie zaraz po lewej drewniany zestaw ławek zaprosił nas na przerwę. Po trochę suszonych owoców i batonach musli ruszyliśmy dalej. Według moich notatek mieliśmy teraz trzymać się prawej strony. Drogowskazu tu nie było.

Niedzielna niespodzianka: otwarta piekarnia w Carpin

Z daleka zobaczyliśmy wielki autokar i kilku turystów stojących w środku wsi. Gdy podeszliśmy bliżej, zauważyliśmy, że jest tu restauracja i wiejski hotel. Podróżni najwyraźniej tu nocowali, a teraz przed odjazdem jedli śniadanie. Hmm, może i dla nas coś skapnie. I rzeczywiście, za rogiem była też piekarnia, otwarta nawet dziś, w niedzielę. Takiej okazji oczywiście nie przepuściliśmy i uzupełniliśmy prowiant. Że dziś jeszcze gdzieś dostaniemy coś do jedzenia, było raczej mało prawdopodobne. A tego nauczyliśmy się już na Via Regia: wykorzystywać każdą szansę, nawet jeśli plecak zrobi się przez to jeszcze cięższy.

Mała kaplica w Carpin

Idąc dalej przez wieś, zauważyliśmy maleńki jasnoniebieski domek z krzyżem przybitym na szczycie. Pod nim wisiał nawet mały dzwon. To chyba najmniejszy kościół, jaki spotkamy na tej drodze. Bez namysłu skorzystaliśmy więc z okazji, żeby zajrzeć do środka, bo drzwi były otwarte, a przed kaplicą stało kilka starszych pań i gawędziło. Pozdrawiając je, przecisnęliśmy się obok nich wąską ścieżką i weszliśmy do środka. Kilka rzędów krzeseł przed maleńkim ołtarzem – to wszystko, co było w pomieszczeniu. Młoda pastorka, która zbierała jeszcze jakieś przybory, znów się spieszyła i, jak wyjaśniła, musiała jeszcze zdążyć na chrzest. Nie było więc czasu na rozmowę. Tyle jednak się dowiedzieliśmy, że kaplicę zbito z części starego baraku i że z powodu koloru i wyglądu mogłaby równie dobrze stać gdzieś w Skandynawii. Jeszcze szybko zdjęcie i znów w drogę (tak nam się wydawało). Remont drogi zmusił nas do przejścia na prawą stronę ulicy. Odnawiano tu przejście drogi B198 przez wieś. Może właśnie przez to zniknął drogowskaz i to on był winien, że na tym etapie spory kawałek szliśmy w złym kierunku. Po nieco ponad kilometrze, który przeszliśmy ścieżką rowerową wzdłuż B198, zauważyłem nasz błąd i zawróciliśmy. Znowu opłaciło się mieć ze sobą GPS.

W drodze do Bergfeld

Wcześniej nagrany ślad skierował nas na piaszczystą drogę w stronę Bergfeld. Biorąc pod uwagę wyobrażoną linię prostą do naszego dzisiejszego celu, oznaczało to, że znowu nadkładamy sporo drogi i znowu podbijamy dzienny kilometraż. Samotna piaszczysta droga ciągnęła się niemiłosiernie. Nad nami na lekko zachmurzonym niebie krążył bocian biały, a przed Bergfeld skorzystaliśmy z ławeczki przy drodze na kolejny odpoczynek. Mieliśmy więc czas, by przyglądać się wspaniałemu niebu, które pięknie kontrastowało z bujnie zielonymi polami zbóż i jaskrawożółtym rzepakiem. Bezchmurne niebo uważam za nudne. Ale to, co działo się dziś tam w górze, raz po raz kazało mi sięgać po aparat. Bergfeld wyglądało na wymarłe. Prawie nikogo nie było widać. Była już niedziela, krótko po południu, i większość ludzi pewnie ucinała sobie poobiednią drzemkę.

Zabytkowa wiejska kuźnia w Bergfeld

My nie! I dlatego nie przeoczyliśmy drogowskazu, który tuż za zabytkową wiejską kuźnią posłał nas w lewo, błotnistą drogą do lasu. Z ogrodu pomachał nam przyjazny starszy pan. Chwilę później musieliśmy uciekać z drogi, bo z góry jechał na nas zaprzęg: wóz z plandeką i dwa masywne konie zimnokrwiste z przodu. Planwagencamping.de widniało na wozie, na którego koźle siedziały dwie rozbawione kobiety; przyjaźnie pozdrowiły nas i podziękowały za ustąpienie pierwszeństwa. Przy takim impecie, jaki miały, właściwie nie pozostało nam nic innego, jak uskoczyć do lasu. Niedługo potem zobaczyliśmy więcej takich wozów.

Obóz wozów konnych w Grünow

Cały tabor stał niedaleko Grünow w rzadkim lesie. To z pewnością bardzo ciekawy sposób, żeby poznać okolicę, a przy tym bardzo przyjazny środowisku. Obok na wybiegu stały krępe konie zimnokrwiste. Wkrótce znowu zaprosił nas na krótki postój nowiutki zestaw ławek. Siedziała tam już w słońcu młoda kobieta w zaawansowanej ciąży i dziwiłem się, że w jej stanie odważyła się zajść tak daleko od wsi czy utwardzonej drogi. Po krótkiej rozmowie z nią zagadka się wyjaśniła. Jej partner nadszedł 10 minut później przez łąkę ze swoim psem myśliwskim. Obserwował z dala od drogi jelenie. Oboje się z nami pożegnali, a my jeszcze przez jakiś czas leżeliśmy w słońcu. Tylko twardość wąskich drewnianych ławek sprawiła, że nie zasnąłem. I tak to ja ponagliłem Andreę do wymarszu.

Panorama przed Steinmühle

Chmury na niebie wyraźnie gęstniały i obawiałem się, że dziś jeszcze zmokniemy. Przez bardzo piękny las z mnóstwem bagnistych oczek szybko dotarliśmy niedługo potem do miejscowości Steinmühle.

Steinmühle

No cóż, „miejscowość” to właściwie za dużo powiedziane. To tylko kilka domów. Najważniejszy z nich to z pewnościąJugendwaldheim, ośrodek edukacji młodzieży Urzędu Parku Narodowego Müritz. Tu także pielgrzymi mogą znaleźć nocleg. Dziś spotkaliśmy tu wielu weekendowych wycieczkowiczów i wszystkie ławki były zajęte. Dzieci siedziały na kucykach prowadzonych po ścieżkach, a kilka osób delektowało się kawą. Nie zatrzymywaliśmy się tu długo i szybko wypatrzyliśmy drogowskaz w kierunku Goldenbaum. Opis trasy obiecywał nam teraz podejście, które miało „dać w kość”.

„Podejście” za Steinmühle

Goldenbaum

I rzeczywiście, w tej okolicy nikt by się nie spodziewał tak długiego podejścia. Nawet jeśli okazało się w końcu dość umiarkowane. Mimo to miało się tu raczej wrażenie, że jest się w Turyngii, a nie w Meklemburgii. Po lewej, w dolinie pod nami, szumiał potok, który mógłby konkurować z każdym górskim strumieniem. Ale już wyszliśmy z lasu i na końcu zielonej doliny, półlewo, ukazała się miejscowość Goldenbaum z dużym ceglanym kościołem, niestety zamkniętym. Tuż przed końcem wydłużonej wsi drogowskaz znów skierował nas na polną drogę. Potem był większy kompleks leśny, w którym po prawej i lewej stronie drogi znowu było wiele bagnistych miejsc z martwym drewnem. A co jest w takim otoczeniu przy odpowiednich temperaturach? – Komary! Nie mogliśmy więc dość szybko wygrzebać z plecaka środka przeciw komarom. Kilku komarom już udało się nas pokąsać. Były jak oszalałe i krążyły wokół nas zaczepnie. Na szczęście „Antibrumm” podziałał bardzo szybko i znowu mieliśmy spokój. Jedyna wada: trochę klei się do skóry, a gdy jest sucho i pylnie, kurz osiada na niej masowo.

Moje obserwacje nieba i wynikające z nich prognozy niestety miały się potwierdzić. Gdy wychodziliśmy z lasu, przed nami właśnie wznosiła się ciemna ściana chmur. A jakieś 2 kilometry przed celem zaczęło tak mocno padać, że jednak musieliśmy włożyć kurtki przeciwdeszczowe. W pośpiechu minęliśmy jeszcze miejscowość Grammertin i niedługo potem staliśmy ociekający wodą przy furtce plebanii w Wokuhl.

Na miejscu w Wokuhl

Przyjęła nas, niezbyt zachęcająco, młoda kobieta: „A zgłaszali się państwo wcześniej? Właściwie to Wokuhl powinno się skreślić z listy schronisk!” Wszystko to stało właściwie w sprzeczności z ogromnym szyldem schroniska na bramie. Zaprowadziła nas do pokoju, w którym oprócz szafy i dużego stołu z krzesłami stała tylko długa kanapa. Dla dwóch osób mogło być trochę ciasno. Nie dała jednak znaku, że zaproponuje nam coś innego, a z powodu tego dość dziwnego powitania nie odważyłem się zapytać. No, przynajmniej była dobrze wyposażona kuchnia i wanna. Na noc mieliśmy przecież nasze materace dmuchane, które w razie potrzeby mógłbym napompować. Groziło tylko, że na dość chybotliwej starej drewnianej podłodze mogłyby się uszkodzić. Nasze lekkie materace mają bowiem dość cienką powłokę.

nasze posłanie

Na szczęście odkryłem jeszcze, że jedną połowę kanapy da się rozłożyć. Mogłem więc spać po przekątnej na rozłożonej części, a Andrea na drugiej połowie. Urządziliśmy się, jak się dało, po swojemu, bo młoda kobieta szybko znów zniknęła – nie bez tego, by zostawić nam jeszcze puszkę na datki i pieczątkę do paszportu pielgrzyma. Czyli jednak są tu przygotowani na pielgrzymów. Po kąpieli poszliśmy jeszcze raz do wsi, bo przy wejściu do niej zauważyliśmy w deszczu stojak reklamowy, który zwrócił naszą uwagę na „Ritas Lädchen”, czyli sklepik Rity.

w „Ritas Lädchen”

I rzeczywiście: za zadbanym domkiem jednorodzinnym, na podjeździe do garażu, stało pod namiotem imprezowym kilka stołów i krzeseł. Przy tylnej z dwóch bram rolowanych był dzwonek i tabliczka zachęcająca, by go nacisnąć, co natychmiast zrobiłem. Chwilę później brama zaterkotała i powoli uniosła się w górę. Za nią ukazał się widok, który bardzo nam się spodobał – prawdziwy sklepik „u cioci”, jak za dawnych lat. I nagle nie wiedzieliśmy, co wziąć. Na takiej pielgrzymce to nigdy nie jest proste: ma być lekkie, małe i trwałe. Ale najpierw kawa i kawałek domowego ciasta – na to mieliśmy największą ochotę, a dla mnie jeszcze piwo. Takie piwo jest dla mnie jak nagroda po długim marszu. Trochę zziębnięci usiedliśmy na plastikowych krzesłach. Ciasto było znakomite, a kiedy wybraliśmy jeszcze trochę prowiantu i butelkę czerwonego wina na wieczór, „Rita” znów się pożegnała. Miała bowiem właściwie pełen dom gości. „Jeśli będą państwo jeszcze czegoś potrzebować – wystarczy zadzwonić”. Dziękujemy, powiedzieliśmy, pewni, że to cenna wskazówka dla kolejnych pielgrzymów. Życzmy „Ritas Lädchen” długiego życia. Głodni i spragnieni pielgrzymi będą za to wdzięczni. Zrobiliśmy jeszcze krótki wypad nad jezioro Pfarrsee, gdzie jest kąpielisko i pomost.

Chmury nad Pfarrsee

Wprawdzie przestało padać, ale chmury nad małym jeziorem wyglądały dramatycznie. Po powrocie na plebanię nieźle się zdziwiliśmy, gdy znów zadzwonił dzwonek i przed drzwiami stanęła kolejna pielgrzymka. No, zrobiło się tu naprawdę gwarno. I proszę – nagle znalazł się też materac z gąbki. Samotna pielgrzymka wyruszyła dziś z Fürstenberg, szła więc w przeciwnym kierunku, i miała na imię Anne. Nie zaplanowała sobie aż tyle czasu i chciała za Rödlin skorzystać z łącznika między obiema odnogami przez Usadel do Prillwitz, by stamtąd przez Neustrelitz i Mirow wrócić do Fürstenberg. No, to może jeszcze się spotkamy. Długo jeszcze rozmawialiśmy, zanim poszliśmy spać. Jutro tylko 16 kilometrów do Fürstenberg.

ciekawe żeliwne krzyże przed kościołem

I jeśli znowu nie zabłądzimy, tym razem powinniśmy być tam dość wcześnie. Całkiem dobrze, bo w nieco większym mieście zwykle jest więcej do zwiedzania niż w samotnej małej wsi takiej jak Wokuhl, której najważniejsze atrakcje ograniczają się do kościoła z ciekawymi żeliwnymi krzyżami przed nim i pieczołowicie odrestaurowanej wiejskiej kuźni. Nawet tutejsza knajpa wydaje się zamknięta. Deszczowa pogoda i związane z nią szare światło sprawiły może też, że wieś wydała się, być może niesłusznie, nieco smutna. W każdym razie liczyliśmy na lepszą pogodę następnego dnia. A przynajmniej na to, że dotrzemy do Fürstenberg suchą nogą.

Etap 5: Wokuhl – Fürstenberg (16 km)

Noc przebiegła tak, jak można się było spodziewać na tej otomanie. W środku nocy kanapa nawet z hukiem się załamała, kiedy wróciłem z toalety i chciałem się z powrotem położyć. Stopy wisiały w powietrzu, a moja dmuchana poduszka co chwilę wyślizgiwała mi się spod głowy. Nie, spokojna, regenerująca noc wygląda inaczej. Nieco pognieciony, cieszyłem się, że mogę wreszcie wstać.

Pożegnanie na jakiś czas? W życiu zawsze spotyka się kogoś dwa razy

Po pierwszym spojrzeniu przez okno humor jednak natychmiast mi się poprawił. Chmury przez noc się rozeszły i był jasny, chłodny poranek. Tak chłodny, że szyby zaparowały. Szybko coś zjeść i kawa – gumowate już bułki z Carpin udało mi się znowu przypiec w tosterze na chrupko. Na zewnątrz przed drzwiami pożegnaliśmy się z Anne i wymieniliśmy się aparatami, żeby każdy miał zdjęcie. Potem opuściliśmy Wokuhl w przeciwnych kierunkach. Może jeszcze się zobaczymy?

Wokuhl, tak jak przypuszczaliśmy, w słońcu wyglądało dużo lepiej. Przy wyjściu z miejscowości jest bardzo ładne boisko piłkarskie, na którym ktoś już zajmował się pielęgnacją murawy.

Czy to na pewno tędy??

Prawie pustą szosą szliśmy w kierunku Comthurey, a właściwie małego osiedla poza samą wsią. Zaraz na końcu osiedla zobaczyłem drogę, która prowadziła w stronę centrum i wydała mi się właściwa. Tyle że nie stał tu żaden drogowskaz. Możliwe, że powinniśmy byli iść dalej szosą i w ten sposób też doszlibyśmy do wsi. Poszliśmy jednak tą małą ścieżką, która długimi stopniami prowadziła najpierw w dół, a potem przez łąkę do centrum. Tu znów wyszliśmy na szosę. Rzut oka na mapę pokazał, że poszliśmy małym skrótem. Czy to była właściwa droga, nie wiemy do dziś.

Tu na pewno jesteśmy na dobrej drodze

Sielska Ścieżka Motyli

Że od tego miejsca w każdym razie znów idziemy dobrze, pokazała nam mała zielona tabliczka z napisem „Schmetterlingsweg Dabelow” i znak muszli. Opis trasy obiecywał nam jeden z najpiękniejszych odcinków szlaku i to, że przynosi on tu chlubę nazwie „Pojezierze Meklemburskie”. I tak też było. Wąska, wilgotna ścieżka prowadziła najpierw przez bagnisty las, by potem długo biec brzegiem jeziora Dabelowsee. Jedyną łyżką dziegciu, która nieco psuła wrażenie, był długi, brzydki płot otaczający szkółkę drzew, wzdłuż którego trzeba iść. Zaostrzone pniaki zdradziły nam, że żyją tu bobry. To było dla mnie nowe, że bobry budują żeremia i ścinają mnóstwo drzew nie tylko nad wodami płynącymi, ale też nad tak dużym jeziorem. Tablica informacyjna potwierdzała to jednak także oficjalnie.

Kąpielisko nad Dabelowsee

Kozioł sarny, który nie dał się wytrącić z równowagi

Krótki odpoczynek zrobiliśmy przy kąpielisku, gdzie – po zejściu ze skarpy – znaleźliśmy ławkę i nieco prowizorycznie wyglądającą barierkę z rur, która prowadziła prosto do wody. „Kąpiel na własną odpowiedzialność! Burmistrz” – głosiła tabliczka. O kąpieli przy tych temperaturach nie było jednak mowy. Siedzieliśmy więc i obserwowaliśmy różne ptaki wodne i małe ryby, które trzymały się blisko brzegu. W oddali widzieliśmy nawet bielika, który rzucił się na taflę wody i chyba coś z niej porwał. Z powrotem na szlaku zauważyłem jakieś 100 metrów dalej samotnie żerującego kozła sarny. Jeszcze nas nie zauważył, więc mogłem zrobić kilka zdjęć i nagrań wideo. Dopiero gdy narobiliśmy trochę hałasu i znów ruszyliśmy, rzucił się do ucieczki. Na rozmokłej ziemi widać było głębokość i duże odstępy odcisków racic, które są oznaką ucieczki. No, mam nadzieję, że za bardzo go nie przestraszyliśmy. Tuż przed Dabelow ślady się urwały. Przy wejściu do wsi przechodzi się przez most i już widać bardzo ciekawy wiejski kościół. Zbudowano go w 1855 roku jako budowlę szachulcową.

Bardzo ciekawy wiejski kościół w Dabelow

Górna część jest w całości z drewna. Także we wnętrzu dominuje drewno. Z zewnątrz rzuca się w oczy bogata dekoracja. Szachulec jest kunsztownie wypełniony cegłą, a drewniane nadbudowy również są misternie zdobione. Ten kościół jest chyba jedyny w swoim rodzaju w tej okolicy. Widać było, że niedawno przeszedł gruntowny remont. I ten remont bardzo mu się przysłużył – takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Teraz ma znów wyglądać tak, jak niegdyś wymyślił i zaprojektował go budowniczy krajowy Friedlich Wilhelm Buttel. Buttel był uczniem Schinkla i zbudował też piękny kościół zamkowy w Neustrelitz.

Dalsza droga do Fürstenberg właściwie nie zasługuje na wzmiankę. Na ile piękna była pierwsza część etapu, na tyle nudna była reszta trasy. Z daleka zobaczyliśmy miejscowość Altthymen, gdzie odpoczęliśmy chwilę na przystanku autobusowym i pogawędziliśmy ze starszym panem. A raczej to on gawędził, a my znamy teraz całą historię jego chorób. Tam Andrea z powrotem dopięła długie nogawki, bo mimo słońca było przenikliwie zimno i coraz bardziej wiało. We wsi stoi dość duży kościół (również dzieło Buttela). Dopiero gdy podeszliśmy bliżej, zauważyliśmy, że nawa nie ma już dachu. W ostatnich tygodniach wojny pocisk Armii Czerwonej przebił dach dawnego kościoła parafialnego i zamienił go w ruinę. W 2010 roku odrestaurowano przynajmniej wieżę i zabezpieczono mury nawy. Kościół należy dziś do gminy. Wciąż jednak od czasu do czasu odprawia się w nim nabożeństwa.

Wróżka?

Przy wyjściu z miejscowości naszą uwagę zwróciła mała, krzywa chatka. „Wahrsagen” – „wróżenie” – widniało nad drzwiami, a na klamce wisiała tabliczka „proszę dzwonić w domu”. Ze zdolnościami wróżki chyba nie było więc najlepiej, bo inaczej wiedziałaby przecież, kiedy ktoś stoi przed chatką. :)

Długa droga do Fürstenberg

Już od Dabelow szliśmy asfaltowymi drogami. A teraz nastąpił długi, nudny odcinek asfaltowej wstęgi przez las. Ciągnęła się ta droga aż do Fürstenberg. Wątpliwą odmianę zapewniały tylko myśliwce, które z hukiem przelatywały nisko nad naszymi głowami. Czy to naprawdę musi być nad parkiem narodowym? W wielu miejscach widzieliśmy też dlatego tablice protestacyjne z przekreślonym myśliwcem. 1,2 kilometra przed Fürstenberg mała, mało uczęszczana asfaltowa droga wpada w bardzo ruchliwą szosę do Lychen. Przy każdym nadjeżdżającym z naprzeciwka pojeździe musieliśmy uciekać na pobocze – i to samo radzimy wszystkim kolejnym pielgrzymom. Tuż za tablicą z nazwą miejscowości drogowskaz wskazuje w lewo. „Ravensbrück” – ta nazwa porusza i świadczy o najciemniejszym okresie niemieckiej historii. Od 1939 roku znajdował się tu założony przez SS największy obóz koncentracyjny dla kobiet nazistowskich Niemiec. Ponad 150 tysięcy kobiet, dzieci i mężczyzn z 40 narodów było tu więzionych i dręczonych. Dziesiątki tysięcy zmarły, zagłodzono je lub zamordowano tu do 1945 roku. Dziś jest tu poruszające, ale przygnębiające miejsce pamięci, które przypomina o tym, co się stało, i podtrzymuje pamięć o ofiarach.

Po dotarciu do Fürstenberg skorzystaliśmy z pierwszej okazji, by odpocząć w małej kawiarni. Oprócz tego, co zwykle oferuje taka kawiarnia, na tablicy były też różne dania wegetariańskie. Zamówiliśmy bardzo smaczną arabską zupę z soczewicy. Była akurat pora obiadowa, wcale się nie spieszyliśmy i oczywiście posypały się pytania o naszą wyprawę. Potem powoli ruszyliśmy w stronę rynku, gdzie na plebanii stwierdziliśmy, że nikogo jeszcze nie ma w domu. Telefon pod wywieszony numer też nic nie dał.

Imponujący kościół miejski w Fürstenberg

Kościół miejski od środka

Zostawiliśmy wiadomość i razem z plecakami wyruszyliśmy jeszcze raz, żeby obejrzeć miasto. Najpierw weszliśmy do otwartego kościoła miejskiego. Ta żółta ceglana budowla w romantycznym, neogotyckim stylu jest, tak jak widziany już dziś kościół w Dabelow, dziełem Friedricha Wilhelma Buttela. Wnętrze, do którego teraz weszliśmy, sprawia wrażenie bardzo dużego i przestronnego. Ciemne drewno ławek i empor tworzy ciekawy kontrast z białym tynkiem. Wnętrze jest jasne i przyjazne. Batikowy gobelin za ołtarzem przedstawia Zmartwychwstanie Chrystusa, pochodzi z 1963 roku i jest największym tego rodzaju w Europie. Ze względów urbanistycznych kościół stoi „odwrotnie”. To znaczy, że ołtarz jest na zachodzie, a bardziej reprezentacyjna fasada ze smukłą wieżą – na wschodzie. Tak chcieli ówcześni ojcowie miasta, by nadać rynkowi większy efekt. Takiego myślenia życzyłbym sobie także od obecnych władz miasta przy decyzji o zgodzie na budowę naprzeciw pięknego kościoła ponurego i pozbawionego wyobraźni centrum handlowego. Piękne to ono nie jest i nieco psuje ogólne wrażenie placu.

Kładka dla pieszych nad Hawelą

Przez rynek poszliśmy teraz w stronę jeziora Baalensee, gdzie znajduje się przystań statku wycieczkowego. Słońce dawno się schowało, a nad jeziorem wiała ostra bryza. Tu, nad wodą, zrobiło się nam jednak zbyt nieprzyjemnie i wróciliśmy do miasta, obejrzawszy jeszcze ciekawą drewnianą kładkę dla pieszych nad Hawelą. Hawela i trzy okoliczne jeziora nadają charakter miastu, które dawniej było uzdrowiskiem klimatycznym, a dziś cierpi z powodu ruchu na przebiegającej przez centrum drodze krajowej 96. Nie bez powodu w mieście widać transparenty z żądaniem, by poprowadzić tę tranzytową drogę obwodnicą. Niemal wyspowe położenie miasta pośród trzech dużych jezior przenosi jednak to żądanie raczej w sferę utopii.

W międzyczasie spróbowałem jeszcze raz zadzwonić na komórkę pastora. Tym razem odebrał i przeczytał już kartkę, którą zostawiliśmy na plebanii. Jego żona już na nas czekała, więc wróciliśmy, żeby zająć nasz dzisiejszy nocleg.

nasz nocleg na plebanii

ratusz w Fürstenberg

Mieści się on na poddaszu plebanii i, tak jak w Rödlin, służy do katechezy. Kuchnia, prysznic, WC i duży pokój, w którym można było napompować i rozłożyć dostępne dmuchane łóżka – dla pielgrzyma to pełen komfort. Wziąłem więc leżącą na szczęście w pogotowiu pompkę i napełniłem dwa łóżka. Moje płuca pewnie by sobie z tym nie poradziły. Dziś pozwoliliśmy sobie na porządną kolację. Jak już pisałem, trzeba korzystać z okazji. A okazją był tu Włoch. A ja kocham makaron. Włoch mówił wprawdzie z berlińskim akcentem – byliśmy już w Brandenburgii – ale spaghetti było super. Jeszcze mała runda obok portu, przy śluzie na Haweli, obowiązkowe zakupy prowiantu na następny dzień i już ten dzień przeszedł do historii. Przed kościołem miejskim spotkaliśmy jeszcze pastora, który chował stojak reklamowy. W swoim biurze dał nam dzisiejszą pieczątkę, a my przekazaliśmy datek za nocleg. Dzień znów zakończyliśmy przy butelce czerwonego wina (tym razem Rioja). Jutro czekał nas najdłuższy etap naszej wędrówki. Do Diemitz będzie prawie 35 kilometrów. Tu, w południowej części szlaku, jest tylko kilka schronisk. Do tego oznakowanie ma być niekompletne.

No, jesteśmy ciekawi.

Etap 6: Fürstenberg – Diemitz

Powietrze uszło –

z grubych dmuchanych materaców, które czekają na pielgrzymów na plebanii w Fürstenbergu. Trochę się na nich bujało, ale leżało się dobrze.

Nocleg na materacach w Fürstenbergu

Na śniadanie były resztki z poprzedniego dnia i kawa. Tego dnia wyszliśmy z domu już o 7. Czekała nas bowiem dłuższa trasa, prawie 36 km. Do tego odcinek, który podobno nie jest szczególnie dobrze oznakowany. Więc uwaga! I rzeczywiście tak było. Przez długie odcinki musiałem polegać na moim Garminie i na śladzie, który przygotowałem na podstawie opisu z internetu.

Z Fürstenbergu szliśmy najpierw wzdłuż B96, aż za mostem na Haweli znak muszli wskazuje w prawo. Za mostem kolejowym zaczyna się osiedle Röblin, nazwane od jeziora, nad którym leży. Do niego właśnie chcieliśmy teraz dojść, ale wbrew opisowi poszliśmy ścieżką nad brzegiem – na pewno mały objazd, ale na tym szlaku objazdy są przecież właściwie czymś normalnym i zwykle nawet zamierzonym.

piękne wille nad Röblinsee

Pozostałości po Armii Radzieckiej

Wzięliśmy więc (tutaj dobrowolnie) ten mały objazd i szliśmy ścieżką nad brzegiem, po tej lepszej stronie pięknych willi nad jeziorem. Nie ma wątpliwości, że to tu osiedlali się kiedyś zamożniejsi mieszkańcy Fürstenbergu. A dziś najwyraźniej przyciąga to miejsce także wielu „obcych” z pieniędzmi. Z wielkim nakładem odnawiano i odnawia się duże wille, a wiele z nich znów lśni dawnym blaskiem. Szybko jednak zabudowa ustępuje gęstemu lasowi z tajemniczymi ruinami. Do 1989 roku stacjonował tu garnizon Armii Radzieckiej. Niektóre jednoznaczne ślady wciąż można rozpoznać. Niedługo potem musieliśmy zdecydować, czy pójdziemy dalej oznakowaną drogą rowerową do Steinförde, czy raczej zaufamy opisowi. Według opisu mieliśmy bowiem iść dalej brzegiem Röblinsee. Tyle że nie było tu żadnego drogowskazu. Postanowiliśmy jednak, na ile się da, trzymać się opisanej i zamierzonej trasy, i wkrótce weszliśmy w las, w nieznane. Ta droga istniała tylko w opisie. Na mapach w Garminie jej nie było. Wielkim łukiem na północ szliśmy teraz przez cudownie dziki las pełen komarów aż do Steinhavel i wzdłuż niej po kilku kilometrach dotarliśmy do Steinförde. No proszę, da się! Tu znów przywitała nas muszla. Według opisu szlak pielgrzymkowy skręca za mostem na Haweli od razu w lewo, w łąkową drogę. I tu też nie było przy drodze żadnej wskazówki. Zrobiłem zdjęcie i pełni ufności skręciliśmy.

Łąkowa droga za Steinförde

Idąc ledwo widoczną łąkową drogą, wkrótce zobaczyliśmy kilka domów wyłaniających się zza wzgórza. To musiało być Kleinmenow, jeśli idziemy dobrze. I szliśmy dobrze. Kleinmenow to znów taka miejscowość, przez którą nie przechodzi żadna droga przelotowa i do której prowadzi tylko jedna utwardzona droga. Opuściliśmy ją piaszczystą polną drogą. Po takim podłożu idzie się szczególnie ciężko. Oboje spodziewaliśmy się w tej okolicy więcej takich głębokich, piaszczystych dróg, ale byliśmy całkiem zadowoleni, że jednak tak nie było i że drogi były tu dotąd przeważnie dość twarde i dobrze się nimi szło. Za dużym wybiegiem dla koni po prawej stronie wkrótce znów weszliśmy do lasu i stanęliśmy przed kolejnym problemem: rozwidleniem na trzy drogi i bez drogowskazu.

No to którędy??

Choć właściwie prowadziła w stronę przeciwną do Priepert, wybraliśmy prawą, bo była najbardziej rozjeżdżona. I jak się później okazało, mieliśmy rację. Po kilku kilometrach szeroką leśną drogą wysypaną twardym żwirem dotarliśmy do leśniczówki w Priepert. Później dowiedzieliśmy się, że właściwie przewidziano, by w tym miejscu zejść z drogi lekko w lewo i dojść do ścieżki nad brzegiem Ellenbogensee. Ale znów nie było żadnej tabliczki. Więc i tym razem wybraliśmy prostszy wariant i aż do Priepert szliśmy szeroką drogą biegnącą prosto jak strzelił przez las. Była na pewno dużo nudniejsza niż ścieżka nad brzegiem, a na takich szerokich drogach, bez wzniesień, punktów odniesienia i bez urozmaicenia, ma się wrażenie, że w ogóle nie posuwa się naprzód. Przypomina mi się podobny odcinek na Camino Francés w Hiszpanii. Po podejściu w Montes de Oca za Villafranca Montes de Oca ciągnie się szeroka przecinka przeciwpożarowa przez las, która naprawdę nie miała końca. Tyle że tam temperatura była na takim poziomie, że wkrótce przestało być przyjemnie. My natomiast szliśmy dziś tu, w Meklemburgii, znów przy najpiękniejszej wędrownej pogodzie. Słońce świeciło z jasnoniebieskiego nieba, a temperatura pozostawała daleko poniżej 20 stopni.

Kościół w Priepert

Piękny dom wiejski w Priepert

I w tej pięknej pogodzie szliśmy teraz przez Priepert, szukając piekarni, którą poleciła nam pani Rexer z Diemitz (nasza dzisiejsza gospodyni). Po twarzy Andrei widziałem jednak, że nie ma ochoty dłużej szukać. Skręciliśmy więc za kościołem w lewo, na kemping. Jest tam bowiem bar z przekąskami. I był naprawdę dobry – z domowymi kotletami mielonymi i domowym ciastem. Mina Andrei szybko się rozpogodziła i mogliśmy ruszyć na drugi odcinek dnia. W tym celu musieliśmy wrócić na główną ulicę. A kiedy tam dotarliśmy, okazało się, że wystarczyło przejść jeszcze 50 metrów, żeby stanąć przed zachwalaną piekarnią, która codziennie oferuje świeże ciasto. Ale tak to czasem bywa. Tuż przed celem człowiek rezygnuje, bo myśli, że stracił go z oczu. A jednak zawsze warto zajrzeć jeszcze za róg. Pani Rexer zaproponowała nam nawet przez telefon, że odbierze nas tu, w Priepert, kiedy usłyszała, że wyruszamy z Fürstenbergu. Oczywiście podziękowałem i odmówiłem tej miłej propozycji. Nigdy jeszcze nie oszukiwaliśmy na szlaku pielgrzymkowym i nie zamierzaliśmy zaczynać tego w Meklemburgii. A na razie szło dobrze. Stopy, z którymi dotąd nie miałem żadnych problemów, były bez pęcherzy i bez bólu, a głowa rwała się do dalszej drogi. Tylko plecy sprawiały mi teraz z dnia na dzień coraz większe kłopoty, bo wciąż nie znalazłem optymalnego ułożenia plecaka. Zaczynało się to zawsze mniej więcej po 20 kilometrach. A te były już niedaleko.

Piękna stara aleja za Priepert

Stara stodoła przy drodze

Za Priepert, które opuszcza się przez most na Haweli asfaltową drogą, szlak wkrótce skręca lekko w prawo w polną drogę. Za tą polną drogą, z której jeszcze raz obejrzeliśmy się na Priepert i Priepertsee, szliśmy teraz wspaniałą starą aleją dębową aż do miejscowości Hartenland. Także za tą maleńką miejscowością aleja ciągnęła się dalej. Wyglądało tu tak, jakby niedawno zdjęto nawierzchnię drogi. Ziemia między drzewami była rozryta, sypka i bez roślinności. Mógłbym sobie wyobrazić tę drogę jako starą brukowaną drogę, którą być może kiedyś była. Kostka brukowa leży teraz może dekoracyjnie na jakimś rynku albo w prywatnej posiadłości. Mniejsza z tym, ktoś jej potrzebował, a teraz ta aleja wygląda nieco dziwnie. Kończy się też dość niespektakularnie w szczerym polu. Dochodzi bowiem do małej ścieżki, przy której znów musieliśmy zdecydować, czy iść w prawo, czy w lewo, bo i tu nie było widać drogowskazu. I wyglądało na to, że nigdy go tu nie było.

Aaach!

Zanim jednak mogliśmy iść dalej, musiałem coś zrobić dla moich pleców. Nie uwierzysz, jak bardzo odpręża położenie się płasko na łące. I tak właśnie zrobiłem, a potem musiałem uważać, żeby nie zasnąć. Ale brakujący drogowskaz nie dawał mi spokoju. Więc znowu musiałem sięgnąć po Garmina. W moich śladach zaznaczałem potem takie miejsca, w których uważałbym za stosowne postawić drogowskaz. Oznaczyłem też miejsca, w których było widać, że kiedyś taki stał. Na tym etapie natrafiliśmy na wiele takich drogowskazów, zniszczonych przez wandali albo łowców pamiątek lub nieczytelnych z powodu warunków atmosferycznych. Opowiadano nam, że drogowskazy niszczą raz po raz także okoliczni mieszkańcy, co przypisywałem nieznajomości znaczenia pielgrzymowania i samego szlaku albo, w najgorszym razie, głupocie i złej woli. W każdym razie potrzeba tu szerszej pracy uświadamiającej ze strony Kościoła krajowego i rządu kraju związkowego jako organizatorów szlaku. My, pielgrzymi, mogliśmy jedynie otwartą i życzliwą postawą poprawić wizerunek szlaku albo w ogóle mu jakiś nadać.

Wustrow

Staraliśmy się więc tutaj szczególnie serdecznie uśmiechać i pozdrawiać, kiedy kogoś spotykaliśmy. Podczas postoju w Wustrow, do którego właśnie dotarliśmy i gdzie jest mały sklep, w którym dostaliśmy coś do jedzenia i picia, pomagaliśmy nawet w polowaniu na kaczki. Kilka małych kaczątek uciekło i groziło im, że zostaną przejechane na ulicy. Skończyło się jednak dobrze, w ostatniej chwili. Zniknęły bowiem w najbliższym gospodarstwie. Ale także w Wustrow w decydującym miejscu brakowało drogowskazu. Prawie na końcu miejscowości trzeba bowiem trzymać się lewej strony.

Panorama za Wustrow

Pod górę szliśmy przez głęboki meklemburski piach w stronę Klenzsee. Niedługo potem znów zobaczyliśmy słupek, na którym kiedyś muszla wskazywała drogę. Potem znowu jeden z oderwaną tabliczką. Powoli robiło się tego za dużo. Na szczęście nie odbierało to szlakowi uroku. Wędrowało się tu z rozkoszą i po raz kolejny trzeba podkreślić, że trasę wybrano z wyczuciem.

Osada z epoki kamienia czy pustelnik nad Klenzsee?

Nad Klenzsee szlak znów prowadzi tuż przy linii brzegu i tam zobaczyliśmy też mały szałas z trzciny z paleniskiem, jakiego można by się raczej spodziewać w epoce kamienia. Bliskość kempingu w Seewalde to zapewne powód istnienia tego szałasu i kilku biegaczy, których widzieliśmy na ścieżce nad brzegiem. Przy Seewalde jednak trochę oszukaliśmy, bo nie poszliśmy aż do kempingu, tylko zostaliśmy na drodze aż do Drosedow. W Drosedow (zanim droga się rozwidla) znów miejsce, które koniecznie musi oznaczać tabliczka. W środku wsi skręca się w lewo do Drosedower Riek, terenu bagiennego. Zanim opuści się wieś, znów drewniany pień, na którego szczycie był kiedyś znak muszli. Szkoda, że cudzy trud jest tak mało szanowany, bo było widać, że tę tabliczkę usunięto siłą.

Groblą z bali przez bagno koło Drosedow

Przez Drosedower Riek prowadzi błotnista, wilgotna ścieżka, którą przy złej pogodzie niekoniecznie chciałbym iść. W miejscu, gdzie robi się naprawdę bagniście, aż do podwyższonego mostu biegła grobla z bali, odnowiona niedawno. Stare bale leżały bowiem ułożone w stosy na bagnie i powoli gniły. Za drewnianym mostem, który bardzo przypominał nam Spreewald, dochodzi się do skrzyżowania dróg, na którym po prostu znów powinien stać drogowskaz. Tutaj trzeba iść w lewo, bo obie pozostałe możliwości kończą się ślepo na brzegu Rätzsee. Szliśmy tą drogą przez gęsty, ciemny wysoki las. Po około 2 kilometrach rozwidlenie, na którym trzeba wybrać lewą drogę, bo w prawo idzie się do Flether Mühle.

Wyrwany słupek z drogowskazem

Ale my chcieliśmy już wreszcie dotrzeć do Diemitz, które nie mogło być daleko. Sfotografowałem więc jeszcze szybko wyrwany z ziemi, bezużyteczny drogowskaz i poszliśmy drogą, którą pokazywało mi urządzenie GPS. Lekko pod górę dotarliśmy do skrzyżowania, na którym spotykają się drogi od Flether Mühle, od Canow i od Diemitz. Dalsza droga stąd jest wprawdzie jednoznaczna, mimo to zauważyliśmy, że pod tablicą drogową znów było puste miejsce, gdzie dawniej przykręcona była tabliczka z muszlą. Coraz lepiej się widzi, gdzie właściwie powinna być tabliczka. Nie jestem zwolennikiem obwieszania lasu tabliczkami, jak to jest tuż przed Santiago. Odrobina orientacji w terenie i dreszczyk emocji należą do takiej wędrówki, podobnie jak zdrowy rozsądek, którego jednak odmawiam ludziom podnoszącym rękę na te z trudem ustawione tabliczki. W newralgicznych punktach te tabliczki są bowiem bardzo pomocne i pomagają zachować wewnętrzny spokój. Ten spokój mieliśmy teraz znowu, w pewności, że jesteśmy tuż przed celem dnia.

Nareszcie! Po prawie 36 kilometrach

Za mostem na Haweli szlak właściwie powinien znów prowadzić ścieżką nad brzegiem (do Vilzsee). Z braku drogowskazu zostaliśmy jednak na drodze aż do Diemitz. Na miejscu bardzo szybko znaleźliśmy dom pani Rexer, której jeszcze nie było. Obserwowani z ciekawością przez sąsiadów, bez namysłu usiedliśmy na trawniku przed jej domem, do którego wprowadziła się dopiero niedawno. Tym bardziej zdumiewające, że już przyjmuje pielgrzymów, bo dom jest jeszcze jednym wielkim placem budowy. Od pani Rexer, która przyjechała niewiele później, dowiedzieliśmy się, że zamierza przebudować dawny gołębnik na kwaterę dla pielgrzymów. Długo jeszcze siedzieliśmy w salonie i gawędziliśmy o wszystkim i o niczym, przede wszystkim oczywiście o szlaku. Pani Rexer opiekuje się bowiem jako opiekunka szlaku najbliższą okolicą, a my znów potwierdziliśmy jej obawy, że wielu tabliczek z najróżniejszych powodów już nie ma. Poprosiła o informację zwrotną po przeanalizowaniu moich danych i zdjęć, co oczywiście jej obiecałem. Właściwie umówiliśmy się, że rozbiję nasz namiot tu, na posesji, bo kwatera naprawdę nie jest jeszcze gotowa. Ale tej nocy temperatura miała spaść na łeb na szyję. Z wdzięcznością przyjęliśmy więc propozycję pani Rexer, by przenocować w salonie. Napompowałem więc nasze materace i spaliśmy w domu. Chcemy tu jeszcze raz serdecznie podziękować pani Rexer za gościnność, miłe rozmowy i sałatkę ziemniaczaną.

Wybaczcie, że w tym wpisie tak często pojawia się słowo „drogowskaz”. Ale na tym etapie to był po prostu prawdziwy problem.

Etap 7: Diemitz – Mirow (18 km)

Czy rzeczywiście będzie to tylko 18 kilometrów, które przejdziemy dziś na ostatnim etapie wschodniego wariantu Pilgerweg Mecklenburgische Seenplatte, zależało od tego, czy tym razem znajdziemy właściwe drogi. Najpierw jednak siedzieliśmy z panią Rexer przy stole śniadaniowym. Znalazła dla nas czas, a my byliśmy bardzo wdzięczni, że znalazła dla nas miejsce w swoim domu. Datek, który zostawiliśmy, trafi na kościół w Diemitz, powiedziała. Bo jest on w niepokojącym stanie, powiedziała. Podziękowaliśmy jeszcze raz, chwyciliśmy nasze rzeczy i przy znów wspaniałej pogodzie ruszyliśmy w drogę, nie bez ponownej obietnicy, że się odezwiemy.

Kościół w Diemitz

Ponieważ pani Rexer bardzo troszczy się o szlak i dobrze zna okolicę, mam nadzieję, że uda jej się sprawić, by także w południowej części oznakowanie znów się poprawiło, i że dzięki jej dobremu przykładowi może jeszcze więcej ludzi zgodzi się zaoferować pielgrzymom nocleg.

Wnętrze kościoła w Diemitz

W tej rozciągniętej wsi szybko docieramy do małego kościoła w Diemitz i widzimy, co woda zdążyła już zrobić z murem pod okapem. Wyraźnie było widać miejsca, w które wniknęła już wilgoć. Tu trzeba było pilnie wymienić dach i rynnę. Także na dole, przy cokole, widać było podciągającą wilgoć. We wnętrzu zaskoczyły nas żywe kolory i bogate wyposażenie kościoła. Wnętrze zdominowane jest przez ołtarz ambonowy, jak na mój gust i na to pomieszczenie nieco za duży. Głowy figur dotykają już sufitu, pomalowanego pucołowatymi aniołkami i trąbami, które zdają się zdmuchiwać namalowane na suficie chmury. Malowidło na suficie to bez wątpienia klejnot tego kościoła. Na emporze są też organy, które wydają się w całkiem dobrym stanie. Miejmy nadzieję, że uda się zebrać dość datków, by uratować ten kościół.

w drodze nad Großer Wummsee

Opuściliśmy wieś w kierunku Wummsee, nie zapominając o robieniu zdjęć w miejscach, gdzie kiedyś wisiały tabliczki z muszlą. Następny odcinek, tuż przy brzegu Großer Wummsee, należy do krajobrazowo najpiękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy na tym szlaku. Śpiew mnóstwa ptaków, przerywający poranną ciszę, towarzyszył nam w tej drodze. Tu i ówdzie podchodziliśmy tuż do brzegu i widzieliśmy krystalicznie czystą wodę. I gdyby nie było tak zimno, nie nosiłbym kąpielówek na darmo. Gałęzie ze świeżymi liśćmi, zwisające nisko nad taflą, mieniły się w odbiciach słonecznego światła na lekko pomarszczonej wodzie. Tu i tam w wodzie butwiał przewrócony drzewny olbrzym. Nasiąknięta bliską wodą ziemia lekko uginała się pod stopami i była jak gruby dywan. Kroki brzmiały głucho. Wszystko było ucztą dla zmysłów. Już widzicie, zaczynam się zachwycać. Ale jak mam to wyjaśnić? – Najlepiej zdjęciami:

Robiliśmy tu przerwy częściej niż zwykle i mieliśmy nadzieję, że będzie tak jeszcze długo. Ale i ten odcinek wzdłuż naprawdę dużego Wummsee w końcu się skończył. Ten łuk w drodze do Mirow naprawdę się opłacił. Bo oczywiście także nasz dzisiejszy etap nie prowadził do celu najkrótszą drogą.

Orientacja wzdłuż brzegu nie sprawiała dotąd problemu. Ale teraz znów się pojawiły, nasze problemy z oznakowaniem. Mieliśmy do wyboru drogę w lewo, na teren bagienny z groblą z bali (na pewno też bardzo ciekawą), i na wpół zarośniętą prosto. Zdecydowaliśmy się na tę drugą, bo ta pierwsza zaprowadziłaby nas jeszcze dalej od Mirow. Tylko dzięki urządzeniu GPS znaleźliśmy kierunek przez gęsty wysoki las, który się dalej rozciągał. Kiedy doszliśmy do głównej drogi, po kilkuset metrach znów natrafiliśmy na muszlę. Jak szlak powinien tu naprawdę przebiegać, nie udało nam się dotąd ustalić. Może w odpowiedzi na mój blog ktoś, kto wie lepiej, kiedyś to sprostuje.

I znowu zniszczone drogowskazy

W każdym razie byliśmy teraz na długiej leśnej drodze w kierunku miejscowości Schwarz. Leśna droga po – jak się wydawało – wieczności przeszła w piaszczystą polną drogę na skraju pola rzepaku. A potem zza wzgórza wyłoniła się wieża kościoła w Schwarz. Szlak w Schwarz najprawdopodobniej biegnie główną ulicą. My jednak skręciliśmy lekko w prawo, w stronę brzegu Zethner See, wiedząc też, że jest tam gdzie wstąpić na drugie śniadanie. Dalsza droga wzdłuż brzegu zaprowadziła nas do obozu wakacyjnego, gdzie grupa młodzieży przygotowywała się właśnie do spływu kajakowego. Ścieżka, którą pokazywał mi Garmin i która miała nas zaprowadzić prosto z powrotem na szlak pielgrzymkowy, kończyła się na prywatnej posesji. Musieliśmy więc znów łukiem wrócić w górę na główną drogę.

Osiedle „domków fińskich” koło Schwarz

Mimo to nie żałowaliśmy tego małego zboczenia z trasy. Wciąż w promieniach słońca szliśmy dalej rozjeżdżonymi polnymi drogami, obok osiedla tak zwanych domków fińskich, popularnego w czasach NRD typu domków letniskowych. Kto wpadł na pomysł, by nazwać te domki od skandynawskiego kraju, z pewnością nie zostało zapisane. W każdym razie podczas podróży do Finlandii w połowie lat dziewięćdziesiątych mogłem się przekonać, że w Finlandii nie ma ani jednego takiego domu (albo dobrze go ukryto). Jedynie drewniane stojaki, na których rybacy w Finnmarku wieszali swój połów, by robić z niego sztokfisz, przypominały ten kształt. A w czymś takim, przy tym smrodzie, naprawdę nikt nie chce mieszkać. Te domki były tu, w nowych krajach związkowych, tak popularne i tak doskonale skonstruowane, że nawet je eksportowano. Spotkaliśmy je ponownie po zjednoczeniu w kurorcie nad Bałtykiem Damp. Tam w czasie olimpiady w 1972 roku rozgrywano zawody żeglarskie, a wioska olimpijska składała się w dużej części właśnie z tych domków, które (jak mi tam opowiedziano) postawiła firma z NRD.

Na Hohe Brücke przed Mirow

Miasteczko Mirow

Ale odbiegam od tematu. Na czym skończyłem? „Olimpiada”… Dziś nie trzeba było olimpijskich wyczynów, żeby dotrzeć do celu. Tyle że nagle zrobiło się niezwykle ciepło. Szliśmy więc bez przerwy aż do Mirow i nie zatrzymały nas nawet dwa bezpańskie, ogromne psy (prawdopodobnie białe pirenejskie psy górskie). Z bieli niewiele już na nich zostało. Wyglądały, jakby przed chwilą wyszły z bagna. Na szczęście bardziej bały się nas niż my ich.

Mirow przywitało nas brukowaną ulicą, przy której przycupnęły małe, jedno- i dwupiętrowe domy szeregowe. Także poza tym miasto wydało nam się bardzo małomiasteczkowe, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Wyobrażałem je sobie zupełnie inaczej. Duży zamek i ogromny kościół joannitów na wyspie zamkowej wyglądają przy tym, jakby w ogóle tu nie pasowały. Co jednak wydawało się wielkomiejskie, to ruch uliczny. Przy światłach na placu budowy tworzyły się długie sznury samochodów, a bez nich przejście przez ulicę pieszo byłoby ryzykowne. Na wyspę zamkową, nasz pierwszy cel w Mirow, wchodzi się przez budynek bramny.

Zamek Mirow

Zamek Mirow widać wtedy po prawej stronie. Zamek jest obecnie remontowany i niestety nie mogliśmy wejść. Ale z zewnątrz wyglądał już bardzo okazale. Nasza droga prowadziła teraz do kościoła joannitów, który tablicą zapraszał do „wieży przeżyć”. Co można przeżyć w wieży kościelnej? No dobrze, czasem można na nią wejść. W kasie zapytaliśmy o pieczątkę pielgrzymią. Ale pan nie bardzo wiedział, co z nami zrobić. Zanim jednak wejdziemy z plecakami na wieżę, zgodziliśmy się, że najpierw poszukamy naszej kwatery. Tym razem nie była to tutejsza plebania (według strony internetowej wciąż trwa tam przebudowa), lecz prywatny adres.

Nocleg dla pielgrzymów w Mirow

Już dwa razy kontaktowałem się z panią Meyer, więc wiedziała, że nadciągamy. Znalezienie domu nie było trudne, choć i tu nie było widać tabliczki noclegowni. Pani Meyer serdecznie zaprosiła nas na posesję i pokazała kwaterę, która mieści się w budynku gospodarczym w ogrodzie. Przywitało nas duże, jasne pomieszczenie z sofą, stołem z krzesłami i dwoma grubymi materacami. Mała kuchnia i prysznic dopełniały niezwykle pozytywnego wrażenia. Po bardzo spartańsko urządzonych plebaniach w Wokuhl i Fürstenbergu to był czysty luksus. Najpierw zrobiliśmy duże pranie, a kiedy się już rozgościliśmy, pani Meyer zaprosiła nas na kawę i ciasto. Zdradziła nam, że po śmierci męża udostępnia kwaterę już tylko pielgrzymom. I że choć nigdy nie szła szlakiem pielgrzymkowym, to kiedy rozmawia z pielgrzymami i słucha ich fascynujących historii, czuje się tak, jakby sama pielgrzymowała. Chciałbym tu jeszcze raz podziękować tej miłej pani za serdeczne przyjęcie. Czuliśmy się jak w domu. Zawsze miło spotkać takich ludzi. Wzbogacają nasze pielgrzymie drogi.

Kościół joannitów w Mirow

Po kawie wyruszyliśmy jednak jeszcze raz, bo „wieża przeżyć” wciąż czekała i rozbudziła naszą ciekawość. Pan w kasie zapewne zdążył się tymczasem zorientować. Bez dalszych pytań wbił nam bowiem dwie pieczątki do paszportu pielgrzyma. Jego propozycja, że na górze w wieży są książki do wyboru po euro za sztukę i że powinniśmy sobie jakieś wybrać, pokazała mi jednak, że tak naprawdę nie wiedział, w jaki sposób się przemieszczamy. Podziękowałem i odmówiłem, wskazując na bagaż, który następnego dnia też musieliśmy nieść na plecach.

Kościół joannitów stoi na wyspie zamkowej i jest jednonawową gotycką budowlą ceglaną z XIV wieku. To najstarszy budynek w Mirow, ale dwukrotnie (po pożarze w 1742 roku i po ostrzale artyleryjskim w 1945 roku) trzeba go było odbudowywać. Wnętrze urządzono w stylu barokowym. Od 1993 roku kościół, dzięki stowarzyszeniu wspierającemu, ma znów wieżę.

Widok z wieży kościoła na Mirowsee

Wspięliśmy się teraz po licznych stopniach na tę wieżę, nie omijając ciekawej wystawy o historii zakonu joannitów, rozmieszczonej na poszczególnych piętrach. Na górze roztacza się bardzo piękny widok na miasto i okolicę. Mirowsee, mieniące się w wieczornym słońcu, i małe domki letniskowe nanizane jak sznur pereł wzdłuż jego brzegu wyglądały bardzo sielankowo. Niemal bezgłośnie kilku niedzielnych kapitanów pyrkotało swoimi łodziami po jeziorze, zostawiając na tafli wzór krzyżujących się fal kilwateru. Od strony miasta denerwowało głośne krakanie wron. Setki gawronów zbierały się w wielkich lipach wokół kościoła i budowały wysoko w górze swoje niechlujne gniazda. Na dachu kościoła zobaczyliśmy dużą instalację fotowoltaiczną – widok, jakiego na dachu kościoła raczej się nie spodziewasz. Zgłodniali zeszliśmy z wieży i poszukaliśmy miejsca, gdzie by coś zjeść. Znaleźliśmy je w „Blaue Maus”, restauracji przy Schloßstraße, w której zjedliśmy bardzo dobrze i niedrogo. O mało nie zmarnowaliśmy czasu, bo musieliśmy jeszcze zrobić zakupy na wieczór i na następny dzień. No i supermarkt oczywiście znów leżał dość daleko za miastem. Nic to. Na szczęście do chodzenia jesteśmy przyzwyczajeni. Butelkę czerwonego wina, którą zdążyliśmy zdobyć tuż przed zamknięciem, opróżniliśmy w ogrodzie przed kwaterą, ku złości małego psa sąsiadów. Głośno, raz po raz przywoływany przez pana / panią, kundel próbował nas przegonić. „U nas w domu też mamy takiego!” – próbowałem uspokoić sąsiadów, którym zrobiło się już trochę głupio. „Jutro już nas nie będzie i będziesz miał znowu spokój” – powiedziałem psu, co jednak specjalnie go nie uspokoiło.

Tu skończyła się wschodnia odnoga szlaku. I jakoś cieszyłem się, że jutro idziemy dalej, w przeciwnym kierunku, na północ. Bo moja ciekawość i ochota do wędrowania wcale jeszcze nie zostały zaspokojone.

Etap 8: Mirow – Wesenberg (14 km)

No dobrze, od teraz szło się na odwrót, to znaczy: w przeciwnym kierunku.

Śniadanie w Mirow

Byliśmy ciekawi, jak to wyjdzie z drogowskazami za plecami. I po doświadczeniach z ostatnich dwóch etapów znów się cieszyłem, że mam ze sobą Garmina. Ale poza nielicznymi miejscami, w których musieliśmy trochę poszukać, poszło jednak lepiej, niż się spodziewaliśmy. Najpierw jednak czekało nas śniadanie u pani Meyer. Podczas gdy pakowaliśmy rzeczy, pani Meyer nakryła do stołu w ogrodzie, a my zajadaliśmy się w promieniach słońca, które już od rana znów świeciło. Właściwie moglibyśmy jeszcze rozmawiać bez końca. Ale w końcu przyszedł czas na wymarsz, choć dziś, z 14 kilometrami, znów nie było daleko. Pożegnaliśmy się więc z panią Meyer wielkim dziękuję i życzyliśmy jej, żeby jeszcze wielu pielgrzymom mogła dać tak piękny nocleg.

Leśne drogi koło Mirow

Z Mirow wydostaliśmy się najpierw za pomocą urządzenia GPS. Długo szliśmy wzdłuż szerokiego rowu melioracyjnego obsadzonego brzozami. I już znaleźliśmy pierwszy drogowskaz. O ile dotąd robiłem zdjęcia zwykle w kierunku marszu, teraz coraz częściej fotografowałem do tyłu, czyli tak, jak zwykle widziałoby się drogę, idąc we właściwym kierunku. Sielskimi leśnymi drogami wkrótce dotarliśmy do Leussow. Trzeba co jakiś czas oglądać się za siebie, żeby rozpoznać dalszy kierunek, w którym należy iść. Na początku brzmi to dziwnie. Ale jest logiczne, kiedy się zauważy, że znaki szlaku są zawsze umieszczone tak, by mimo niewielkich rozmiarów widać je było już z daleka. Stawaliśmy więc przed drogowskazem, obracaliśmy się o 180 stopni i wiedzieliśmy, którędy dalej. Za Leussow szukaliśmy jednak tabliczki nieco dłużej. Odchodziło tu kilka dróg i Andrea na szczęście trafiła na właściwą. Rysując ślad według opisu trasy z internetu, porządnie się tu pomyliłem i dlatego Garmin wysłałby nas w Leussow w złym kierunku. Na pewno i tak doszlibyśmy do Wesenbergu, ale właśnie nie właściwą drogą.

Jagodowy las

Szliśmy więc dalej odnalezionym po długich poszukiwaniach właściwym kierunkiem, przez las sosnowy z jaskrawozielonym dywanem krzewinek borówki. Teren, przez który teraz szliśmy, jeszcze 23 lata temu był poligonem Armii Radzieckiej. Wszędzie widać więc było jeszcze głębokie zagłębienia po okopanych stanowiskach.

Okopani

Na skraju ledwo rozpoznawalnej, zarośniętej leśnej drogi, w którą (a raczej z której) skierowała nas tabliczka z muszlą, siedziałem teraz w dawnym okopie strzeleckim, odpoczywałem i myślałem o biednym żołnierzu, który musiał kiedyś wykopać ten dół. Sam byłem bowiem kiedyś w takiej samej sytuacji. Takie doły mogli nam kazać kopać na skraju lasu. Ale w lesie instruktorzy najwyraźniej mieli dużo więcej radości, patrząc, jak przedzieramy się przez grube korzenie drzew. Dawno temu, ale wciąż w pamięci. Wiele rzeczy po latach się idealizuje i w pamięci zostają tylko piękne i zabawne sytuacje z wojska. Ale te cholerne… okopy strzeleckie zostały. Teraz to natura musiała zająć się tymi pozostałościami. I tylko kilka zarośniętych, ale wciąż widocznych zagłębień w zielonym runie przypominało o dawnych czasach. Droga przez las znów się dłużyła i minęło sporo czasu, zanim znów usłyszeliśmy odgłosy pobliskiej drogi. Dotąd oznaczało to zwykle, że jesteśmy tuż przed celem dnia. Organizatorzy bowiem (jak już pisałem) także na tym etapie zadali sobie trud, by posłać nas niejednym objazdem, tylko po to, by bez skrupułów wystawić nas na ciszę lasu.

Przejazd kolejowy koło Wesenbergu

Drogą rowerową wzdłuż szosy zbliżaliśmy się teraz do Wesenbergu i przy zamkniętym szlabanie nieźle się zdziwiłem, kiedy nadjechał stary, bordowy szynobus, na którym wciąż widniały znaki Deutsche Reichsbahn. Już w 1890 roku miasteczko dostało połączenie z koleją Neustrelitz-Wesenberg-Mirower Eisenbahngesellschaft. I jak widać, linia działa do dziś. W drodze do miasta od razu rzuca się w oczy jednolity charakter zabudowy tego średniowiecznego miasta, założonego na planie owalu poniżej zamku. Wiele starych domów z muru pruskiego pieczołowicie odrestaurowano i wszystko jakoś do siebie pasuje.

Rynek w Wesenbergu

W środku starego miasta wznosi się gotycki kościół miejski St. Marien. I gdzieś tu w pobliżu musiała być nasza dzisiejsza kwatera na plebanii. I rzeczywiście, po małej rundce honorowej po rynku znaleźliśmy dom z czerwonej cegły. Od byłego pastora parafii, który siedział już na spakowanych walizkach, kiedy skontaktowałem się z nim pierwszy raz, a który objął teraz nową posadę w Hamburgu-Altonie, dostałem numer telefonu do pana Lömpkego ze Schwarz, który zajmował się teraz osieroconą parafią tu, w Wesenbergu. A on z kolei przekazał nam telefonicznie, że w gablocie przed plebanią wywieszony jest numer telefonu. Jeśli tam zadzwonimy, przyjdzie ktoś z miejscowości i nas wpuści. Jak widać, telefon jest na tym szlaku bardzo ważny, inaczej można mieć poważne problemy z organizacją noclegów. I rzeczywiście niedługo potem zatrzymał się pikap z firmowym oznakowaniem firmy budowlanej, z którego wysiadł mężczyzna w ubraniu roboczym (jak się okazało, szef tej firmy) i nas przywitał. Był już poinformowany i pokazał nam całkowicie odnowioną plebanię.

dość spartańskie wyposażenie kwatery

Na ile rustykalnie wyglądała z zewnątrz, na tyle nowocześnie była urządzona w środku. Supernowoczesne łazienki, w pełni wyposażona kuchnia, nowe okna i drzwi oraz nowe meble w salach wspólnych na parterze pozwalały przypuszczać, że zainwestowano tu dużo pieniędzy. Tu nie oszczędzano, tylko poszło się na całość. Moim zdaniem było to jednak miejscami już za wiele dobrego, zważywszy na stan niektórych nieruchomości, które widzieliśmy dotąd przy szlaku. Natomiast na wyposażeniu kwatery dla pielgrzymów na piętrze niestety trochę zaoszczędzono. Sofa, która wyglądała, jakby gdzieś została, i wysłużona leżanka obok starej szafy, nieprzymocowanej do ściany – to było wszystko, co zastaliśmy. Dlaczego nie napompowałem tu naszych materaców, nie wiem do dziś. Bo noc miała się zamienić w torturę. Zgodziłem się spać na wąskiej sofie, a Andrea rozłożyła swój śpiwór na leżance, która w nocy przy każdym ruchu skrzypiała tak głośno, że oboje się budziliśmy. Ale nie nam dalej na to narzekać. Mieliśmy dach nad głową, a pielgrzym powinien być gotów poradzić sobie także w najprostszych warunkach. Przecież między innymi na tym polega urok tego sposobu podróżowania: by na jakiś czas pożegnać się ze społeczeństwem dobrobytu, wysiąść na chwilę, jak to się ładnie mówi. Ale nikt nie powinien brać nas za wyrzutków ze społeczeństwa, dlatego szybciutko skorzystaliśmy z dobrodziejstw nowoczesności w postaci futurystycznie wyglądającego prysznica.

Prastara lipa przed kościołem

Zamek Wesenberg

Oczyszczeni z kurzu drogi, wybraliśmy się teraz na spacer po naprawdę ładnym mieście. Przed masywnym kościołem od razu rzuca się w oczy ogromna lipa. Ma okazałą średnicę pnia, bagatela ośmiu metrów, i dlatego otrzymała status pomnika przyrody. Pięknie odrestaurowany rynek już widzieliśmy. Poszliśmy więc za drogowskazami do zamku i do portu. Zamek na razie pominęliśmy, zwłaszcza że nie wyglądał szczególnie spektakularnie. Teren jest od 1992 roku remontowany i właściwie nie wygląda tak, jak wyobraża się sobie średniowieczny zamek. Baszta więzienna to nieco bezkształtny ceglany kikut na końcu dużego, długiego budynku. W czasie wojny trzydziestoletniej zespół zamkowy został w dużej mierze zniszczony i zostały tylko brama, części muru i kadłub wieży. Dziś zamek należy do miasta Wesenberg i mieści kilka instytucji, takich jak biuro informacji turystycznej czy izba regionalna, w której pokazywana jest wystawa o rybołówstwie i leśnictwie regionu i którą opiekuje się stowarzyszenie zamkowe.

Port w Wesenbergu

Wszystko to musiałem jednak sobie doczytać, bo w drodze powrotnej wszystko było już zamknięte. Najpierw zajęliśmy się bowiem czymś do jedzenia, co znaleźliśmy w ogródku piwnym przy porcie. À propos portu: ma on wielkość odpowiednią do miasta i składa się więc tylko z długiego drewnianego pomostu, który przytula się do zatoczki jeziora Woblitzsee. Kilku wędkarzy, gapiących się niezbyt szczęśliwie na taflę wody (połamania kija!), siedziało na składanych krzesełkach na pomoście, a przy słupku z przyłączami zacumowała łódź wycieczkowa. Zwiedzanie wypadło więc odpowiednio krótko. Raz tam po pomoście, kilka zdjęć jeziora i z powrotem, i znów zwróciliśmy się ku ogródkowi piwnemu, którego spora frekwencja kazała nam przypuszczać, że warto tu coś zjeść.

Ogródek piwny „am Hafen”

Bogate menu obiecywało też, że nic tu nie pochodzi z puszki, czyli mama wciąż gotuje sama. I mogę to niniejszym potwierdzić. Zamówiona zupa gulaszowa była hitem dnia. Właściciel baru, pomrukując pod nosem, majstrował przy stojaku na parasol i z początku nie wyglądał na szczególnie rozmownego. Kilka przytakujących uwag i już jego twarz się rozpogodziła, a nawet zrobił się dowcipny. Był chyba trochę skwaszony z powodu wielu zadań, które zleciła mu żona stojąca za ladą. Trwały przygotowania do zbliżających się Zielonych Świąt. A ogromna, świeżo skoszona łąka wokół małej sceny pozwalała mi się domyślać, ile razy ten człowiek musiał już dziś po niej chodzić tam i z powrotem, żeby doprowadzić ją do tak zadbanego stanu. Moje zainteresowanie wzbudziła jednak mała drewniana scena z parkietem do tańca przy ogródku. Przede wszystkim z powodu trudności z uzyskaniem pozwolenia na parkiet taneczny u nas w domu, w naszym parku. Pisałem już o tym w innym wpisie. Rodziły się we mnie pomysły, które teraz razem omawialiśmy. Na scenie widniał kolorowymi literami napis „Wesenberger Kleinkunstbühne”. Może powinniśmy po prostu nadać naszemu przedsięwzięciu ciekawą nazwę i zmieniać ją co roku, żeby wciąż na nowo bombardować upartych urzędników wnioskami. Tak długo, aż będą mieli nas dość i przynajmniej raz pokażą się na miejscu. Bo dotąd decydowano wyłącznie zza biurka (oczywiście odmownie), co zajęło bagatela 5 lat. I tak snuliśmy plany, nie zauważając, jak upłynął czas. Na wejście na wieżę było bowiem już za późno. Ciężkie drzwi wejściowe do wieży były już zamknięte – szkoda właściwie, ale nic się nie da zrobić. Coś zrobić musieliśmy jednak jeszcze z pustką w naszych plecakach w kwestii prowiantu. Jak zwykle miejscowy supermarket leżał znów trochę za miastem. Mieszkanka, którą zapytaliśmy o supermarket, posłała nas przez nowe osiedle na skraju miasta. Nigdy nie pytaj kierowcy o drogę przez miasto! Ta dobra kobieta pewnie nigdy jeszcze nie poszła do sklepu pieszo. I po co, przecież przed nim są ładne, duże parkingi. Objazd zauważyliśmy więc dopiero w drodze powrotnej, kiedy dla orientacji kierowaliśmy się wieżą kościoła miejskiego.

Wieczorem

Wieczór był jeszcze młody, a pokój i spanie nie były przecież szczególnie zachęcające. Bez namysłu wynieśliśmy więc stół z kuchni na podwórze, żeby jeszcze delektować się buteleczką wina Rioja (od czasu Camino Francés nasze ulubione wino). Naprzeciwko akurat wprowadzała się do pensjonatu dla rowerzystów para cyklistów, a kiedy nas zauważyli, zaciągnęli wszystkie zasłony. Czyli żadnego kina! Ale w telefonie miałem jeszcze kilka filmików z Kurtem Krömerem, Rainaldem Grebe i H.P. Kerkelingiem, z których śmialiśmy się, aż padła bateria. Teraz musieliśmy jednak, trochę niechętnie, iść do łóżka, i już przeczuwaliśmy, jak to będzie tej nocy. Jak już wspomniałem, Andrea nie mogła spać, bo ledwo śmiała się poruszyć, bo wtedy leżanka okropnie by skrzypiała, a ja budziłem się za każdym razem, kiedy jednak to się zdarzało. Ja z kolei prawie nie mogłem się ruszać, bo leżeć na kanapie mogłem tylko na sztorc (na boku), a stopy leżały na podłokietniku.

Dlaczego ja nie napompowałem tych materaców??

Etap 9: Wesenberg – Neustrelitz (20 km)

To jedyny etap, na którym wychodzi się z miejscowości tą samą drogą, którą się do niej weszło. I tak znów około 8 rano człapaliśmy przez Wesenberg. Noc była dokładnie taka, jak zapowiadały prowizoryczne posłania. I tak naprawdę nie byliśmy jeszcze dziś całkiem rozbudzeni. Owszem, była możliwość zjedzenia śniadania u piekarza, który naprzeciwko plebanii otwierał swój sklep już o 7. Ale wtedy znów dźwigalibyśmy w plecaku mnóstwo starzejącego się jedzenia, które przecież od tego lepsze by się nie stało. Woleliśmy więc pochrupać nasze wczorajsze bułki, a dwie jeszcze posmarowałem na drogę. Najpóźniej w Neustrelitz będzie przecież dość okazji, żeby uzupełnić zapasy prowiantu.

Wyjście rano w Wesenbergu

Człowieku, ale dziś było ciepło! Już rano dało się odczuć, że chłodne dni się skończyły. Już wczoraj na etapie do Wesenbergu było wyraźnie cieplej niż na wcześniejszych etapach. Ale nie będziemy narzekać. Jak dotąd mieliśmy z pogodą sporo szczęścia. A kurtek przeciwdeszczowych potrzebowaliśmy tylko raz. Na południowo-zachodnim krańcu starówki musieliśmy teraz trzymać się prawej strony i tym razem przeszliśmy przez tory innym przejazdem niż wczoraj. Potem droga przez osiedle domków jednorodzinnych długo i stale pięła się pod górę w kierunku północno-zachodnim, wyprowadzając nas z miasta. Za tablicą końca miejscowości niedaleko już było do Kleinquassow, części Wesenbergu. Tu znów we właściwym miejscu stał drogowskaz, który wreszcie sprowadził nas z asfaltowej szosy, którą szliśmy do tej pory.

Betonowa droga przez rezerwat przyrody

Minęło nas kilku spacerowiczów wyprowadzających psy, a już od skraju lasu słyszeliśmy hałas maszyn budowlanych. Kiedy podeszliśmy bliżej, odkryliśmy nowiutką drogę wyłożoną betonową kostką, przy której kilku robotników krzątało się jeszcze z dużą zagęszczarką. „Chyba tego nie zrobili!” A jednak zrobili! Przez sam środek rezerwatu przyrody (wydaje mi się, że to nawet część parku narodowego, w każdym razie droga nazywa się Nationalparkweg Müritz) biegnie teraz betonowa droga dla rowerzystów. Podziękowania dla eurokratów w Brukseli, że teraz jest to możliwe. Jak dowiedzieliśmy się od jednego z mieszkańców, pewien unijny przepis nakazuje bowiem, by długodystansowe trasy rowerowe były utwardzone. A wtedy chętnie przymyka się oko na status rezerwatu przyrody. Czy rowerzyści w ogóle tego chcą, tego z pewnością nikt nie pytał. My, jako piechurzy, w każdym razie nie potrafiliśmy znaleźć w tej drodze nic dobrego. Jak ciało obce wije się teraz betonowy wąż przez las – okropność!

Bocianie gniazdo w Groß Quassow

Po kilku kilometrach i ta droga się jednak skończyła, i szliśmy znów asfaltową szosą dla samochodów w stronę Großquassow. Most poprowadził nas po raz kolejny nad Steinhavel, która już kilka razy przecinała naszą drogę. Już z daleka zobaczyliśmy na dużej stodole zamieszkane bocianie gniazdo. Bociany gniazdują tu od 1938 roku, z powodzeniem 64 razy, i wychowały przy tym 162 młode. To czyni to gniazdo najtrwalszym w całym Strelitzer Land – znak, że w tej okolicy naprawdę wiele bocianów wychowuje młode. Nie da się tego jednak porównać z populacją bocianów na Camino Francés. Tam widywaliśmy czasem nawet 6 bocianich gniazd na jednym kościele. Do głównej atrakcji miejscowości pasuje oczywiście nazwa tutejszej gospody: „Storchennest”, czyli „Bocianie Gniazdo”.

Odpoczynek w „Storchennest”

Na szczęście była już otwarta. Wykorzystaliśmy to więc na krótką przerwę. Bardzo miły gospodarz sam nas obsłużył i oczywiście nie bez ciekawości zapytał o nasz zamiar. Jak zawsze opowiedzieliśmy wszystko o dotychczasowej drodze i o tym, co jeszcze przed nami. Słuchał z wielkim zainteresowaniem. I może rozwialiśmy też trochę zastrzeżeń czy uprzedzeń wobec pielgrzymów. Pielgrzymi, a przede wszystkim schroniska dla pielgrzymów, są – jak często słyszeliśmy – postrzegani przez niektórych mieszkających przy szlaku jako konkurencja dla ich interesu, co tłumaczyłoby też wiele umyślnych zniszczeń znaków szlaku. Spotyka się opinię, że pielgrzym szuka tu tylko taniego sposobu na spędzenie urlopu. To z pewnością zrozumiałe, że wynajmujący pokoje prywatne albo prowadzący wiejski pensjonat, taki jak ten tutaj w Groß Quassow, cieszy się z każdego zajętego łóżka.

I tak tutejszy gospodarz poskarżył się nam na swoją dolę i opisał trudy utrzymania pensjonatu i restauracji przy życiu. Opowiedzieliśmy mu o sensie i celu pielgrzymowania oraz o tym, że nie rozumiemy krytyków i ich krótkowzroczności. Bo każdy pielgrzym ma znajomych albo krewnych, którym opowiada o wspaniałej okolicy i ludziach, i przywozi zdjęcia. Albo pisze, tak jak ja, bloga dostępnego dla wielu. A ponieważ nie każdy potrafi docenić pielgrzymowanie ze wszystkimi wyrzeczeniami, jakie się z nim wiążą, jest to bezcenna reklama regionu z pierwszej ręki. No i przy dotychczasowej liczbie pielgrzymów trudno mówić o poważnej konkurencji. Nasze doświadczenia z Hiszpanii pokazują poza tym, że właśnie w regionach słabo rozwiniętych szlak pielgrzymi może być cennym motorem gospodarki. Wiele miejscowości Kastylii przy drodze bez Camino już dawno byłoby opuszczonymi wioskami-widmami.

Meklemburgia-Pomorze Przednie również uchodzi w Niemczech za region słabo rozwinięty. A ten nowy szlak pielgrzymi to jedna z wielu możliwości, by dalej ożywiać tu turystykę. Szlakowi, regionowi i tutejszym ludziom bardzo należy życzyć, by się to udało. Szczególnie tam, gdzie wciąż są luki w ofercie noclegowej, zniszczona jest też większość drogowskazów. Myślę, że istnieje tu związek i potrzeba jeszcze sporo pracy uświadamiającej, by usunąć tu uprzedzenia.

Ceglany kościół w Groß Quassow

W Groß Quassow w każdym razie bardzo się w tym względzie postaraliśmy. Życzono nam dobrej drogi, a my znów zarzuciliśmy plecaki na ramiona. Ceglany kościół w miejscowości był niestety zamknięty. Z perspektywy czasu, skoro koniec mojej relacji się zbliża, mogę jednak napisać, że w zaskakująco wielu świątyniach zastaliśmy otwarte drzwi. Oczywiście i tu boją się grabieży czy wandalizmu. Ale tam, gdzie znajdzie się ktoś, kto ma czas i możliwość codziennie otwierać i zamykać, pielgrzym zastaje otwarty kościół – co moim zdaniem na szlaku pielgrzymim powinno być normą.

W drodze z miejscowości jeszcze zabawne zdarzenie. Spotkaliśmy „jamnikokonia”. Oboje musieliśmy się roześmiać, bo wyglądało to, jakby ktoś zakopał konia w ziemi po kolana. Aż do Userin, następnej miejscowości dzisiejszego etapu, prowadzi droga z brukowanymi koleinami, na której nieraz mijał nas jakiś pojazd. Nad nami krążyły bociany, a przenikliwe krzyki żurawi niosły się nad polami lśniącymi w ostrym słońcu. Jedynie hałas myśliwca znów porządnie działał na nerwy i zakłócał spokojne wrażenie okolicy.

droga do Userin

Pastwisko dla koni przed Userin

Konie na pastwisku przed Userin chyba już przywykły do hałasu, bo nie okazywały żadnego lęku przy grzmocie silników odrzutowych wznoszącego się wojskowego odrzutowca. Kto wychodzi z Userin we właściwym kierunku na Groß Quassow, musi dobrze uważać, bo drogowskaz umieszczono nieco niefortunnie za plecami wędrowca i łatwo go przeoczyć. Także w samej miejscowości nie było całkiem łatwo się zorientować. Jeśli jednak trzymać się opisu na stronie internetowej, drogę znajdzie się bez problemu. Także tu znów zobaczyliśmy zamieszkane bocianie gniazdo. Userin to całkiem ładna miejscowość z dużym ośrodkiem wypoczynkowym nad Useriner See. Opuściliśmy ją jednak nieco przyspieszonym krokiem. Powód był znów najzupełniej naturalny. Ja w każdym razie znów się cieszyłem, że mam przy sobie dość papieru toaletowego. A skoro już jesteśmy przy temacie: proszę, zabierajcie papier toaletowy i tylko w razie potrzeby używajcie chusteczek higienicznych. Bo one leżą w przyrodzie wiecznie. Zawierają oleiste substancje, które sprawiają, że papier nie rozkłada się szybko. Wrzucane do toalet często zatykają rury kanalizacyjne, a także w oczyszczalniach chusteczki sprawiają kłopoty. Zwłaszcza na mocno uczęszczanych szlakach pielgrzymich niemal w każdym miejscu nadającym się do załatwienia potrzeby natyka się na te niepotrzebne pozostałości. No, ale dość już tego drażliwego tematu. Wykonałem już wystarczająco dużo pracy uświadamiającej w sprawie ochrony przyrody w tym temacie. Dobrze, że o tym porozmawialiśmy!

Odpoczynek przy osadzie Prälank

Z ulgą ruszyliśmy dalej w cienisty las, który w ten bardzo ciepły dzień przyniósł przyjemny chłód, ale też komary. Po wyjściu z lasu odpoczęliśmy przy osadzie Prälank, skupisku zaledwie kilku domów, do których nie prowadzi nawet utwardzona droga. „Mieszkają tu sobie spokojnie i sielsko” – powiedziała Andrea. Jednym tchem dodała jednak, że zimą albo przy złej pogodzie szybko może tu być trudno. Sielanka to jedno – to, co rzuca się w oczy na pierwszy rzut oka. Codzienność wygląda zapewne zupełnie inaczej, zwłaszcza gdy człowiek przywyknie do otoczenia. Więc szybko dalej, zanim się przyzwyczaimy. Bułki posmarowane rano też szybko zniknęły, więc podnieśliśmy się znów z małej ławeczki.

Wylęgarnia komarów

Na następny las nie trzeba było długo czekać. I znów musieliśmy szybciutko wyciągać z plecaka „Antibrumm”, bo w pobliżu drogi widać było między drzewami wiele podmokłych miejsc – wylęgarnię prawdziwej inwazji komarów. Kilku z tych utrapieńców zdążyło już jednak odebrać u nas swój obiad. Nawet na głowie, przez włosy, zaatakowały: tylko nie drapać! Bo będzie jeszcze gorzej. Dopiero znów w słońcu w końcu zgubiliśmy rój komarów. Idąc małą asfaltową drogą i betonową ścieżką, dotarliśmy do Torwitz i u wejścia do wsi skręciliśmy w obsadzoną wierzbami polną drogę, która w pewnej odległości biegnie wzdłuż brzegu Zierker See.

Żurawie na brzegu Zierker See

Na łąkach między drogą a jeziorem kręciło się mnóstwo ptactwa. Widać było czaple, dzikie gęsi, bociany i oczywiście żurawie. I podeszliśmy do nich niezwykle blisko. Te zwykle bardzo płochliwe ptaki stały się zapewne nieco ufniejsze przez bliskość miasta. Stąd bowiem widać już było Neustrelitz. Charakterystyczna wieża kościoła miejskiego wyglądała zza drzew. Mimo to zostało jeszcze kilka kilometrów, bo między nami a miastem wciąż leżało Zierker See. Miejscowość Zierke, od której jezioro wzięło nazwę, minęliśmy po lewej. Byliśmy tu już dwa lata temu. Tu też po raz pierwszy zobaczyliśmy tabliczki z muszlą i nieświadomie szliśmy już kiedyś tym szlakiem pielgrzymim. Dopiero później dowiedzieliśmy się o tej drodze. Jak już pisałem, najpierw dziwiliśmy się przecież, że muszla służy tu za znak szlaku.

Pomost nad Zierker See

Ładny zadaszony pomost nad Zierker See, do którego dotarliśmy tuż przed Neustrelitz i z którego roztacza się piękny widok na jezioro, znaliśmy więc już wcześniej. Przez teren miejskiej mariny szliśmy teraz zygzakiem i wkrótce staliśmy przy małym basenie portowym. Przycumowało kilka statków wycieczkowych. Ogródki kawiarni i restauracji w starym, odrestaurowanym spichlerzu przy porcie znów były dobrze obsadzone. My jednak poszliśmy na półwysep Helgoland. Tak, w Neustrelitz Helgoland jest półwyspem. Stoi na nim tylko jeden dom. I jest to gospoda z długą tradycją, którą też już znaliśmy. A tam, gdzie człowiek się zna i ma dobre doświadczenia, ciągnie go z powrotem. Ponieważ do zapowiedzianej godziny przybycia do Borwinheim było jeszcze daleko, mieliśmy dość czasu na kawę, a raczej piwo.

znów spotykamy Anne

Raczej kątem oka zobaczyłem nagle w pewnej odległości zielony plecak z plastikowymi kwiatuszkami, który wydał mi się jakoś znajomy. No tak, to była ta pątniczka, którą spotkaliśmy już w Wokuhl. I która szła szlakiem w kierunku przeciwnym do nas. Co za przypadek, że znów się spotykamy, bo przecież właśnie w mieście jest naprawdę wiele dróg, którymi można się minąć. Ku zdziwieniu Andrei i kelnerki, z którą akurat rozmawialiśmy, zerwałem się, żeby pobiec za Anne, która właśnie znów kierowała się w stronę miasta. Była tak samo zaskoczona, że znów nas widzi, jak my. Zaprosiłem ją na kawę i oczywiście gawędziliśmy o tym, co w międzyczasie przeżyliśmy. Potem jednak nasze drogi znów się rozeszły. My chcieliśmy iść do noclegu, a ona zamierzała dojść jeszcze do Mirow. „W życiu zawsze spotyka się dwa razy” – powiedziałem na pożegnanie, świadom, że to był już nasz drugi raz. Ale czemu nie i trzeci? Szybko zapisałem sobie jeszcze jej adres e-mail.

Nasz nocleg w Borwinheim

Do Borwinheim zadzwoniliśmy na życzenie już dzień przed przybyciem i zgłosiliśmy się. Kolejny telefon upewnił nas, że już na nas czekają. Miły pan, którego nazwisko niestety wyleciało mi z głowy, przyjął nas i z rozwlekłymi objaśnieniami pokazał nam ogromny dom, który dopiero niedawno, po kosztownym, wartym miliony remoncie, został ponownie otwarty. Szczególnie zrobiła na mnie wrażenie duża sala z wbudowanymi organami. „Może przyjdzie jeszcze nasz kantor na próbę” – powiedział nam ten pan. „Bardzo bym się ucieszył” – odparłem. Niestety nie przyszedł. Przynieśliśmy dwa materace ze strychu i urządziliśmy się wygodnie w małej sali. Było tu mnóstwo miejsca, więc rozłożyliśmy nasze rzeczy szeroko, żeby znów zrobić porządek w plecaku. Można by tu też było zrobić pranie w pralce. Nie mieliśmy jednak takiej potrzeby. Materace położyliśmy na puszystym dywanie leżącym w kącie dużego pomieszczenia. I tak tym razem znów mieliśmy bardzo wygodne posłanie – w każdym razie bez porównania z poprzednią nocą!

Panorama rynku w Neustrelitz

Po prysznicu chcieliśmy jednak jeszcze raz przejść się po mieście. Neustrelitz znaliśmy już z poprzedniej wizyty, więc nie musieliśmy urządzać wielkiego zwiedzania. Nie chciałbym jednak pominąć tego, że Neustrelitz jak najbardziej warto odwiedzić.

Rynek w Neustrelitz

Ciekawy układ miasta, w którego centrum leży rynek z kościołem miejskim, jego charakterystyczną wieżą i ratuszem, nie ma sobie równych. To barokowe miasto rezydencjonalne powstało na desce kreślarskiej. Osiem prostych jak świeca ulic prowadzi z rynku w głównych i pośrednich kierunkach świata za miasto, a raczej schodzi się w jego centrum. W pobliskiej dzielnicy zamkowej oprócz bardzo pięknie założonego parku ze Świątynią Hebe i wieloma rzeźbami można zwiedzić także kościół zamkowy, oranżerię, stajnię dworską, Carolinenstift i Carolinenpalais. Zamek niestety od 1945 roku już nie istnieje. Konstrukcja z rusztowań obciągniętych pasami tkaniny z nadrukowaną fasadą przywraca jednak sylwetkę dawnego zamku. Kościół zamkowy to dzieło budowniczego Friedricha Wilhelma Büttela, którego budowle spotykaliśmy już w wielu innych miejscowościach na szlaku.

metalowa strelicja

Przeszliśmy obok lśniącej w słońcu strelicji ze stali nierdzewnej, która stoi na wysepce drogowej niedaleko portu. Podobieństwo rdzenia nazwy kwiatu i miasta Neustrelitz nie jest przypadkowe. Pośrednio to Neustrelitz dało roślinie nazwę. Pewien angielski przyrodnik nazwał bowiem w 1773 roku odkrytą w Afryce Południowej piękność na cześć angielskiej królowej „Strelizia Reginae”. Ówczesna królowa Anglii była z domu księżniczką Zofią Charlottą Meklemburską-Strelitz. No cóż, podróże kształcą – tego też wcześniej nie wiedziałem, choć jakoś się nad tym nie zastanawiałem. Niektórzy nazwaliby to „wiedzą bezużyteczną”. Bezużyteczne na pewno nie byłoby za to zdobycie jeszcze czegoś do jedzenia. Przy porcie jest hala rybna. Nazywa się „zum Fischerhof” i podobno można tu dostać świeżą rybę i coś niewielkiego zjeść. Wielkiego głodu bowiem nie mieliśmy.

Nadciąga burza?

Wystarczyła nam więc bułka z rybą w tej budce z jedzeniem. Niczym więcej naprawdę nie chciałbym tego przybytku nazwać. Stan zewnętrzny lokalu odpowiadał mniej więcej wyglądowi sprzedawczyni ryb. Z wielkim trudem dało się wyrzucić ten widok z głowy, jedząc bułkę. Pan, który przyjął nas w Borwinheim, właściwie już nas ostrzegał. Dlaczego nie rzuciło nam się to w oczy już przy pierwszej wizycie? Wtedy rozsiedliśmy się wygodnie w ustawionych koszach plażowych i uważaliśmy, że całkiem przyjemnie jest w nich siedzieć, coś pić i wpatrywać się w jezioro. To samo robiliśmy i teraz, i nad sunącą po jeziorze łodzią smoczą widzieliśmy niebo, które robiło się coraz ciemniejsze. Coś nadciągało i musieliśmy się obawiać, że jeszcze dziś zmokniemy w drodze powrotnej. Ruszyliśmy więc stamtąd. Tego „do widzenia” nie mówiliśmy jednak całkiem poważnie. Pogoda z ciemnymi chmurami przeszła bokiem i mogliśmy jeszcze chwilkę posiedzieć na zewnątrz na podwórzu przy butelce wina.

duża sala Borwinheim

Wcześniej jednak mieliśmy jeszcze gościa. Oprócz pastora po południu przedstawiono nas także byłemu kantorowi Borwinheim. Nie wiem, czy jego wieczorna wizyta była pretekstem, żeby sprawdzić nas, którzy dzierżyliśmy władzę nad kluczami do domu, czy naprawdę chciał zabrać nuty, jak mówił. Przy przekazaniu kluczy usilnie nam zalecano, żeby zawsze sumiennie wszystko zamykać, bo w domu kręcili się już włamywacze albo włóczędzy, którzy dawali się zamknąć w środku. Jego troska o bezpieczeństwo domu była więc z pewnością uzasadniona. Tym bardziej że najwyraźniej nie bardzo wiedział, co sądzić o pielgrzymowaniu. Zapytał bowiem, jak duża jest nasza grupa. Widział nasze rozłożone rzeczy w małej sali i zachodził w głowę, ile osób to wszystko przywiozło. Jego drugie pytanie, o nasze rowery, i nasza odpowiedź, że jesteśmy tylko we dwoje i pieszo, tylko uwidoczniły jego konsternację. Chyba po prostu nie potrafił sobie wyobrazić, że wszystko, czego się potrzebuje, można nieść na plecach i z tym radzić sobie przez setki kilometrów i kilka tygodni. Na jego usprawiedliwienie muszę powiedzieć, że ja trzy lata temu też nie potrafiłem sobie tego wyobrazić.

Świadomi, że jesteśmy zupełnie sami w tym wielkim domu, i pamiętając upiorne opowieści naszego gospodarza, zaszyliśmy się w śpiworach. Historia z włamywaczami chyba nie dawała Andrei całkiem spokoju, bo w nocy słyszała dziwne odgłosy. Akurat wszedłem w pierwszą fazę głębokiego snu, kiedy mnie obudziła, więc żeby ją uspokoić, próbowałem zbadać ten odgłos albo przynajmniej go zlokalizować. Sam też nie byłem pewien, ale udało mi się przekonać Andreę, że odgłosy dochodzą z zewnątrz. Zerwał się tymczasem lekki wiatr, a kto wie, co tam na pobliskim zapleczu supermarketu lata i, nie będąc przybite na głucho, wypuszcza w noc dziwne dźwięki.

Na wszelki wypadek zamknąłem potem drzwi naszej sypialni na klucz…

… nigdy nic nie wiadomo!

Etap 10: Neustrelitz – Zippelow (17 km)

Wczorajsze ciemne chmury odpłynęły, więc znów wyruszyliśmy w promiennie piękny dzień. Gdy rzeczy były już spakowane w plecakach, a materace znów leżały na strychu, oddaliśmy klucz i opuściliśmy Borwinheim. Na śniadanie dogodnie było mieć supermarket tuż obok.

Wyjście spod Borwinheim w Neustrelitz

Jest tu piekarz, a także rzeźnik. I dziś nie spieszyło nam się zbytnio, bo do Zippelow było przecież tylko 17 kilometrów. Przez co najmniej godzinę rozmawialiśmy więc z sąsiadami przy stoliku, starszym małżeństwem, które opowiedziało nam pół swojego życia. Około 9 najwyższy był jednak czas ruszać – a pod koniec dnia miało się potwierdzić, że to było dobre posunięcie.

Wzdłuż B97

Droga z Neustrelitz prowadzi przez Glambecker Straße. Za dużym skrzyżowaniem wiodła nas dalej przez kilka kilometrów wzdłuż B97. Nasze obawy, że będziemy musieli iść nudnym odcinkiem wzdłuż ruchliwej drogi krajowej, na szczęście się nie potwierdziły. Między jezdnią a asfaltową drogą rowerową biegnie szeroki pas zieleni porośnięty drzewami i krzewami, dzięki któremu marsz pieszo jest znośny. Wbrew trasie, którą zaplanowałem z góry, zeszliśmy też z B97 dużo wcześniej, w lewo, na Königin-Louise-Weg. Od Hohenzieritz, następnej miejscowości, do której teraz zmierzaliśmy, aż dotąd można właściwie polegać na oznakowaniu Königin-Louise-Weg.

Königin-Louise-Weg w okolicy jezior źródłowych Haweli

Pokrywa się on w 100% z przebiegiem szlaku pielgrzymiego. Także dlatego zrezygnowałem z dokumentowania brakujących albo zniszczonych znaków muszli. Ta bardzo piękna droga prowadzi niemal cały czas, lekko pagórkowato, przez gęsty las liściasty. Tu i ówdzie przy drodze jest małe jeziorko albo strumyczek. Nic dziwnego, przemierzaliśmy tu przecież obszar źródłowy Haweli. Znajdowaliśmy się na swego rodzaju dziale wodnym. Podczas gdy prawie wszystkie jeziora na południe stąd są w jakiś sposób, naturalnie albo kanałem, połączone z Hawelą, Tollensesee leży niejako za górą. Wypływa z niego Tollense, która później uchodzi do Piany. Ma więc połączenie z Bałtykiem. Wzdłuż zachodniego brzegu Tollensesee ciągnie się krajobraz moreny czołowej. Na krótkim odcinku są tu różnice wysokości ponad 100 metrów. I tak w stronę Hohenzieritz idzie się teraz prawie bez przerwy pod górę. Przy wejściu do wsi obserwowaliśmy poczynania miejscowej ochotniczej straży pożarnej. Podczas gdy „starzy” stali przy swoim wozie i patrzyli za nami zdumieni, młodzieżowa drużyna strażacka ciągała węże po okolicy. No, ci przynajmniej mają następców, pomyślałem. U nas w domu straż pożarna powoli wymiera. Kończy się ponad stuletnia tradycja – właściwie szkoda. Ale ja ze swoimi 55 latami jestem zdecydowanie najmłodszym strażakiem w naszej miejscowości. I tak ze względu na wiek nie wolno nam już czynnie interweniować, kiedy się pali. Nasze działania gaśnicze ograniczają się więc teraz raz w miesiącu już tylko do gaszenia pragnienia, ku radości tutejszej gastronomii.

Wejście do Hohenzieritz

drugie śniadanie

Ale wróćmy do drogi: pragnienie po podejściu w palącym słońcu mieliśmy i my. „Dziś jeszcze coś będzie” – pomyślałem. I miałem nadzieję, że spodziewana burza nadciągnie dopiero, gdy dotrzemy do Zippelow. Gastronomia w Hohenzieritz najwyraźniej spokojnie przygotowywała się do nadchodzących Zielonych Świątek, bo niestety wszystko było zamknięte. Nie pozostało nam więc nic innego, jak usiąść na nieco chybotliwej ławce przed wejściem do parku zamkowego i zjeść zabrane zapasy: kilka mini salami i dwie gumowate bułki. Ale ja ponaglałem do wymarszu. Hohenzieritz też nie sprawiało wrażenia, że chce nas zatrzymać. Zamek oglądaliśmy więc tylko z daleka. Dokładne zwiedzanie zajęłoby za dużo czasu. Zanim pójdziemy dalej, jeszcze jedna ważna uwaga: wbrew informacji na stronie internetowej na plebanii w Hohenzieritz nie ma noclegu. Taka też była reakcja tutejszego pastora, gdy skontaktowałem się z nim przed naszą podróżą. Szukałem noclegu tu w okolicy, bo początkowo planowane schronisko w Prillwitz (nawiasem mówiąc, także wbrew informacji na stronie) również nie było jeszcze dostępne.

Piękny widok na Tollensesee i Prillwitz

Wychodząc z Hohenzieritz, ma się piękny widok na Tollensesee i widać już też miejscowość Prillwitz, leżącą nad jeziorem Lieps. Lieps łączy się z Tollensesee pasem bagien. Droga do Prillwitz prowadzi dość stromo w dół. Pielgrzymi na zachodniej odnodze szlaku mogą więc liczyć się z wyciskającym pot podejściem za Prillwitz i mieć nadzieję, że nie będzie aż tak ciepło albo że przynajmniej mała kawiarenka w Hohenzieritz będzie otwarta. W Prillwitz najpierw odwiedziliśmy bardzo piękną kaplicę „Dobrego Pasterza”, ufundowaną przez nowego właściciela pałacu myśliwskiego. Zbudowano ją w 2011 roku z ponad stuletnich cegieł klinkierowych.

Kaplica Dobrego Pasterza

Kościół w Prillwitz

Plebania w Prillwitz

Tutejszy kościół ewangelicki pochodzi ze średniowiecza i pierwotnie był kościołem ceglanym. W 1730 roku przebudowano go na konstrukcję szachulcową, a w 1893 roku otrzymał wieżę w stylu neogotyckim. Oprócz bardzo pięknej ambony i rzeźbionego ołtarza w oczy rzuca się tu loża patronacka z licznymi herbami rodowymi. Obok kościoła widzieliśmy już postępy w przebudowie plebanii. Od jesieni ma tu być oferowany nocleg dla pielgrzymów. Zboczyliśmy teraz nieco z drogi, żeby pójść do przystani w Prillwitz. Kursuje stąd regularna żegluga z Lieps przez Tollensesee aż do Neubrandenburga. Po prawej stronie drogi prowadzącej tam patrzy się na bardzo pięknie urządzony park krajobrazowy, na którego wschodnim końcu leży wspomniany już pałac myśliwski. Pałac myśliwski ma burzliwą historię. Oprócz wciąż istniejącego dworu z XVIII wieku – zbudowany w 1890 roku przez wielkiego księcia Fryderyka Wilhelma II Meklemburgii-Strelitz dla syna – po 1945 roku został splądrowany i służył jako kwatera dla uchodźców. W 1955 roku Kombinat Energetyczny Neubrandenburg przejął dom jako obiekt wypoczynkowy. Mimo kilku przebudów w duchu epoki pałac został w ten sposób przynajmniej uratowany przed ruiną. Od 1995 roku pałac jest hotelem z restauracją, od 2006 roku znajduje się w rękach prywatnych i został stylowo odrestaurowany. Prace przebudowy wciąż trwają. Park, z pewnymi zastrzeżeniami, pozostał otwarty dla mieszkańców. I tak widzieliśmy kilka osób spacerujących po parku i wiele bawiących się w nim dzieci.

Przystań w Prillwitz

Na przystani spotkaliśmy kilku wesołych wycieczkowiczów, którzy jechali rowerami i robili tu sobie przerwę z kilkoma butelkami piwa, kawą i przekąską. Już przy powitaniu od razu zdemaskowano nas jako Sasów. Chwila pogawędki i poszliśmy dalej na pomost. Obok niego jest kąpielisko, a dwie dość tęgie panie odważyły się nawet wejść w zimne fale Lieps. Z wyspy na jeziorze dobiegał wrzask setek ptaków. Setki kormoranów przejęły tu już władzę. Ich odchody niemal całkiem ogołociły drzewa z liści.

Jezioro Lieps

Lieps jest częścią rezerwatu przyrody Nonnenhof o powierzchni 1049 hektarów. Około 170 gatunków ptaków ma tu swoje lęgowiska. Żyją tu też wydry i różne rzadkie gatunki nietoperzy. Co roku podczas przelotów odpoczywa tu do 17 000 gęsi białoczelnych i zbożowych, a także różne gatunki kaczek. W przeciwieństwie do pobliskiego Tollensesee obowiązuje tu zakaz wszelkiego prywatnego ruchu łodzi. Nawet wędkowanie jest zabronione. Kursować mogą tylko statki pasażerskie. Żadnego jednak nie było widać w promieniu wielu kilometrów. Nic nie szkodzi, i tak chcieliśmy pokonać pozostały odcinek do Neubrandenburga pieszo dopiero jutro. Tą samą drogą wróciliśmy teraz do centrum Prillwitz, żeby opuścić je w kierunku Zippelow, naszego dzisiejszego celu. Wąską asfaltową drogę obrzeżają prastare wierzby głowiaste, a na pastwiskach stały krowy imponująco masywnej rasy.

Nocleg dla pielgrzymów w Zippelow

Już po krótkim czasie dotarliśmy do pierwszych domów Zippelow. Jedno ostre podejście i już miejscowość się skończyła – tak w każdym razie myśleliśmy początkowo. Ale po prawej stronie na skrzynce pocztowej świeciła niebiesko-żółta tabliczka schroniska, za nią numer 6a (nazw ulic ta maleńka miejscowość nie ma), dawna obora przebudowana z wielką pracowitością i pomysłowością. Trzy młode rodziny połączyły tu siły i dokonały małego cudu. No i dwie z nich otwierają swój dom także dla pielgrzymów. W weekend zielonoświątkowy mieliśmy trochę problemów ze znalezieniem jeszcze wolnych noclegów. I tak nocleg u pani Falk był właściwie już zajęty, kiedy pytałem o niego telefonicznie. Nic nie szkodzi, bo właśnie dlatego taszczyłem namiot w plecaku przez całą drogę. Niemal trochę rozczarowany musiałem jednak teraz usłyszeć, że zapowiedziani krewni jednak nie przyjechali i możemy zamieszkać w domu. Tylko dlatego, że niebo groźnie pociemniało, a wkrótce potem lunął ulewny deszcz, ustąpiłem i zostawiłem namiot w pokrowcu. Na twarzy Andrei malowała się ulga. Dwa piętra w górę idzie się do bardzo ładnie urządzonego pokoju pod dachem starego domu. Na powitanie na stole stał domowy sok jabłkowy.

nasz pokój

Wygodna podwójna leżanka czekała na nasze śpiwory. No dobrze, to wszystko było z pewnością dużo wygodniejsze niż spanie w namiocie. Złościło mnie tylko, że teraz Andrea miała rację, bo już wcześniej mówiła, że namiotu i tak nie będziemy potrzebować. Ale przypomniałem sobie piękne powiedzenie Krümela, naszego przyjaciela z Neubrandenburga, który też miał ze sobą namiot na swojej pielgrzymce przez Hiszpanię: „Namiotu wprawdzie nigdy nie użyłem, ale potrzebowałem go dla głowy”. I ze mną jest dokładnie tak samo. Czuję się spokojniej, kiedy wiem, gdzie i jak wieczorem złożę głowę. Może kiedyś to przezwyciężę. Ale na razie muszę się z tym pogodzić i dźwigać konsekwencje. Choć nocleg był piękny, mieliśmy jednak jeszcze jeden problem – jedzenie. Na dzisiejszej trasie na próżno szukaliśmy możliwości zrobienia zakupów, więc wieczór mógł być dość chudy. Pani Falk nas jednak zaprosiła i w jej klimatycznej kuchni zjedliśmy coś w rodzaju placka ze szpinakiem (na pewno ma to jakąś inną nazwę, nie znam się na tym za bardzo), który bardzo nam smakował. Było nam trochę głupio. Nie chcieliśmy jednak odrzucać gościnności, którą ofiarowali nam ci mili ludzie. Najbliższy sklep był w Penzlin, oddalonym od Zippelow o jakieś 7 kilometrów. Pieszo to o późnym popołudniu o wiele za daleko. Pożyczyłem więc rower, żeby po burzowym deszczu tam pojechać i jeszcze coś kupić. Hej, ale tam było w górę i w dół! No i jeszcze ten nieprzywykły rumak – trochę trwało, zanim do siebie przywykliśmy. Jedno jednak szybko stało się jasne: bez przerzutek w niektórych miejscach musiałbym prowadzić rower. Ten krajobraz moreny czołowej daje w kość swoimi krótkimi, ostrymi podjazdami. A ja wcale nie jestem dobry w jeździe pod górę, co z pewnością wiąże się z moją nadwagą. W oddali widziałem wieże masywnego kościoła w Penzlin. Ale miejscowość po prostu nie chciała się przybliżyć. Przy każdym zjeździe myślałem już o drodze powrotnej. Szczególnie do samej miejscowości długo jechało się w dół. Do tego jedyny jeszcze otwarty sklep był na drugim końcu Penzlin.

Widok z okna naszego noclegu

Tuż przed zamknięciem stałem z koszykiem przy kasie: kilka bułek, kawałek sera, trochę twardej kiełbasy, dwie butelki piwa (na nie po tej jeździe uczciwie zasłużyłem!) i butelka czerwonego wina. Razem z ciężkim plecakiem na grzbiecie pięliśmy się teraz pod górki, sapiąc jeszcze bardziej, za to tym szybciej z nich zjeżdżaliśmy. Nieco zazdrośnie patrzyłem za kolarzem szosowym, który na jednym z podjazdów dosłownie zostawił mnie w miejscu. „Gdybym tu miał swoją szosówkę! No to wtedy!!” – miałem ochotę za nim zawołać. A tak cieszyłem się, że damka miała przynajmniej przełożenie do wspinaczki. Po mniej więcej godzinie byłem z powrotem w Zippelow i prawie nie zmokłem. Krótko po moim przyjeździe znów zaczęło mocniej padać. Schroniliśmy się więc pod wiatą garażową, opróżniliśmy naszą butelkę czerwonego wina i patrzyliśmy na piękny dom, który służył nam tu za schronisko.

I teraz ja też byłem całkiem zadowolony, że nie muszę spać w namiocie.

Linki i inne relacje

Inne relacje Andrei i Gerta Kleinsteuberów: