Via Regia / Ekumeniczny Szlak Pielgrzymi
Ekumeniczny Szlak Pielgrzymi na Via Regii: relacja z trasy, jej najciekawszych miejsc i osobistych wrażeń z wędrówki tuż za progiem domu.

Ekumeniczny Szlak Pielgrzymi (Ökumenischer Pilgerweg) wiedzie historycznym przebiegiem „Drogi Królewskiej” – Via Regia. Od 2003 roku nawiązuje w ten sposób do dziejów pielgrzymów minionych stuleci i na całej długości oferuje schroniska pielgrzymie. Andrea i Gert Kleinsteuberowie przeszli go w maju 2012 roku i przywieźli z tej wędrówki obszerną relację.
Oryginał artykułu można znaleźć na ich własnej stronie internetowej.
Przygotowania
Trochę przypadkiem dowiedzieliśmy się o szlaku pielgrzymim, który przebiega niemal tuż pod naszymi drzwiami – o Via Regii, zwanej też Ekumenicznym Szlakiem Pielgrzymim, prowadzącej przez Saksonię, Saksonię-Anhalt i Turyngię.
Szlak zaczyna się w Görlitz i biegnie przez Bautzen, Kamenz, Großenhain, Strehlę, Wurzen, Lipsk, Merseburg, Freyburg, Naumburg, Eckartsbergę, Erfurt, Gothę i Eisenach aż do Vachy – i tym samym wymieniliśmy już najważniejsze miejscowości na trasie.
Z prasy dowiedzieliśmy się o małym stowarzyszeniu pielgrzymio-kulturalnym w Kleinliebenau pod Lipskiem, które postawiło sobie za cel zapewnianie pielgrzymom noclegu. Mały kościółek, który dawniej należał do majątku rycerskiego, przywrócono do życia dzięki pieniądzom z powiatu Delitzsch, od sponsorów i dzięki mnóstwu własnej pracy. Ale o tym później.
Po naszym Camino Francés w maju i czerwcu 2011 roku i po wciąż jeszcze odczuwalnych, bardzo pozytywnych przeżyciach nasze zainteresowanie w każdym razie się obudziło. I chcieliśmy przyjrzeć się temu wszystkiemu bliżej.
Na początku 2012 roku postanowiliśmy więc wyruszyć prosto z domu.
Dlaczego nie z Görlitz?
Loty na Camino Primitivo we wrześniu 2012 roku były już zarezerwowane i na to trzy tygodnie mojego urlopu były już na sztywno zaplanowane. A nawet niemiecki urzędnik nie dostaje tyle urlopu, żeby móc przejść w ciągu roku dwa długie szlaki pielgrzymie. Postanowiliśmy więc wyruszyć prosto z domu. I to było zupełnie nowe uczucie – po prostu zamknąć za sobą drzwi i iść.

Jezioro Werbeliner See na południe od Delitzsch
Oczywiście byłem też trochę ciekawy samego szlaku. Zrobiłem różne poszukiwania w internecie, rozpracowałem przebieg trasy, zdobyłem adresy i numery telefonów schronisk i wsiadłem na rower, żeby rozpoznać ładną i krótką drogę z Delitzsch do Kleinliebenau. Te połączenia zna się właściwie tylko z samochodu. Znaków z muszlą oczywiście szuka się na próżno, bo na szlak trafia się dopiero tuż przed Kleinliebenau.

Błotnista droga przed Lindenthal
W mróz wsiadłem więc na rower, żeby zbadać tę drogę. Do granicy powiatu przy autostradzie A14 wszystko szło dobrze. Tam znam ścieżki rowerowe. Potem jednak robiło się coraz trudniej i kilka razy musiałem zawracać, bo droga prowadziła w ślepy zaułek. Szczególnymi przeszkodami okazały się przy tym droga krajowa B6, linia kolejowa Lipsk – Schkeuditz oraz rzeki Weiße Elster i Luppe. Lasy łęgowe były straszliwie błotniste, bo wierzchnie warstwy gleby zaczynały rozmarzać. Prawdziwe grzęzawisko, a ja nie miałem ze sobą ani dość picia, ani niczego do jedzenia. Gruntownie nie doceniłem tej trasy, nie mówiąc już o tym, że wiał mi w twarz porządny wiatr.

Kościół majątku rycerskiego w Kleinliebenau
W Kleinliebenau w ogóle nie zabawiłem długo i w nadziei na wiatr w plecy zarządziłem odwrót. – Akurat! – po południu wiatr ucichł i znów musiałem mocno naciskać na pedały. Dopiero o zmierzchu, z kompletnym „odcięciem” z głodu (rowerzyści wiedzą, o czym mówię), dotarłem do domu. A pewnego wyobrażenia o szlaku nadal nie miałem.

Mój zabłocony rower
Wciąż jeszcze się nie nauczyłem, żeby trochę wyluzować i pozwolić sprawom toczyć się swoim torem. I to była za to kara.
W kolejnych tygodniach dokonaliśmy jeszcze różnych zakupów, związanych także z Camino Primitivo. Potrzebowaliśmy nowych lekkich kijków trekkingowych, nowych kurtek przeciwdeszczowych i innych ważnych i nieważnych rzeczy. W każdym razie pakowanie plecaka znów sprawiało przyjemność.
Kijki trekkingowe na stosunkowo płaskiej Via Regii?
Po pierwsze, jest tu i ówdzie jakieś podejście, po drugie, na Camino Primitivo na pewno będą nam potrzebne, a po trzecie, w międzyczasie zmienił się nasz plan trasy: za Eisenach chcieliśmy skręcić na Rennsteig i iść nim aż do Oberhofu. W Suhl mieszkają nasi przyjaciele i chcieliśmy ich odwiedzić na piechotę.
Z Eisenach do Oberhofu to co najmniej dwa etapy. Trzeba więc było znaleźć jeszcze nocleg przy Rennsteigu. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Wiele górskich schronisk, które były tam w czasach NRD, padło tymczasem ofiarą gospodarki rynkowej. Przy samym Rennsteigu prawie nie ma miejscowości. To szlak grzbietowy, a przodkowie wiedzieli, że tam na górze zawsze wieje, i budowali swoje domy w dolinach. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy jednak we Friedrichroda mały pensjonat w przystępnej cenie, który przyjmuje gości także na jedną noc.
Dzień 1: Delitzsch – Kleinliebenau
Czas płynie jak szalony i często uśmiechałem się, kiedy starsi ludzie wiązali to ze swoim wiekiem. Po pięćdziesiątce odczuwa się to jednak coraz bardziej i właściwie już wcale nie jest do śmiechu.
I tak szybko nadszedł ten dzień, w którym na 14 dni zamknęliśmy za sobą drzwi domu.

I to wszystko ma się zmieścić w plecaku
Wieczorem przed wyjściem jeszcze raz rozłożyliśmy na podłodze wszystko, co naszym zdaniem miało nam się przydać w pieszej wędrówce. Nie będę tu wypisywał listy rzeczy do spakowania, powiem tylko tyle, że większy z dwóch plecaków to oczywiście mój (7,5 kg), a mniejszy należy do Andrei (6,3 kg). Do tego dochodzi po butelce wody (1 kg). Znów mieścimy się w limicie i mniej więcej odpowiada to temu, co nieśliśmy na plecach na Camino Francés. Dodatkowo tym razem mieliśmy ze sobą karimaty. Są one wyraźnie wymagane w przewodniku pielgrzyma, który razem z paszportami pielgrzyma zamówiliśmy w stowarzyszeniu Ökumenischer Pilgerweg e.V. przez ten link. Przewodnik jest wprawdzie bardzo pouczający i ładnie wydany, ale jak dla mnie był trochę za ciężki i za duży.

Po lewej mój plecak, po prawej plecak Andrei
Skopiowałem sobie najważniejsze rzeczy – mapy i dane schronisk – i w ten sposób znów zdjąłem z pleców kilka gramów. Tym razem mój plecak Deutera 35+10 litrów nie był tak naprawdę pełny, a i 35-litrowy Gröden Andrei miał jeszcze sporo luzu. Miało nam to wyjść na dobre, bo często musieliśmy robić zapasy prowiantu. Ale o tym przy odpowiedniej okazji później.

My oboje przed naszym domem
O 6.30 staliśmy więc przed naszym domem. Pogoda dopisywała i miała taka pozostać na całej trasie, plecak był przyjemnie lekki, a radość z tego, co nas czeka, była wielka.
Dziwnie jednak iść w stroju pielgrzyma przez własną wieś. Tutaj każdy zna każdego, a niektórzy wciąż jeszcze nie bardzo wierzyli, że naprawdę przeszliśmy całe 800 kilometrów Camino Francés. O naszym zamiarze wiedzieli właściwie wszyscy, bo w gablotach w miejscowości wisiały jeszcze plakaty naszego stowarzyszenia regionalnego.
Zaledwie tydzień wcześniej na imprezie stowarzyszenia, do którego oboje należymy, wygłosiłem prelekcję o naszym Camino i na koniec dałem znać, dokąd w tym roku jeszcze się wybieramy. Nie mam tym niedowiarkom tego za złe. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu sam nie wierzyłem, że takie odległości, przy których nawet samochodem robi się przerwę, można pokonać pieszo.

Aleja lipowa przed Brodau
Pierwsze kilometry do autostrady A14 dłużyły się nam. Znamy tu każdy kamień z naszych wycieczek rowerowych wokół nowo powstałych jezior na południu od Delitzsch. Pieszo rzadko chodzimy tymi drogami, choć i tutaj odbyliśmy już kilka wędrówek przygotowawczych, żeby sprawdzić, czy buty pasują i czy plecak dobrze leży. Zwykle wędrujemy raczej na północ od Delitzsch, w Goitzsche, również dawnym terenie kopalni odkrywkowej węgla brunatnego, bo tam przyroda jest już dalej w odzyskiwaniu zniszczonego krajobrazu. A teraz zupełnie nowe uczucie wędrowania: idziemy w jednym kierunku, a nie w kółko z powrotem do samochodu. Domy naszej wsi stawały się coraz mniejsze i wkrótce dotarliśmy do sąsiedniej wsi i do jeziora Werbeliner See.
Na dolnej ścieżce nad jeziorem nagle zadzwonił za nami dzwonek. Przewodniczący naszego stowarzyszenia dogonił nas na rowerze, żeby się z nami pożegnać. A może chciał tylko sprawdzić, czy naprawdę idziemy?
Pierwszy postój zrobiliśmy w wiejskiej masarni w Radefeld. Do tego miejsca jest już 14 kilometrów, a stopy jeszcze specjalnie nie bolały. Po kawie ruszyliśmy dalej w kierunku Schkeuditz.
Droga wzdłuż fabryki Porsche ciągnie się strasznie i jest wszystkim, tylko nie sielanką.
Biegnie jako asfaltowa ścieżka rowerowa obok nowo zbudowanej ulicy, pod młodymi drzewami alejowymi, które jeszcze nie dają cienia: po lewej fabryka Porsche, a po prawej południowy pas startowy lotniska Halle-Lipsk z ogromnym centrum logistycznym DHL. Od czasu do czasu mijali nas rowerzyści, którzy mieli dla nas tylko współczujące spojrzenia. W ogóle ciekawie było obserwować, jak ludzie na nas reagują. W Hiszpanii każdy przy szlaku wie, dlaczego ludzie z muszlą przy plecaku idą (prawie) zawsze w jednym kierunku, na zachód (niektórzy idą też z powrotem). Ale tutaj, w Niemczech?

Most na Luppe
Także droga wzdłuż B6 do Schkeuditz, właściwie również pomyślana jako ścieżka rowerowa, mało nadawała się do chodzenia. W pewnym momencie twardy asfalt czuje się aż w biodrach, o stopach już nie wspominając. W każdym razie cieszyliśmy się, kiedy w Schkeuditz usiedliśmy w lodziarni przy rynku i mieliśmy przerwę. Zrobiło się też już całkiem ciepło, bardzo ciepło jak na początek maja. Ale lepsze to niż deszcz – tak się człowiek wtedy pociesza.

Oznakowanie na Via Regii
Nie widzieliśmy jednak jeszcze ani jednej muszli – nic dziwnego, bo wciąż nie byliśmy na właściwym szlaku. Dotarliśmy do niego za mostem na Luppe, po kilku kilometrach marszu wzdłuż drogi B186, podczas których przed pędzącymi ciężarówkami chroniliśmy się w rowie. Wałem nad Luppe biegnie szlak, którym idą pielgrzymi nadchodzący od strony Lipska.
Idziemy dalej do następnego rozwidlenia i tu wreszcie widzimy pierwszy znak, który wskazuje, że jesteśmy na dobrej drodze. Znaki są cholernie małe i trzeba porządnie uważać, żeby żadnego nie przeoczyć.
Na pewno istnieje jakaś niemiecka norma, która określa wielkość tych znaków. Niektóre są też tylko namalowane przez szablon odrobiną niebieskiej i żółtej farby na kamieniach albo pniach drzew. Żółtych strzałek jak w Hiszpanii nie ma. Nasada muszli zawsze wskazuje kierunek drogi. Jeśli więc trzeba iść w lewo, muszla jest przechylona o 90 stopni w lewo. Na znakach prowadzących do schroniska widnieje mały żółty domek, którego szczyt dachu wskazuje kierunek noclegu. Właściwie całkiem proste i poza odcinkami w większych miastach szlak jest też bardzo dobrze oznakowany.
Dwa kilometry dalej dochodzi się do wjazdu do Kleinliebenau. „Ależ mnie bolą stopy! Już pierwszego dnia 34 kilometry!” Ale co zrobić? Przecież sami tego chcieliśmy. „Nic nie poradzisz” – mówi wtedy zawsze Andrea.
Podwiezienie samochodem nie wchodziło w grę. Dlatego z podziękowaniem odmówiliśmy też jednemu z członków naszego stowarzyszenia, który w Schkeuditz zagadnął nas ze swojego auta, bo nas rozpoznał. Chciał nas przewieźć przez niebezpieczny odcinek wzdłuż B186 i wysadzić w Kleinliebenau. Miło! Ale tego by jeszcze brakowało – wymięknąć już pierwszego dnia.
W gablocie przy kościele majątku rycerskiego wypisane są adresy członków stowarzyszenia Kultur- und Pilgerverein e.V. Kleinliebenau, którzy mają klucz do schroniska, i od razu ruszyłem do tego, który stał na samej górze listy. No dobrze, mieszkał też najbliżej. Dwa razy w lewo i stałem przed furtką, za którą warczała kosiarka. Za kosiarką szedł starszy pan, do którego odezwałem się ostrożnie, żeby go nie przestraszyć. A jednak się przestraszył, kiedy klepnąłem go w ramię. „Jesteśmy dwojgiem pielgrzymów na Via Regii i chcielibyśmy przenocować tu, w miejscowości” – powiedziałem. „To pięknie, ale do mnie trafiłeś pod zły adres” – odpowiedział. „Jak to, przecież jest pan na liście?” – rzuciłem. „Tak, ale dziś nie mam dyżuru!” Ale wstyd, nie doczytałem do końca, bo na samym dole była informacja, kto akurat dziś ma dyżur. Rany, to jest zorganizowane niemal po wojskowemu!

Kościół majątku rycerskiego w Kleinliebenau
Ale pan (niestety zapomniałem jego nazwiska) okazał wyrozumiałość i nie chciał narażać mnie, który tego dnia nie chodził już całkiem równo, na dalsze trudy, posyłając mnie przez całą wieś. Wziął więc swój klucz i odprowadził mnie do kościoła.
Na miejscu zapytał, czy chcemy obejrzeć kościół. Właściwie mieliśmy raczej ochotę na prysznic i stopy w górze. Ale skoro już zadał sobie trud i otworzył nam poza swoim dyżurem, nie chcieliśmy mu robić przykrości – a poza tym ten mały kościół o burzliwej historii, który po desakralizacji omal nie padł ofiarą kuli burzącej, naprawdę nas interesował. Wymownie i nie bez dumy opowiedział nam, jak kościół uratowano przed inwestorem budowlanym, który zburzył cały majątek rycerski, żeby postawić na jego miejscu domy jednorodzinne.
Opowiadał nam o darczyńcach ze Szwajcarii, o zaangażowaniu powiatu, o niezliczonych godzinach, które poświęcili członkowie stowarzyszenia, i o artystach, którzy – nie bez sprzecznych opinii wśród członków stowarzyszenia – zaprojektowali otoczenie kościoła. Opowiadał też o tym, że znów odbywają się tu śluby i nabożeństwa, choć kościół nie jest własnością Kościoła krajowego, i że zapas napojów stowarzyszenia jest przechowywany za ołtarzem. Rozbawiony zauważyłem jednak, że i ja jestem spragniony i pilnie muszę zdjąć buty z nóg.
Poprosiliśmy go więc, żeby pokazał nam schronisko.

Schronisko w kościele majątku rycerskiego w Kleinliebenau
„Ależ stworzyliście tu coś naprawdę pięknego!” – tak brzmiała nasza pierwsza reakcja, kiedy weszliśmy do przybudówki po lewej stronie nawy. Jest tu wszystko, od czego serce pielgrzyma bije szybciej: mała kuchnia z płytami grzewczymi, lodówka, dwa krzesła ze stołem i suszarka na pranie, którą można było wystawić na słońce. Jest też prysznic, a piętro wyżej, na emporze, jest miejsce na co najmniej pięć materaców, które leżały w dużej skrzyni.

Sypialnia na piętrze
Wszystko lśniło czystością i było urządzone z wielką troską. Po krótkim wprowadzeniu miły pan wrócił do swojej kosiarki, a my pod prysznic. Zakładając, że nikt więcej nie przyjdzie, położyliśmy dwa materace na środku pomieszczenia, rozłożyliśmy na nich karimaty, których na Via Regii wymaga się ze względów higienicznych, i na razie odpoczywaliśmy z pół godziny. Na takim prostym piankowym materacu leży się lepiej, niż się myślało, w każdym razie lepiej niż na skrzypiących i wyleżanych piętrowych łóżkach, które często zastawaliśmy na Camino Francés.
Hmm, coś do jedzenia też by się przydało. Zaraz za wyjazdem z miejscowości jest małe jezioro z kempingiem – tak było napisane w przewodniku pielgrzyma. Oprócz kolejnej możliwości noclegu w małym domku ogrodowym albo w wypożyczonych namiotach jest tam też mała knajpka, która ma dbać o dobro ciała. Duża gospoda w pobliżu kościoła była dziś niestety zamknięta. Ruszyliśmy więc w drogę na nogach, które zdążyły już całkiem nieźle odpocząć. Niestety, droga okazała się daremna. Tam również nie dało się nic zjeść. Przynajmniej sprzedano nam w biurze kempingu kilka napojów, nie ukrywając przed nami, że właściwie nie wolno tego robić. Jesteśmy przecież w Niemczech, gdzie tak zwana „wolność” marnieje w okowach biurokracji. W każdym razie właścicielom brakowało jakiegoś pozwolenia na sprzedaż napojów. Problem zaopatrzenia miał nam towarzyszyć przez całą dalszą drogę, o czym tutaj jeszcze nie mieliśmy pojęcia.

Wieczorem po „kolacji”
Po powrocie do schroniska już dziś musieliśmy więc sięgnąć po żelazne zapasy i usiedliśmy z kawałkiem chleba i sera na ławce przed kościołem.
Potem pojawiła się jednak jeszcze „dyżurna”, żeby raz jeszcze sprawdzić, czy wszystko w porządku. Czuliśmy się wprawdzie trochę pilnowani, ale w pełni to rozumieliśmy. Włożono tu przecież mnóstwo czasu i pieniędzy, żeby stworzyć coś tak pięknego. Chce się mieć pewność, że tak zostanie na długo i że wielu pielgrzymów będzie się z tego cieszyć. Dowiedzieliśmy się od niej też, że zdarzają się dość dziwni pielgrzymi, którzy zamiast datku wrzucają do pudełka guzik od spodni albo rachunek za paliwo – i nie mogliśmy w to uwierzyć. Nasz datek już tam leżał. Na całej Via Regii oczekuje się w ustawionych pudełkach datku około 5 € od pielgrzyma jako rekompensaty kosztów, ale nikt się nie gniewa, jeśli będzie to euro czy dwa więcej. Na pewno nie pokrywa to kosztów i ma raczej charakter symboliczny. Swój budżet stowarzyszenie tutaj w Kleinliebenau uzupełnia, organizując różne imprezy i dzięki sponsorom – czyli nie inaczej niż nasze stowarzyszenie w domu.
Andrea zadzwoniła jeszcze do domu, żeby powiedzieć, że dotarliśmy szczęśliwie. I zapytała najzupełniej poważnie, jaka jest pogoda w domu. „Dom” jest 34 kilometry stąd! Widać, jak daleko odpływają myśli, kiedy się idzie.
Wkrótce wycofaliśmy się do śpiworów i tego dnia rzeczywiście zostaliśmy sami. W księdze pielgrzymów jest zapisane, że przed nami idzie trzech pielgrzymów z Drezna. Kiedy i my się wpisaliśmy, powiedzieliśmy: dobranoc!
Dzień 2: Kleinliebenau – Merseburg
Co tu dużo mówić – spałem wyśmienicie. Znów świeci słońce. Moje stopy mają się całkiem dobrze, więc po krótkim śniadaniu o 7 ruszamy w drogę. Dziś to tylko 18 kilometrów do Merseburga, a trasa według opisu często prowadzi łąkowymi i polnymi drogami oraz wzdłuż jezior w dawnych odkrywkach. Oboje byliśmy ciekawi noclegu w Merseburgu. Mieści się on bowiem w kościele Neumarktkirche, bezpośrednio we wnętrzu kościoła, na emporze. Zapowiada się ciekawie.
Zaraz za Kleinliebenau, przy przejściu pod autostradą A9, opuszcza się Wolny Kraj Saksonię i jesteśmy teraz w Saksonii-Anhalt, „kraju rannych ptaszków”. Kto właściwie wymyślił ten głupi slogan reklamowy, który stoi wszędzie przy autostradach, kiedy przekracza się granicę Saksonii-Anhalt? Co to ma sugerować? Że wszyscy inni to śpiochy? No dobrze, trochę racji mają. Na wschodzie republiki wstaje się wcześniej. Takie są przynajmniej moje doświadczenia z kolegami z pracy, którzy pochodzą z „używanych krajów związkowych”. Przychodzą trochę później i patrzą potem nieco sceptycznie, kiedy człowiek o 15.30 już wychodzi, bo był na miejscu już o 6.30.
I tak robiliśmy dotąd na naszych szlakach pielgrzymich i w ogóle na urlopie. Czas jest zbyt cenny, żeby go przesypiać. Rano jest się jeszcze świeżym i pełnym zapału. Ten z doświadczenia opuszcza mnie gwałtownie po 14. A może to dlatego, że w nogach było już ponad 20 kilometrów?
Ciało na dłuższą metę dostosowuje się do nawyków, a ponieważ niemal całe życie wstaję o 6.30, to i na urlopie o tej porze się budzę. Budzika prawie nie potrzebuję. I po co mam się jeszcze przewracać w łóżku, kiedy na zewnątrz taka cesarska pogoda?
Na szczęście Andrea myśli podobnie. Wprawdzie genetycznie jest rannym marudą. Ale nie można jej tego zarzucać – bo właśnie genetycznie.

Horburg
I tak również dziś jesteśmy wcześnie na nogach i właśnie idziemy przez Horburg, małą miejscowość tuż przy autostradzie, która kiedyś miała stać się naprawdę duża. Wieża kościelna w tej wsi góruje bowiem nad resztą potężnymi rozmiarami. W kościele parafialnym przechowywana jest Madonna z Horburga, rzeźba przypisywana warsztatowi słynnego Mistrza z Naumburga. Niestety i ten kościół, jak niemal wszystkie przy szlaku, był zamknięty.

Las łęgowy za Horburgiem
Za miejscowością idzie się równolegle do Goseweg. Gose to piwo górnej fermentacji, podawane w lipskich gospodach zwanych Gosenschänken, szczególnie polecane ludziom, którzy mają – powiedzmy to tak – pewne kłopoty z wypróżnianiem. Nie każdemu przypada do gustu, mnie zresztą też nie, ale w Lipsku jest kultowe.

Nad jeziorem Raßnitzer See
Dalej droga prowadzi przez piękny las łęgowy, cały czas równolegle do Luppe, przez Dölkau do Zweimen. Tutaj przebieg szlaku jest nieco sprzeczny, bo oznakowanie prowadzi prosto do zamkniętego mostu na Luppe. Most rzeczywiście ma swoje najlepsze dni dawno za sobą. Ale mamy odwagę i ignorujemy zakaz, także po to, żeby nie musieć dalej szukać innej drogi. Poza tym oboje umiemy pływać. Nieprzyjemnie uderzyło nas, że i tutaj wciąż słychać hałas A9, a ta była już dawno za nami.
Za Zweimen idzie się wspaniałymi drogami przez łąki aż do jezior Raßnitzer See i Wallendorfer See. To również pozostałości dawnych odkrywek węgla brunatnego, teraz wypełnione wodą, które zapraszają do kąpieli i wędkowania. Próbuje się tu też łagodnej turystyki wodnej. Cokolwiek by to miało znaczyć. Główna uwaga skupia się jednak na ochronie przyrody i przekształcaniu terenu, który w dawnych latach bardzo ucierpiał z powodu przemysłu. Kwitnące krajobrazy, które obiecał nam nasz były kanclerz – tutaj stają się rzeczywistością, i nie mówię tego ironicznie. Kto tak jak my od dziecka mieszkał w okolicy, której nie dało się już pogodzić ze słowem przyroda, i nie umiał sobie wyobrazić, że kiedykolwiek będzie lepiej, cieszy się z każdego jeziora, każdego drzewa i każdego źdźbła trawy, które rośnie przy dawnych drogach kopalnianych. Kto dziś zobaczy na przykład Bitterfeld, symbol brudu w czasach NRD, nie uwierzy własnym oczom.
Mieszkamy w miejscowości, która – gdyby sprawy potoczyły się inaczej – byłaby dziś otoczona odkrywkami węgla brunatnego. Na południe w stronę Lipska i na północ w stronę Bitterfeld „ostałby się” pas o szerokości około 2 kilometrów – sama myśl o tym to horror. Plany te były utajnione i dopiero po zjednoczeniu Niemiec stały się powszechnie znane.

Plaża nad jeziorem Wallendorfer See
Dlatego bardzo interesujemy się tymi okolicami, gdzie jeszcze nie tak dawno rozrywano ziemię dla niskowartościowego węgla brunatnego.
Ale wróćmy do szlaku: w pobliżu Wallendorfu urządzono bardzo ładną plażę, przy której znajduje się zupełnie nowy pomost. Krótki wypad tam się opłacił.
Następna miejscowość to Löpitz, skąd bardzo ładna droga prowadzi w kierunku B181. Według ustawionych tablic informacyjnych droga ta została dofinansowana przez UE i państwo federalne. Ciekawe, czy fundatorzy kiedykolwiek oglądają, co tu zrobiono za te pieniądze. W regularnych odstępach przy drodze stoi ławka. Jak dotąd wszystko w porządku. Obok niej jednak zabetonowano stojaki rowerowe, w których zmieściłyby się rowery całej wsi – i to przy każdej ławce, podkreślam. Nie dość, że to brzydkie. Takie marnowanie pieniędzy zawsze mnie złości. Gdyby natomiast zbudowano to zgodnie z potrzebami, a resztę pieniędzy przeznaczono na to, żeby przez lata pielęgnować i utrzymywać to, co zbudowano, wszystkim wyszłoby to bardziej na dobre. Ale dotacje trzeba najpierw wydać, bo inaczej dostanie je ktoś inny. Dobrze, dobrze, już się uspokajam.
Właśnie dlatego, że przy szlaku jest tyle pięknych rzeczy, to marnotrawstwo rzucało się nam szczególnie w oczy. Śpiewało tam wiele słowików i kosów, a z przyległych bagien na skraju Luppe dobiegał koncert żab.
Co za kontrast – tuż przed Merseburgiem wychodzi się z gąszczu ścieżki i staje na asfaltowej ścieżce rowerowej zbudowanej wzdłuż B181. Biedni rowerzyści!

Piękna droga za Löpitz
Na szczęście wjazd do Merseburga nie jest już daleko, więc szybkim krokiem przeszliśmy przez przedmieście Meuschau, żeby zaraz za mostem na Starej Soli skręcić na stare miasto. W przewodniku pielgrzyma jest napisane, że klucz do Neumarktkirche można dostać w piekarni tuż przed kościołem. I tak też było. Ledwie człowiek zobaczy Neumarktkirche z jej charakterystyczną wieżą, a już stoi obok piekarni. Ekspedientka od razu wiedziała, po co weszliśmy do sklepu, i wyjęła zeszycik, w którym musieliśmy uwiecznić nasze dane osobowe, żeby dostać klucz. Widocznie już kiedyś ktoś go zabrał w porannym pośpiechu. Pośpiech!! Oni najwyraźniej nie byli jeszcze w Hiszpanii, o 7 rano w Roncesvalles albo w Burgos, albo w Portomarín, albo albo… Tam jedni sieją pośpiech, a inni dają się nim zarazić. Tutaj jest się bardzo samotnym i można samemu kształtować swój dzień.
To bardzo uspokaja.

Kościół Neumarktkirche St. Thomae w Merseburgu
Z wielkim kluczem przeszliśmy jeszcze tych parę kroków i weszliśmy do ciemnego, chłodnego wnętrza kościoła, kiedy udało się otworzyć grube, ciężkie drzwi. Przyjemnie chłodno – to była nasza pierwsza myśl, bo na zewnątrz musiało być ponad 30 stopni. Trochę wilgotno, ale chłodno, przyjemnie chłodno – takie wrażenie mieliśmy nadal, kiedy już znaleźliśmy włącznik światła.
Mała tabliczka skierowała nas po schodach na górę i tam staliśmy – na przypominającej balkon emporze nad dużym, pozbawionym ozdób wnętrzem kościoła. Na dole, przed małym ołtarzem i pulpitem, stoi kilka rzędów składanych krzeseł ustawionych w jodełkę. Nad nimi wisi duży krucyfiks. W pomieszczeniu jest bardzo wilgotno – nic dziwnego, jeśli zna się historię kościoła Neumarktkirche St. Thomae.
Pierwotnie kościół, po raz pierwszy wzmiankowany w 1188 roku, był trzynawową bazyliką na planie krzyża bez wydzielonego skrzyżowania naw, z dwiema wieżami zachodnimi. Później rozebrano południową wieżę i obie nawy boczne. Kościół stoi tuż nad brzegiem Soławy i bez przerwy zmagał się z powodziami. Jako środek zaradczy usypywano wokół kościoła coraz więcej ziemi i wielokrotnie podnoszono posadzkę we wnętrzu, co do dziś tłumaczy wilgoć. W 1973 roku parafia porzuciła kościół, który coraz bardziej popadał w ruinę, co dodatkowo zaszkodziło jego substancji.
Na początku lat dziewięćdziesiątych kościół został kosztownie i gruntownie odnowiony, a południowa nawa boczna, kikut wieży i zakrystia odbudowane na nowo. Posadzkę ponownie odkopano, żeby przywrócić pierwotne wrażenie przestrzeni. Cenne wyposażenie znajduje się w katedrze. Na przykład chrzcielnica stoi w kruchcie katedry.
Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że świątynia wciąż przedstawia smutny widok. Na ścianach rosną glony, a mikroklimat wnętrza z pewnością nie jest normalny. Najbardziej godna uwagi pod względem historii kultury jest kolumna węzłowa przy portalu wejściowym, zapewne jedyna taka w środkowych Niemczech, która miała podobno trzymać diabła z dala od drzwi.

Schronisko w kościele Neumarktkirche
I tutaj mamy spać? Na emporze stoją dwa chwiejne łóżka polowe, a za rogiem leży kilka wilgotnych koców. No, całe szczęście, że na zewnątrz jest bardzo ciepło. Dzięki temu jest tu bardzo przyjemnie. Ale przy niskich temperaturach albo w deszczu ten nocleg jest na granicy. Mokrych ciuchów na pewno się tu nie wysuszy. Dwa pomieszczenia sanitarne (osobne dla kobiet i mężczyzn) oferują oprócz toalety tylko umywalkę z bojlerem na ciepłą wodę. Na jeden dzień na pewno wystarczy.

Widok na katedrę w Merseburgu
Po rozpakowaniu kładziemy się na chwilę i budzi mnie moje własne chrapanie. W tym pomieszczeniu, przy tej akustyce, moje chrapanie nabiera zupełnie nowego wymiaru. Potem usłyszałem, że ktoś przekręca zamek w drzwiach. Aha, pielgrzym – pomyślałem. Ale to była grupa zwiedzająca kościół. Całe szczęście, że już się obudziłem. Moje chrapanie z empory na pewno wywołałoby konsternację. Nie zauważyliśmy, że przy wejściu jest tabliczka, którą należy wywiesić na zewnątrz, kiedy nocleg jest zajęty. Dzięki temu nie dochodzi do niechcianych czy wręcz krępujących spotkań.

Katedra w Merseburgu
Szybko wzięliśmy nasze rzeczy i zniknęliśmy na ulicy, żeby nie przeszkadzać w zwiedzaniu. Poza tym i tak mieliśmy zamiar obejrzeć katedrę. Przeszliśmy więc przez most na Soławie, z którego widać już najpiękniejszą stronę katedry i zamku miejskiego. Po schodach katedralnych w górę, trzymać się prawej strony – i już stoi się przed portalem. Pielgrzymi, którzy mogą okazać paszport pielgrzyma, mają na Via Regii wolny wstęp do ważnych zabytków, do których normalnie wstęp jest płatny. I tak wchodzimy do tej czcigodnej, bardzo imponującej świątyni.
Wszystko, co można napisać o katedrze w Merseburgu, znajdziesz, jeśli klikniesz w link.
Szczególnie urzekły mnie organy i stalle. I tak karta pamięci mojego aparatu dalej się zapełniała.
Kiedy Andrea zapaliła świeczkę w kruchcie, wyszliśmy z powrotem w gorące popołudniowe słońce w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Szybko znaleźliśmy małą kawiarnię, w której nie tylko dobrze nas ugoszczono, ale od kelnerki dowiedzieliśmy się też sporo o Merseburgu. Upadek przemysłu w regionie na południe od Halle nad Soławą mocno dotknął także Merseburg. Odpływ przede wszystkim młodych, dobrze wykształconych mieszkańców podgryza egzystencję miasta. Liczba mieszkańców, dawniej ponad 80 tysięcy, zmniejszyła się niemal o połowę, a zostali (słowa kelnerki:) „Alte, Arbeitslose und Ausländer” – starzy, bezrobotni i cudzoziemcy. Dlatego nazwała swoje rodzinne miasto miastem trzech wielkich A. Wszystko to brzmiało bardzo gorzko i z rezygnacją, co wobec pięknego starego miasta dodatkowo boli.
Na te problemy cierpi jednak wiele miast we wschodnich Niemczech, przede wszystkim te, które służyły jako sypialnie dla ośrodka przemysłowego zlikwidowanego po zjednoczeniu. Zawsze nienawidziłem tego słowa „likwidacja”! Dziesiątki tysięcy ludzi z dnia na dzień zostały bez pracy – katastrofa. Właśnie w takich miejscach powstały społeczne punkty zapalne, napędzane bezrobociem, beznadzieją i niskim poziomem wykształcenia. Winni nie są ludzie, lecz otoczenie społeczne. I tak też wygląda obraz miasta.
Wolałbym tu robić o wiele więcej reklamy temu pięknemu miastu. Ale chcę trzymać się prawdy, a przynajmniej tego, jak mi się ona jawiła. Bo liczni „menele” (nie przychodzi mi teraz do głowy lepsze słowo), którzy na wielu rogach oddają się swojemu ulubionemu zajęciu, czyli piciu alkoholu, niestety podsycają to dość negatywne ogólne wrażenie.

Widok na katedrę
Po kilku rundkach po centrum miasta i paru zakupach na wieczór oraz na jutrzejszy długi etap do Freyburga nad Unstrutą pod wieczór powlekliśmy się z powrotem do Neumarktkirche.
Tuż obok mostu na Soławie zaczyna się ścieżka wzdłuż brzegu, przy której stoi drogowskaz „Domblick” – widok na katedrę. Z butelką czerwonego wina (Rioja) poszliśmy w miejsce, które uznaliśmy za ten punkt widokowy, i na ławce spędziliśmy przytulny wieczór aż do zachodu słońca.
Dzień 3: Merseburg – Freyburg/Unstrut
Na szczęście na noc wyłączono kwadransowe bicie zegara na wieży kościoła, inaczej budziłbym się w nocy jeszcze częściej. Klekot balansu (słowo „tykanie” byłoby tu zbyt urocze) i mechanika niemego dzwonienia i tak działały mi na nerwy przed zaśnięciem, a właściwie przed ciągłym zasypianiem od nowa. I choć chłód w pomieszczeniu był za dnia tak przyjemny, gdy wchodziło się z ulicy, w nocy stał się nieprzyjemny. Andrea potrzebowała dodatkowych koców, które przyniosłem jej z przedsionka na emporę, biegnąc boso po betonowej posadzce. Polówki skrzypiały głośno przy każdym ruchu. Nie, to nie była dobra noc. A chwilami było też nieswojo. Bo akustyka wielkiego wnętrza wzmacniała każdy najcichszy dźwięk i nie dało się ustalić, skąd dochodzi. Człowiek słyszy wtedy i wyłapuje każde trzeszczenie w belkach nad kasetonowym stropem, każdy szelest w kątach. „Są tu myszy?” „Na pewno!” W którym kościele ich nie ma?

Gotowi do wymarszu w Merseburgu
6.30 – wreszcie wstajemy. Karimata spełniła swoje zadanie, bo nie pozwoliła ciepłu ciała uciec w dół. Tym samym zabranie jej opłaciło się już kilkakrotnie. To proste maty z pianki EVA, grube tylko na 2 cm, ważące zaledwie 180 g i kosztujące około 30 €. Żeby zaoszczędzić jeszcze trochę miejsca i wagi, obciąłem bezużyteczne brzegi mat i dopasowałem ich długość do naszego wzrostu. Ponieważ oboje rośliśmy tylko w niedziele, dało się w ten sposób zaoszczędzić jeszcze około 50 g na każdej macie i parę centymetrów obwodu rolki, która wisi na zewnątrz plecaka. (Nie, nie piłujemy szczoteczek do zębów!)
Plecak był szybko spakowany. Wszystko jest? Jeszcze kontrolne spojrzenie we wszystkie kąty i już zamykaliśmy drzwi kościoła z zewnątrz. W piekarni od razu zjedliśmy śniadanie i kupiliśmy jeszcze kilka świeżych bułek na drogę.
A ta jest dziś nieco dłuższa i miała się okazać najbardziej wyczerpującym etapem na naszej Via Regia. Przy wyjściu z miasta był objazd z powodu budowy mostu. Dzięki opisowi w aktualizacji przewodnika pielgrzyma, którą warto jeszcze raz pobrać przed rozpoczęciem wędrówki, bez problemu znaleźliśmy trasę. Za dworcem wkrótce przechodzi się przez bardzo ładnie urządzony park z dużymi stawami. Po przekroczeniu B91 wchodzi się do zwierzyńca Merseburga. Wybiegi są po prostu wbudowane w park i nie płaci się za wstęp. Ogród jest całkowicie otwarty, a wielu pracowitych ludzi akurat sadziło nowe rośliny na rabatach albo po prostu robiło porządki. Ogród sprawiał wrażenie bardzo zadbanego.

Mokradła za Merseburgiem
Potem ostatecznie opuszcza się miasto i idzie zarośniętymi ścieżkami przez coś w rodzaju bagna. Lepiej posmarować się tu środkiem na komary, bo te bestie już rano były mocno dokuczliwe. Próbowaliśmy przejść bez ukąszeń, idąc szybko i dziko się opędzając, co prawie się udało. Jeden dopadł mnie w ucho. Potem wchodzi się na prostą jak strzała betonową drogę, która prowadzi aż do Frankleben. O rety, już teraz bez cienia robiło się porządnie gorąco. Co to będzie po południu? Mieliśmy za sobą najwyżej trzy z 34 kilometrów.
Przed Frankleben przechodzi się nad A38 i widać nieszczęście, które spadło na Frankleben. Pół miejscowości żyje w cieniu gigantycznego ekranu akustycznego. Ale Frankleben ma mały sklep spożywczy (tylko dla tych, którzy chcieliby tędy kiedyś iść i akurat muszą zrobić zakupy). Nam otwarty sklep niestety jeszcze się nie przydał. Butelki z wodą były jeszcze prawie pełne, a jedzenia mieliśmy dziś ze sobą dosyć.

Jezioro Runstädter See
Niedługo za Frankleben dochodzi się do Runstädter See i do większego Geiseltalsee – obu dawnych odkrywkowych kopalni węgla brunatnego. Między tymi jeziorami biegnie mocno uczęszczana droga L178. Równoległą ścieżką rowerową szliśmy długo prosto po asfalcie, w samym środku hałasu samochodów, aż wreszcie drogowskaz skierował nas na ścieżkę nad brzegiem Runstädter See. Co za wytchnienie, mimo że asfalt się nie kończył. Znów było słychać śpiew ptaków. Trzeba obejść pół jeziora, zanim droga skręci w prawo. Tuż przed rozwidleniem wyprzedził nas całkiem wysportowany rowerzysta, który jednak chwilę później do nas wrócił. Siedziałem akurat na kamieniu granicznym, żeby wreszcie pozbyć się małej skały z prawego buta, która od dłuższego czasu mi dokuczała. I wtedy rowerzysta, który był znacznie starszy, niż się z początku wydawało, zagadnął nas. „Zaczepiam każdego i jestem ciekawy takich jak wy. Idziecie pewnie tym szlakiem pielgrzymim?” – powiedział nieco przepraszająco.
Nie zdążyliśmy nawet porządnie odpowiedzieć, bo prawdziwym powodem, dla którego się zatrzymał, było to, że chciał się czegoś pozbyć – mianowicie całej historii swojego życia. Grzeczni, jak jesteśmy, słuchaliśmy z zaciekawieniem. No dobrze, ja na początku przynajmniej udawałem. Ale z jego szalonych rowerowych opowieści – objechał na rowerze niemal cały świat – wynikało, że nie może być fantastą. Jego historie trzymały się kupy i były spójne. Tak zręcznie kłamać potrafią zwykle tylko pisarze pokroju Karla Maya. No dobrze, trochę był skołowany. Ale wyjaśnienie przyszło natychmiast, choć wcale o nie nie pytaliśmy. W pracy zawodowej miał do czynienia z rtęcią i nabawił się przez to choroby nerwów. Tylko na rowerze wyrywa się z codzienności i zapomina o swoich ułomnościach i bólach.
Właściwie chciałem już iść dalej, droga była jeszcze długa, a robiło się coraz goręcej. Ale jakoś wciągnęły mnie jego opowieści – jak w najróżniejszych krajach szukał i znajdował dorywczą pracę, żeby utrzymać się w podróży, jak i gdzie spędzał noce.
Dzięki własnemu jeżdżeniu na rowerze znałem z zainteresowania kilku takich typów, którzy podbili świat na pedałach. Tyle że oni próbowali potem zbić na tym pieniądze różnymi publikacjami.
Ten żylasty starszy pan próbował sprzedać swoje przeżycia w ten sposób, że zagadywał ludzi. Na pewno często zostaje tak po prostu sam, a ludzie odchodzą osłupiali. Ja jednak posłuchałem przyzwoitości i własnej ciekawości i siedziałem dalej, długo, właściwie za długo.
Ale tak samo nagle, jak się pojawił, znów zniknął. Długo jeszcze rozmawialiśmy o tym człowieku, choć zwykle w marszu raczej milczymy.
Zaimponował nam.

Droga do Rossbach
Dlatego prawie nie zauważyliśmy, że i Großkaynaer See dawno zostawiliśmy za sobą i zmierzaliśmy już ku Rossbach. Droga prowadzi najpierw lekko pod górę, a potem znów w dół przez rozległe pola. Zboże, jak okiem sięgnąć. W oddali, na południowym horyzoncie, na wzniesieniu stoi rząd wiatraków (nie śmiem mówić o górze, ale jak na tutejsze warunki droga tam prowadzi jednak dość mocno pod górę). „Tam musimy dziś jeszcze dojść” – powiedziałem. Andrea natychmiast zaczęła badać swoją butelkę z wodą. „Słuchaj, potrzebujemy świeżej wody!” Moja butelka też była prawie pusta. więc rozglądałem się za możliwością jej napełnienia. Przy wejściu do Rossbach na boisku sportowym mnóstwo ludzi stawiało duży namiot festynowy. Było już też kilka karuzel i bud. Pewnie w nadchodzący weekend zielonoświątkowy szykuje się tu impreza. Gdzie pracują fizycznie mężczyźni, musi być też coś do picia – więc idziemy tam. Ale na moje pytanie o wodę patrzono na mnie tylko z niedowierzaniem. A może to przez nasze plecaki i nasz strój tak nas lustrowano? Jeden z robotników odesłał nas do kuglarzy: „Oni może mają coś na sprzedaż!” „Nie, potrzebujemy tylko kranu z wodą pitną, przecież w budynku klubowym na pewno jest, prawda?” – tak brzmiała moja odpowiedź i pytanie. Myślę, że gdybym zapytał o butelkę piwa, już dawno trzymałbym ją w ręce. A tak udawano, że wyraziliśmy jakieś niemożliwe życzenie, i każdy unikał naszego wzroku. Teraz już miałem dość. Ja – prosto do budynku klubowego. Gdzieś tu przecież musi być kran! Natknąłem się na kobietę, która spojrzała na mnie pytająco. Wszyscy tu chyba byli w wielkim podnieceniu i ledwie odważyłem się ją zagadnąć. Ale przynajmniej powinna się dowiedzieć, po co tu jestem:„Szukam kranu”. Zaprowadziła mnie do umywalni z wieloma małymi umywalkami. Rozpaczliwie próbowałem wsunąć butelki pod kran – nie da się – zakląłem. Szybko pobiegłem za kobietą, która już znowu zniknęła. „Nie da rady. Nie mieszczę butelek pod kranem. Nie ma tu miejsca, gdzie myje się korki z błota?” Tak, było, w toalecie. Teraz było mi to już jednak obojętne i napełniłem obie butelki wodą. „Ale długo to trwało” – stwierdziła na zewnątrz Andrea. I opowiedziałem jej tę historię. „Że w Niemczech trzeba już żebrać o wodę?” – powiedziała żartobliwie.
Z powrotem na skrzyżowaniu, na którym zeszliśmy ze szlaku, bardzo szybko odnaleźliśmy dalszy przebieg trasy. Przez długie osiedle domków jednorodzinnych idzie się do rozwidlenia, na którym tabliczka schroniska wyraźnie wskazywała w lewo.

Sjesta
Staliśmy na poboczu, na świeżo skoszonej łące pod cienistym drzewem. „To ładne miejsce na przerwę obiadową. I tak chciałem zajrzeć do mapy, jak idzie się stąd dalej” I już siedzieliśmy w trawie i wypakowywaliśmy jedzenie. Mapy miałem w telefonie, ale dziś nawet w cieniu ledwie dało się cokolwiek odczytać. Mieszkaniec eleganckiego domku naprzeciwko podszedł do nas i powiedział, że kiedyś pod tym drzewem stała ławka i wielu pielgrzymów z niej korzystało. Ale jakiś nicpoń ją ukradł i teraz pielgrzymi muszą siedzieć na trawie. „Ale możecie przyjść do mnie i usiąść na mojej ławce.” Podziękowaliśmy i odmówiliśmy, bo jego ławka stała w słońcu. „Potrzebujecie czegoś? Wody czy coś?” – za późno. Szkoda, chętnie skorzystalibyśmy z jego uczynności i sprawili mu przyjemność. Dlatego zapytałem go jeszcze o właściwą drogę, choć właściwie już ją znałem. Tak, powiedział, w tym miejscu wielu pielgrzymów błądzi, bo biorą tabliczkę schroniska za drogowskaz, a znaku muszli na wprost brakuje. I pytają go potem o właściwą drogę, kiedy w ślepej uliczce zorientują się w swoim błędzie. Wskazał na ulicę, którą przyszliśmy, i powiedział:„Cały czas prosto, pod górę, obok starej fabryki aż do B176, tam w lewo i zaraz znowu w prawo przez miejscowość Pettstädt. Musicie się cały czas kierować na wiatraki, które stoją na grzbiecie (no widzisz!? – powiedziałem do Andrei). Idźcie wzdłuż wiatraków, aż dojdziecie do starej Göhle, to las nad Freyburgiem. Przy Dębie Napoleona skręćcie w lewo i wkrótce będziecie we Freyburgu.” Wszystko to brzmiało bardzo dobrze. Ale kiedy na pytanie, co znaczy „wkrótce”, usłyszałem: „No, jakieś 15 kilometrów albo 3–4 godziny”, trochę jednak zwiesiliśmy nosy.
No to w drogę! Nüdsd doch nüschd! (po saksońsku: nic nie pomoże!) Pożegnaliśmy się z miłym panem i dowiedzieliśmy się przy okazji, że ten stosunkowo młody szlak pielgrzymi już zauważono i że są już ludzie, którzy nie patrzą ze zdziwieniem, kiedy przechodzi się obok ich posesji i uprzejmie pozdrawia.
Rzeczywiście szło się wyraźnie pod górę i wkrótce pojawiła się stara fabryka, która chyba jeszcze coś produkowała, oraz droga krajowa.

Wzniesienie za Pettstädt
Za Pettstädt dotarliśmy wreszcie na wzniesienie z owymi wiatrakami, sześcioma w sumie. Nigdy byśmy nie pomyśleli, że wiatraki stoją w krajobrazie tak daleko od siebie. A skoro o krajobrazie mowa: z tego wzniesienia roztacza się szeroki i piękny widok na Burgenland i na Merseburg, który leży już całkiem daleko. Kroki stawały się coraz cięższe, a ostatni wiatrak ktoś chyba ciągle przestawiał coraz dalej. „Do Göhle jeszcze damy radę, potem zrobimy przerwę”.

Przerwa pod jabłonią
Nie daliśmy rady. Już 2 kilometry wcześniej stała bardzo zapraszająca, rozłożysta jabłoń, której cień dosłownie ściągnął nas na ziemię. To było teraz konieczne! Ale długo tak leżeć nie wytrzymuję. Kiedy ból ustąpi, chcę iść dalej. Długie przerwy przynoszą tylko jedno – jeszcze więcej bólu. Bo gdyby ktoś obserwował, jak próbujemy wstać, mógłby pomyśleć, że trafił na wycieczkę pensjonariuszy miejscowego domu seniora. Im dłuższa przerwa, tym dłużej boli potem. Trzeba sporo czasu, zanim szczudła przypomną sobie o swoich obowiązkach i zaczną robić to, co do nich należy. Więc albo przerwa bardzo krótka, albo porządnie długa – takie jest moje doświadczenie.

Stara Göhle przed Freyburgiem
Gdy wreszcie dotarliśmy do starej Göhle, próbowaliśmy znaleźć opisane miejsce z Dębem Napoleona i spodziewaliśmy się prastarego, okazałego drzewa. Ale co to? Z ziemi sterczał zwęglony pień, a przed nim tablica, że dąb niestety padł ofiarą uderzenia pioruna, ale pewne stowarzyszenie poczuło się w obowiązku zasadzić w tym miejscu nowy. I tam stał, nowy Dąb Napoleona, „Schwiepe” (w tutejszej gwarze: suchy patyk), który nie miał absolutnie nic wspólnego z wielkim wodzem, który podbił niemal całą Europę. „No, przecież jeszcze urośnie.” A żeby to przyspieszyć, poszedłem „siusiu” (w tutejszej mowie potocznej: za małą potrzebą). Z ulgą ruszyłem dalej przez bardzo piękny las dębowo-bukowy. Wszystko było świeżo i soczyście zielone. Przy takim widoku szczególnie lubię wiosnę i jestem przekonany, że dla mnie to najlepsza pora na ten szlak.

Widok na Freyburg
Jeszcze przez B180 i potem już tylko w dół, aż do miasta. I to jak w dół! W pobliżu Berghotel zum Edelacker wzdłuż winnic biegnie do miasta ścieżka z wieloma stromymi schodami. Po ponad 30 kilometrach każdy krok boli podwójnie. Ale stąd z góry roztacza się wspaniały widok na piękne miasto nad Unstrutą.

Widok przez Unstrutę na Neuenburg
Freyburg znamy całkiem dobrze, bo niedawno byliśmy tu na wycieczce z naszym towarzystwem miłośników regionu i wzięliśmy udział w zwiedzaniu miejscowej wytwórni wina musującego Rotkäppchen. Potem poszliśmy jeszcze do piwnicy winnej na degustację – bardzo polecamy, i zwiedzanie, i oczywiście wino. Freyburg leży nad Unstrutą, pośrodku kotliny wyrzeźbionej przez rzekę. Wapienna gleba i mikroklimat na zboczach od stuleci gwarantują udaną uprawę winorośli. Wino tłoczy się tu od 1000 lat. Później zaczęto fermentację w butelkach, a gdy w modę wszedł szampan, przegrano proces o nazwę z regionem winiarskim Szampanii. Od tego czasu musujący napój z wina, który fermentuje w butelce z dodatkiem cukru, nie nazywa się szampanem, lecz (dla Niemców i tak łatwiejsze do wymówienia) – Sekt. Wytwórnia odnosi takie sukcesy, że wykupiła już kilka renomowanych wytwórni w całych Niemczech. Jest tu wiele winnic, które przy różnych okazjach i świętach otwierają bramy dla odwiedzających albo dają skosztować swoich wyrobów w licznych winiarniach. A wszystko to w ramie pięknej średniowiecznej zabudowy. Freyburg naprawdę wart jest podróży.
No cóż, my nawet przyszliśmy tu pieszo, a to dużo bardziej podniosłe uczucie, kiedy przekracza się bramę miasta na własnych nogach, niż kiedy przejeżdża się przez nie samochodem w poszukiwaniu miejsca do parkowania.
Teraz jednak szukaliśmy naszego noclegu. W pobliżu dworca jest jedyne miejsce noclegowe dla pielgrzymów we Freyburgu. Rodzina Fiedelaków, prowadząca warsztat blacharski, przyjmuje tu pielgrzymów i oferuje prosty pokój z dwoma piętrowymi łóżkami. Trzeba być bardzo wdzięcznym, że są ludzie, którzy zadają sobie ten trud i utrzymują noclegi dla pielgrzymów. Bez nich taki szlak nie dałby się zorganizować, bo liczba pielgrzymów jest zbyt mała, by stowarzyszenie albo gmina zadbały o prowadzenie schroniska. Tu na Via Regia są to najczęściej rodziny, stowarzyszenia kościelne, chrześcijańskie ośrodki edukacyjne albo plebanie, które dają proste, tanie schronienie, takie, jakiego pielgrzym sobie życzy. Oczywiście można by też wszędzie rezerwować pensjonaty albo hotele. Ale po pierwsze to kłopotliwe, bo w Niemczech lepiej rezerwować z wyprzedzeniem, po drugie robi się to dość drogie, a po trzecie moim zdaniem nie da się tego pogodzić z właściwą ideą pielgrzymowania – czyli z ćwiczeniem się w odrobinie wstrzemięźliwości wobec codziennego nadmiaru, żeby na nowo nauczyć się doceniać to, co na co dzień spada człowiekowi z nieba.

Schronisko we Freyburgu
Pokój był chyba kiedyś kuchnią. Na ścianie wciąż trzymał się rząd kafelków. Łóżka miały naklejki jakiejś LPG (dla nie-Ossi, czyli nie-wschodniaków: rolniczej spółdzielni produkcyjnej w NRD) i oprócz mnóstwa rdzy miały na stalowych ramach jeszcze trochę farby. Z całym tym stanem nie mam absolutnie żadnego problemu – jest sucho i mam dach nad głową. Ale to, co niestety musiałem tu skrytykować, to brak higieny. Na dostępnych sprzętach kuchennych były zabrudzenia, które musiały powstać prawdopodobnie jeszcze przed przerobieniem pomieszczenia na nocleg dla pielgrzymów. Kosz na śmieci był przepełniony odpadkami poprzedników. Gdyby to nie było takie obrzydliwe, opisałbym jeszcze, co wszystko znajdowało się w koszu w toalecie. Rodzinie nie robię tu żadnych wyrzutów. Ale przecież musi się to rzucać w oczy i można samemu przyłożyć rękę. My, Niemcy, tak chętnie wytykamy palcami inne kultury. Tędy przechodzą prawie wyłącznie Niemcy i każdy z nas powinien najpierw uderzyć się we własne piersi, zanim znów zacznie szukać winy u innych.

wieczorem nad Unstrutą
Wypakowaliśmy tu tylko to, co najpotrzebniejsze, i zniknęliśmy w mieście. Dziś poszliśmy porządnie zjeść – żadnego sera, żadnej gumowatej bułki, którą człowiek cały dzień nosił w plecaku, żadnej kiełbaski z folii. Dziś było po grecku. Chętnie chodzimy do Greka, także w domu. Tu, we Freyburgu, siedzi się nad brzegiem Unstruty, patrzy na wjazd do miasta i obserwuje wielu przyjezdnych kierowców szukających miejsca do parkowania.
Trzeba było przyjść pieszo! – wołam do nich.
Dzień 4: Freyburg – Roßbach
Wieczorem jeszcze butelka czerwonego i tej nocy spaliśmy trochę lepiej. Szybko coś zjedliśmy, trochę rozpuszczalnej kawy, wszystko spakowane, na dół na podwórze i w drogę. Tylko nie tak szybko, „młode” konie. Bo pan Fiedelak zawołał nas jeszcze do swojego biura. Wstał bardzo uroczyście, co w roboczym ubraniu wyglądało nieco dziwnie, z namaszczeniem wziął do ręki małą książeczkę i odczytał nam z herrnhuckich Hasełek (Losungen) hasło na ten dzień, po czym życzył nam szczęścia na drogę. Serdecznie podziękowaliśmy i również życzyliśmy mu wszystkiego dobrego.
No to teraz w drogę. Z powrotem przez most na Unstrucie szlak skręca w prawo i prowadzi lewym brzegiem z miasta.

Książęca winnica we Freyburgu
Szlak biegnie tu razem z rowerowym szlakiem Saale-Unstrut, więc nie dziwiło nas, że spotykaliśmy dziś wielu rowerzystów. Innych pielgrzymów jak dotąd brak. Poniżej książęcej winnicy droga prowadzi wzdłuż Unstruty, jezdnią z betonowymi pasami, aż do Großjeny.
Dość wąska koło Freyburga dolina otwiera się teraz w stronę Blütengrund, nadrzecznego krajobrazu łęgów tuż przed Naumburgiem.
Największą atrakcją Großjeny jest winnica rzeźbiarza Maxa Klingera. W jego odrestaurowanym domu wiejskim mieści się miejsce pamięci, w którym znajduje się grobowiec artysty oraz rzeźba Maxa Klingera.
Niedługo potem uważnemu wędrowcowi rzucają się w oczy po lewej stronie wielkie płaskorzeźby wykute w skale. Co mogą znaczyć? Znajdują się na tarasowych skalnych półkach między winnicami na lewym brzegu Unstruty.

Kamienna Biblia
Kilka tablic informacyjnych nam to wyjaśniło. (Nie, nie przepisałem tablic informacyjnych) Posłużę się tu Wikipedią. Czytamy tam:
Kamienna Biblia
Nadworny jubiler J.C. Steinauer z Naumburga wpadł na niezwykły pomysł: w 1722 roku, w dziesiątą rocznicę panowania księcia Christiana Sachsen-Weißenfels, kazał wznieść w swojej winnicy w pobliżu miejscowości Großjena pomnik jedyny w swoim rodzaju w Niemczech: Kamienną Księgę Świąteczną, 200-metrowy relief złożony z 12 obrazów, przedstawiający sceny ze Starego Testamentu, które ukazują pracę w winnicy, picie wina i jego skutki, a także – rzecz jasna – oddają hołd księciu. Równie niezwykłe jak okoliczności jego powstania są problemy z jego zachowaniem. Reliefy wykuto w naturalnym skalnym progu środkowego piaskowca pstrego. Balustradę ozdobioną figurami wzdłuż górnej krawędzi tarasu zrekonstruowano na podstawie starych zdjęć i kilku zachowanych fragmentów.
Myślę, że to jest wyjątkowe nie tylko w Niemczech. Nie spieszyliśmy się i oglądaliśmy obrazy dokładnie i bez pośpiechu. Dziś mieliśmy przecież tylko 12 kilometrów. Takie zaplanowanie trasy było dla nas ważne, żeby mieć dość czasu na Naumburg. Dziesiątki razy, jadąc do naszych przyjaciół w Turyngii drogą B87, przejeżdżaliśmy przez to miasto i nigdy się nie zatrzymaliśmy, żeby je obejrzeć. Teraz wreszcie mamy okazję. Przede wszystkim katedra w Naumburgu ze swoim skarbcem i figurami fundatorów Mistrza Naumburskiego w chórze zachodnim zdobyła światową sławę i co roku odwiedzają ją tysiące turystów.

Prom osobowy przez Soławę
Ale na razie byliśmy jeszcze w drodze. A przed Naumburgiem musieliśmy jeszcze przeprawić się przez Soławę. W Blütengrund Unstruta wpada do Soławy i jest tu prom osobowy. Prom wprawdzie stał przy pomoście. Ale nikogo nie było widać. Po co wisi tam dzwon promowy? Żeby wezwać przewoźnika. I już dzwoniłem wielkim dzwonem. Wystraszony przewoźnik zawołał jednak z kawiarni za rogiem dość szorstkim głosem: „Jeszcze nie ma 9!!” No dobrze, rzeczywiście mogłem to przeczytać, godziny kursowania były wypisane wielkimi literami. Wstąpiliśmy więc jeszcze szybko do kawiarni przy promie, żeby wypić właśnie kawę, zanim przewoźnik rozpocznie dziś służbę.
Na zdjęciach wiszących wszędzie było widać skalę ostatniej powodzi. Wynikało z nich, że w miejscu, w którym teraz stałem, byłbym co najmniej dwa metry pod wodą.

Unstruta tuż przed ujściem do Soławy
W dole na Soławie stały jeszcze mocno przycumowane statki wycieczkowe i czekały na klientów. Unstruta jest stąd w górę rzeki żeglowna na ponad 71 kilometrach. A to dlatego, że od 1795 roku na rzece jest 12 śluz, które utrzymują głębokość wody na poziomie 80 cm. To wystarczało ówczesnym barkom. Dziś pływają tu już tylko trzy statki wycieczkowe, kilka prywatnych motorówek i niezliczeni kajakarze. Tu w Blütengrund oprócz dużego kempingu jest też wypożyczalnia kajaków i kanadyjek, z której też już korzystaliśmy. Przede wszystkim na Soławie, w dół rzeki od Camburga do Naumburga, wiosłowanie pod słynnym zamkiem Saaleck i przez Bad Kösen po bystrzach to świetna zabawa. Na Unstrucie natomiast z powodu wielu jazów i śluz jest nieco spokojniej.

„Wesoła Dörte”
Jeden ze statków wycieczkowych nazywa się zresztą „fröhliche Dörte”, czyli „Wesoła Dörte”, i ma za sobą imponującą historię.
Zbudowany w 1887 roku łabski parowy statek promowy, kursujący wtedy w Dreźnie-Blasewitz, brał bowiem udział w 2004 roku w dramatycznej akcji ratowania trojga dzieci i ich nauczycielki, którzy podczas powodzi wywrócili się kanu przy jazie we Freyburgu. Dörte sama wpadła w wodny wir, nabrała wody i wkrótce zatonęła. Dwa miesiące później z wielkim nakładem pracy wydobyto ją, odrestaurowano i teraz znów, obok innych statków wycieczkowych „Reblaus” i „Unstrutnixe”, w ramach Saale Unstrut Schiffahrtsgesellschaft mbH wozi tam i z powrotem po Unstrucie i Soławie turystów, stowarzyszenia i zakładowe kolektywy.
Tymczasem zrobiła się 9, przewoźnik dopił kawę, przygotował swoją łódź i przewiózł nas swoim promem linowym za jedno euro.

Blütengrund
Dalsza piękna droga przez Blütengrund kończy się na obrzeżach Naumburga. I tu niestety kończą się też oznakowania szlaku. Katedry ani jeszcze wyższego kościoła św. Wacława (Wenzelskirche) w ogóle nie widać. Po ich wieżach można by się orientować. A tak jest się zdanym na własny zmysł orientacji. Również opis w przewodniku pielgrzyma, którego fragmenty sobie skopiowałem, niewiele pomógł. Wybraliśmy którąś z bocznych ulic, szliśmy według stron świata i w końcu wyszliśmy prawie tam, gdzie trzeba.

Rynek z kościołem miejskim św. Wacława
Na Stare Miasto wchodzi się przez Bramę Mariacką (Marientor) i idzie przez Marienplatz i (kogo to dziwi) Marienstraße na rynek. Tu od razu rzuca się w oczy potężny kościół miejski św. Wacława, który wprawdzie jest nieco zasłonięty, ale mimo to natychmiast przyciąga wzrok.

Organy Hildebranda w kościele św. Wacława
Przeszliśmy przez rynek, żeby poszukać wejścia. Z tyłu, na końcu dużych zewnętrznych schodów, znaleźliśmy otwarte drzwi. Miła pani przy wejściu wzięła od nas plecaki i pilnowała ich podczas naszego zwiedzania. Postawny pan podszedł do nas znaczącym krokiem, z wzrokiem utkwionym w moim aparacie. Uprzedzając go szybko, grzecznie zapytałem, czy mogę zrobić kilka zdjęć. „Ale tylko kilka, do użytku prywatnego!” – mruknął w moją stronę. Zrozumiałe – przecież sprzedażą pocztówek próbuje się choć trochę podreperować budżet na utrzymanie kościoła. Mam nadzieję, że mimo to nie będzie na mnie zbyt zły, jeśli zamieszczę tu zdjęcie słynnych organów Hildebranda. Regularnie odbywają się tu koncerty. Link prowadzi do strony, na której można dowiedzieć się o wydarzeniach.
Przy wyjściu wrzuciłem jeszcze kilka monet przez szczelinę skarbonki, a Andrea znów ofiarowała świeczkę. Miła pani przy wejściu i sprzedaży biletów chciała wiedzieć wszystko o naszej drodze, a kiedy opowiedzieliśmy jeszcze, że w zeszłym roku byliśmy na Camino Francés i w Santiago de Compostela, była zachwycona. Chętnie porozmawialibyśmy z nią dłużej, ale mieliśmy napięty plan. Bo teraz w planie była katedra w Naumburgu. W drodze do katedry, którą naprawdę widać tylko z bardzo daleka albo gdy jest się w jednej z uliczek prowadzących na plac katedralny, wpadł nam w oko miły ogródek na Steinweg. Restauracja nazywa się Bocks i mieści też szkołę gotowania. Na obiad było jeszcze za wcześnie. Wypiliśmy więc tylko coś i obiecaliśmy miłej kelnerce, że wrócimy później. No to plecaki na plecy i do katedry. Trochę rzucaliśmy się w oczy wśród wszystkich tych wyprasowanych turystów z kraju i zagranicy, którzy przyglądali nam się nieco z ukosa. Przy kasie katedry nieźle się jednak zdziwili, kiedy nie tylko nie musieliśmy płacić, ale jeszcze z pominięciem kolejki dostaliśmy zamykaną szafkę na plecaki. Oczywiście i tu podstemplowaliśmy nasze paszporty pielgrzyma.

Przed zachodnim lektorium katedry w Naumburgu
Kto zobaczył katedrę św. Piotra i Pawła w Naumburgu, a przede wszystkim grupę figur fundatorów w chórze zachodnim, z rzeźbą margrabiny Uty na czele, ten wie, dlaczego te zabytki zdobyły światową sławę. Wyraz twarzy figur jest tak żywy i wymowny, że naprawdę wierzy się, iż za tymi twarzami da się rozpoznać charakter. W wielu budowlach sakralnych, które dotąd widziałem, wiele przedstawionych postaci spogląda pokornie ku niebu i właściwie wszystkie mają podobny wyraz twarzy.

Chór zachodni z grupą figur fundatorów
Tutaj figury uśmiechają się do otoczenia albo spoglądają figlarnie na sąsiada. Również wszystkie ornamenty są tak wiernie podpatrzone w naturze, że po kamiennych liściach można rozpoznać gatunek rośliny. Jeśli pomyśleć, że wszystko to wykuto w kamieniu, tym bardziej imponuje mistrzostwo i drobiazgowość, z jaką stworzono to dzieło. W przylegającym ogrodzie katedralnym można obejrzeć wystawę, która zestawia rośliny z ich kamiennymi odpowiednikami. To naprawdę zdumiewające, z jaką pewnością rozpoznaje się te rośliny.

Widok na wieże zachodnie z ogrodu katedralnego
Zdjęcia zrobiłem zresztą za wyraźną zgodą. Za 5 euro można kupić pozwolenie na fotografowanie. Tylko w pomieszczeniu, w którym znajduje się skarbiec katedralny, fotografowanie jest zabronione. Więcej zdjęć można zobaczyć pod linkiem w tekście wstępu powyżej.
Utrzymanie tych dzieł sztuki o światowej sławie kosztuje oczywiście dużo pieniędzy, więc nie dziwi, że ceny wstępu są tu nieco wyższe. Trzeba też pamiętać, że katedra utrzymuje się wyłącznie z fundacji. Ani Kościół krajowy, ani miasto, ani kraj związkowy nie przeznaczają na nią budżetu. Kto chce dowiedzieć się więcej o katedrze i jej historii, niech po prostu kliknie link powyżej.

Steinweg przed restauracją „Bocks”
Po dwugodzinnym, gruntownym zwiedzaniu byliśmy trochę głodni i wróciliśmy do restauracji, w której byliśmy już przed południem. Zajęliśmy nawet te same miejsca i z bardzo obiecującej karty zamówiliśmy coś lekkiego – talerz sałatek. Jeszcze nigdy nie jadłem sałatki z tak dobrym dressingiem. Jeśli reszta potraw jest równie dobra, to ta restauracja Bocks jest prawdziwym tipem na dobrą kuchnię w Naumburgu.
Teraz jednak najwyższy czas był ruszać w drogę, więc szukaliśmy wskazówek, jak wydostać się z miasta. Niestety jest się tu w dużej mierze zdanym na opis z przewodnika pielgrzyma. Muszle są w Naumburgu rozsiane bardzo skąpo. Najlepiej trzymać się cały czas przebiegu B180 w kierunku zachodnim, czyli na Freyburg, aż za wiadukt kolejowy na wylocie z Naumburga.

„Na jasnym brzegu Soławy” (pieśń ludowa)
Tam szlak skręca jeszcze lekko w prawo przez zieleń, aż na brzeg Soławy. Rzuca się tu w oczy niebieska tablica.
Napisano na niej, że do 1960 roku istniało tu publiczne kąpielisko nad Soławą. W 1893 roku Franz Kayser otworzył tu „Kayser´s Badeanstalt”.
„Idźcie śmiało, raźno,
nad Soławę na dół,
kosztuje to tylko grosik,
i to wystarczy.”
– tak rymowało w 1892 roku Stowarzyszenie Kąpiących się w Rzece.
W 1960 roku skończyło się kąpanie, bo Soława stała się jedną z najbrudniejszych rzek Niemiec. Podobno nawet motorowerzyści się w niej topili, bo brali rzekę za asfaltową drogę – a może to była Pleiße?…. Nie, żart. Dzięki upadkowi przemysłu nad Soławą i budowie wielu oczyszczalni ścieków woda w Soławie ma dziś znowu niemal jakość kąpieliskową. Ryby też wróciły. A jeśli przyjrzeć się bardzo dokładnie, to – jak w pieśni ludowej (napisanej przez Franza Kuglera w 1826 roku na zamku Rudelsburg) – znowu są też jasne brzegi Soławy.
Tuż przed Roßbach trzeba trochę uważać. Z powodu budowy nowego mostu na Soławie przebieg szlaku nieco się zmienił. Ale miejscowość już widać i można iść według kierunku świata.

Mila Winna w Roßbach
Roßbach to wieś winiarska. I widzieliśmy to bardzo wyraźnie, bo coś się tu działo. Wszyscy uwijali się dookoła, a domy i ulice odświętnie dekorowano. Właśnie trwały przygotowania do święta Saale-Weinmeile, czyli Mili Winnej nad Soławą. Między Bad Kösen a Roßbach w Zielone Świątki, w sobotę i niedzielę, winiarze otwierają swoje zagrody, by można było degustować ich wina z poprzedniego rocznika. Rozstawiano stragany, wszędzie stały ławy i stoły. Musi tu być naprawdę gwarno – sądząc po prowizorycznych parkingach na łąkach przed wsią, liczy się na kilka tysięcy odwiedzających. Z podziwem przechadzaliśmy się po wsi, nie tracąc jednak z oczu naszego właściwego celu. Bo tu znowu pojawiły się znaki muszli. I zaprowadziły nas do Katolickiego Młodzieżowego Centrum Edukacyjnego św. Michała. Znaleźliśmy je niemal przy wyjściu z miejscowości, nieco powyżej wsi – nowoczesny, nowy budynek.

Katolickie Młodzieżowe Centrum Edukacyjne św. Michała
Jakieś boczne drzwi były otwarte i usłyszałem głosy. „Chcielibyśmy tu przenocować.” „To musi pan pójść do głównego budynku, do recepcji” – odpowiedział mi młody mężczyzna, który z kilkoma innymi młodymi ludźmi siedział przy komputerach. Aha, mają tu pracownię komputerową. Długie żelazne schody prowadzą do głównego wejścia, za którym od razu znajdował się rodzaj przedsionka z recepcją.
„Dzień dobry!” – powiedzieliśmy głośno.
Ale młodzież rozwalona na kanapach była bez reszty zajęta swoimi smartfonami. Istna plaga! Cierpliwie czekaliśmy na kogoś, kto tu za coś odpowiada albo zna kogoś, kto pełni tę funkcję, bo na moje pytanie, czy ktoś tu w ogóle przychodzi do tej recepcji, zebrałem tylko obojętne wzruszenie ramion od jednego z wyznawców smartfona. Ruszyłem na poszukiwania po budynku. Kuchnia! To dobrze.
„HALO!!?” – zawołałem do środka. Za rogiem coś zastukało i chwilę później podeszła do mnie młoda kobieta. „Czy to państwo są tymi pielgrzymami?” „Tak” – odpowiedziałem oczywiście.
Naprawdę już na nas czekano. No cóż, zadzwoniłem przecież wcześniej z Freyburga w sprawie wolnego pokoju. Bo centrum edukacyjne prowadzone jest niemal jak hotel. Mogą się tu zgłaszać i nocować grupy. Dlatego też szybko bywa całkowicie zarezerwowane – tak słyszałem. Lepiej więc zadzwonić. Jeśli wszystko jest zajęte, można jeszcze poszukać noclegu w Naumburgu. Ale tak byliśmy po bezpiecznej stronie, a dom zrobił na nas bardzo dobre wrażenie – wszystko nowe i bardzo nowoczesne.

Pokój pielgrzyma
Pieczątka do paszportu pielgrzyma i już pracownica prowadziła nas do naszego pokoju. „To jest pokój pielgrzyma.” Wow! To się nazywa nocleg! Prawdziwe łóżka z pościelą, stół, krzesła i szafy. Nasz własny prysznic jest po drugiej stronie korytarza, naprzeciwko pokoju. Z okna patrzyliśmy na boisko do siatkówki, na którym właśnie uwijała się grupka młodzieży i siostra zakonna w habicie. Wyglądało to jakoś komicznie. Nie mogłem ukryć uśmiechu, a ona uśmiechnęła się w odpowiedzi. Nad łóżkiem, na żółtej ścianie, namalowano trasę Via Regia z najważniejszymi miejscowościami i widzimy, że znamy już spory kawałek tej drogi, ale też spory kawałek wciąż przed nami.

Widok na Naumburg
Kiedy już wzięliśmy prysznic i wypraliśmy rzeczy, chcieliśmy jeszcze zbadać okolicę. Obok kościoła, po lewej, prowadzi stromo pod górę ścieżka na wzgórze nad wsią. Stąd mieliśmy piękny widok na Naumburg.
Zszedłszy z góry, przeszliśmy się jeszcze raz po wsi – to znaczy, poszedłem sam, bo Andrea chciała jeszcze zdjąć pranie. Czekałem na ławce, z której mogłem obserwować kolorową krzątaninę przygotowujących święto. Byłem ciekaw i przesiadłem się na ławkę jeszcze bliżej tego zamieszania. Nie trwało długo, a wdałem się w rozmowę z jednym z mieszkańców. „Obok winobrania to najważniejsze wydarzenie roku.”
Tak to też wygląda, bo kryje się w tym mnóstwo pracy. Duże dwuskrzydłowe drewniane bramy do zagród zabudowanych z trzech stron stały szeroko otwarte i widać było, jak pięknie je udekorowano i ile ław i stołów pod rozstawionymi namiotami czeka na gości. „Ty to pewnie jeden z tych pielgrzymów?” Znowu to pytanie. Także tutaj zauważono już więc istnienie szlaku – zdumiewające przy tak małej liczbie pielgrzymów. Wciąż nie widzieliśmy żadnego innego pielgrzyma. Zaproszono mnie na butelkę piwa. „Wino jest dopiero w weekend. Musielibyście zostać dłużej. Naprawdę dużo tracicie” – powiedział mi ten, który stawiał piwo. „Nie, musimy iść dalej. Przed nami jeszcze długa droga. Ale może w przyszłym roku przyjedziemy tu samochodem, żeby obejrzeć to widowisko.”
Szkoda, to i wina dla mnie nie będzie.
Z daleka zobaczyłem nadchodzącą Andreę i razem zaczęliśmy szukać miejsca na kolację. Winiarnia w centrum wsi była niestety akurat zamknięta. Kiedy szliśmy od Naumburga, wydawało mi się, że widziałem knajpę przy wejściu do wsi. Dalej, aż do wjazdu do wsi – jest tam swojska knajpa „Zur Hupe” („Pod Klaksonem”). Skąd wzięła się ta nazwa, nie udało mi się co prawda dowiedzieć, ale mogłem się domyślić, bo knajpa leży tuż przy drodze, przy przejeździe kolejowym i przystanku kolejowym. No cóż, a lokomotywy po prostu trąbią, zanim ruszą.

Turyński Rostbrätel
Turyński Rostbrätel – mmm! Co prawda nie jesteśmy jeszcze w Turyngii, ale to danie serwuje każda wschodnioniemiecka gospoda, która coś sobie ceni. Trochę ciągnęło zza rogu, ale i tak chcieliśmy siedzieć na zewnątrz po tym znowu słonecznym i gorącym dniu.
Jutro idziemy do Eckartsbergi, kolejnej miejscowości przy B87, którą znamy tylko z przejeżdżania. „Mają tam stary rycerski zamek, obejrzymy go sobie.”
W drodze powrotnej nasz zamiar, by skosztować jeszcze kieliszeczka miejscowego wina, niestety spełzł na niczym.
We wsi wszystko już znowu ucichło. Ludzie się rozeszli, a bramy zagród były znów zamknięte.
No dobrze, to i my idziemy spać.

Naumburg w wieczornym słońcu
Dzień 5. Roßbach – Eckartsberga
Wczoraj wieczorem niełatwo było zasnąć. Oprócz nas w Młodzieżowym Centrum Edukacyjnym mieszkała duża grupa młodzieży. Myślę, że byli to uczniowie szkoły pielęgniarskiej – no i oczywiście uczennice. Można to było wywnioskować z nie do przeoczenia (nie, ja nie podsłuchuję!) rozmów przy sąsiednim stole, kiedy wieczorem siedzieliśmy jeszcze na tarasie. Musiało się też polać trochę alkoholu. Bo wraz z nocą rozpoczęła się ożywiona wymiana zdań między budynkami. Jakieś 250 metrów wyżej stoi jeszcze starszy budynek pomocniczy i przez tę odległość wykrzykiwano sobie najróżniejsze rzeczy. Nazwałbym to przekomarzaniem się w okresie dojrzewania. W każdym razie przez pierwsze dwie godziny o spaniu nie było mowy. Ale nie chcieliśmy też psuć zabawy – w końcu sami też byliśmy kiedyś młodzi.
No to wyskakujemy z pościeli i na śniadanie. Tak, podają tu bardzo dobre śniadanie. Kiedy już mieliśmy wychodzić, przyszedł jeszcze dziekan centrum edukacyjnego, by życzyć nam dobrej drogi i zapytać, czy podobało się nam w jego domu. Oczywiście nie naskarżyliśmy na młodych ludzi.
Dzień zapowiadał się znowu promiennie, więc ruszyliśmy w drogę do Eckartsbergi. Tam chcieliśmy przenocować na plebanii i już poprzedniego dnia zadzwoniliśmy do pani pastor Plötner-Walter, by zapytać, czy to możliwe. Odpowiedziała, że do 19:00 będzie prawdopodobnie poza domem, ale pan Röder w Lissdorfie, miejscowości przed Eckartsbergą, też ma klucz. Czytaliśmy o tym już w przewodniku pielgrzyma. Mogliśmy więc wyruszyć bez pośpiechu, bo wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Podejście na Göttersitz
Zaraz za Roßbach czai się porządne podejście na Göttersitz. To pasmo wzgórz między Freyburgiem a Bad Kösen, objęte ochroną jako rezerwat przyrody. Celem rezerwatu jest zachowanie obszaru wapienia muszlowego z charakterystycznymi murawami naskalnymi, murawami kserotermicznymi i półsuchymi oraz zbliżonymi do naturalnych drzewostanami liściastymi. I właśnie przez ten las liściasty szliśmy stromo pod górę starą, piękną drogą brukowaną „kocimi łbami”. Można nawet przypuszczać, że idziemy tu odcinkiem historycznej Via Regia. Na trasie Via starano się jak najbardziej zbliżyć do historycznego przebiegu drogi. Oczywiście nie wszędzie jest to możliwe. Bo ten ważny szlak handlowy naszych przodków był używany także później i dostosowywany do każdej epoki – nazywa się to zabudowaniem. A żadnemu pielgrzymowi nie sprawia przyjemności godzinne maszerowanie między samochodami po drodze krajowej takiej jak B87. Organizatorzy postawili więc sobie za cel znalezienie dróg przyjaznych pielgrzymom, które leżą jak najbliżej właściwego, historycznie udokumentowanego przebiegu Via. Niektóre historyczne odcinki, które popadły w zapomnienie, trzeba było jednak na nowo udostępnić do chodzenia. Razem z oznakowaniem szlaku i organizacją noclegów musiała to być niesamowita praca. Na podstawie tego, co dotąd widzieliśmy, możemy ocenić, że to się bardzo udało. Możemy co prawda oceniać tylko ten szlak, bo w Niemczech nie wędrowaliśmy jeszcze innymi drogami pielgrzymimi. Ale wciąż się słyszy, że Ekumeniczny Szlak Pielgrzymi jest jednym z najlepiej przygotowanych i zorganizowanych szlaków w Niemczech. Jest tu nieprzerwana sieć schronisk i noclegów oraz nieprzerwane oznakowanie. (przy wszystkich wspomnianych już drobnych niedociągnięciach.) Dlatego w tym miejscu bloga przychodzi dla mnie czas, by powiedzieć dziękuję – dziękuję odpowiedzialnym i wielu małym pomocnikom, którzy przywrócili ten szlak do życia.

Widok z Göttersitz na Bad Kösen i zamek Rudelsburg
Jesteśmy więc teraz na Göttersitz, siedzimy na ławce nad ogrodzoną winnicą i patrzymy z góry na Bad Kösen z jego warzelnią soli, na Soławę, a nad rzeką na zamek Saaleck i na Rudelsburg. Jesteśmy w powiecie Burgenlandkreis i tutaj po prostu częściej się je spotyka – dumne wieże obronne z dawno minionych czasów, otoczone grubymi murami, stojące na najwyższych wzniesieniach okolicy, by mieć lepszy widok na kraj. My też mamy stąd piękny widok. Gdybym był rycerzem, zbudowałbym tu zamek. Piękny widok, którym przez jakiś czas się rozkoszujemy, zanim pójdziemy dalej.
Następna miejscowość to Punschrau. Rzuciła się nam tu w oczy tablica przymocowana do bramy jednego z gospodarstw. U góry widniała szwedzka flaga, a obok wizerunek szwedzkiego króla Gustawa Adolfa na koniu. To wzbudziło moją ciekawość co do tekstu obok, napisanego starą niemiecką czcionką. Było tam napisane, że armia Gustawa Adolfa podczas marszu na Naumburg obozowała tu, w Punschrau, a on sam zatrzymał się na kwaterze w gospodzie Punschrau. Szwedzi, nadciągając od Eckartsbergi, skoncentrowali nad Soławą duże siły i utworzyli przyczółek pod Bad Berka. Niedługo potem Naumburg wpadł w szwedzkie ręce, a po wojnie trzydziestoletniej okres świetności Naumburga, podobnie jak wielu miast środkowych Niemiec, na razie się skończył.
Bardzo ciekawe, ale idziemy dalej po Via Regia, bo chcieliśmy jeszcze dziś wejść na zamek Eckartsburg.

Głód! – samochód z pieczywem w Spielbergu
W Spielbergu, następnej miejscowości, zrobiliśmy przerwę i zauważyliśmy, że właściwie prawie nie mamy już nic do jedzenia. I jak to bywa, właśnie wtedy robi się człowiek naprawdę głodny. No i co teraz? Szukanie tiendy jak w Hiszpanii nie ma w Niemczech sensu. Prawie wszystkie małe wiejskie sklepiki, które jeszcze istniały w czasach NRD, padły ofiarą gospodarki rynkowej i wielkich świątyń zakupów w szczerym polu. Starsi ludzie w odległych wsiach, którzy nie są już mobilni albo nie mają w pobliżu zmotoryzowanego wnuka, zdani są na obwoźnych handlarzy, którzy od czasu do czasu objeżdżają wsie ze swoimi sklepami na kółkach.
I akurat taki samochód z pieczywem wjechał właśnie do wsi. „Zjawia się jak na zawołanie!” – powiedziałem do Andrei i zerwałem się, żeby go zatrzymać. Ku mojemu zdumieniu naprawdę się zatrzymał i otworzył dużą klapę swojego stoiska. Wiele na nas zarobić nie mógł. „4 bułki i 2 pączki, i bardzo dziękuję, że się pan zatrzymał. Inaczej umarlibyśmy z głodu w bogatych Niemczech” – tak brzmiała moja przemowa. Było mi zupełnie obojętne, ile to kosztuje. Towary od obwoźnych piekarzy czy rzeźników są i tak z powodu nakładów nieco droższe niż w supermarkecie. Z wielką przyjemnością zjedliśmy nasze pączki i mieliśmy teraz jeszcze trochę prowiantu na drogę. Sam nie wiem, czemu nic nie wzięliśmy z Naumburga. A w Roßbach przecież nie ma możliwości zaopatrzenia się.

Pola zbóż jak na Mesecie
Wśród rozległych pól zbóż (czasem czuliśmy się już jak na Mesecie) szło się teraz znacznie szybciej w stronę Lissdorfu. Mniej więcej godzinę przed Lissdorfem zadzwoniłem do pana Rödera w sprawie klucza do plebanii w Eckartsberdze. Jego żona powiedziała, że to żaden problem, proszę zadzwonić jeszcze raz, kiedy będą państwo w Lissdorfie. Później wędrowaliśmy przez Lissdorf, licząc na jakąś małą wskazówkę, gdzie moglibyśmy znaleźć pana Rödera. I tak, jednak bez żadnej wskazówki, doszliśmy do wyjścia z miejscowości, gdzie stoi ławka i tablica informacyjna o wsi. Tu zadzwoniłem jeszcze raz, a pan Röder powiedział, że przywiezie nam klucz do Eckartsbergi. „Ależ mogę go od razu zabrać. Nie musi pan….” „Dobrze, zostańcie, gdzie jesteście, jadę.” Chwilę później w naszą stronę zaterkotało coś w rodzaju glebogryzarki z jednoosiową przyczepką.

Pan Röder w Lissdorfie
Starszy mężczyzna nieco ociężale zsiadł i się przedstawił. Gdy formalności zostały załatwione, zaczął opowiadać o historii wsi (znajdowaliśmy się na historycznej ziemi, o którą od szwedzkiego króla po Napoleona spierało się wielu i na której stoczono już wiele bitew). Szczególnie opisał nam walkę, którą stoczył osobiście – mianowicie o zachowanie kościoła w Lissdorfie.

Kościół w Lissdorfie
Dawniej był przewodniczącym LPG (rolniczej spółdzielni produkcyjnej) i miał pewne wpływy, które wykorzystywał u góry, żeby ocalić kościół. Materiały budowlane w NRD właściwie zawsze dało się zdobyć. Trzeba było tylko wiedzieć gdzie, od kogo, przez kogo i za co (często za zachodnią walutę). Była jednak też mowa o miedzianych gwoździach ze Szwajcarii, przemycanych w listach, na dach kościoła. Prawie zapomnieliśmy o czasie, tak zafascynowani go słuchaliśmy. Niemal ostrożnie zapytał potem, czy chcielibyśmy obejrzeć kościół. Prawie zaskoczony usłyszał naszą odpowiedź: „Oczywiście, chętnie!” I tak wróciliśmy do wsi, a on terkotał przed nami swoim pojazdem. Kościół już z zewnątrz robił bardzo zadbane wrażenie. No cóż, każdy kościół robi bardziej zadbane wrażenie niż ten w naszej rodzinnej wsi – niestety. Także w środku wszystko było pico bello. Ku naszej radości włączył jeszcze trzygłosowe dzwony kościoła. Jeśli pielgrzym zadzwoni odpowiednio wcześnie albo pan Röder zobaczy jakichś pielgrzymów na drodze, dzwony rozbrzmiewają też wtedy, gdy pielgrzymi wchodzą do wsi. To bardzo miły i wzruszający gest, świadczący o pewnym docenieniu ludzi, którzy wyruszają na pielgrzymkę. Przez co najmniej 15 minut odbieraliśmy tak mieszkańcom Lissdorfu spokój.
Z obietnicą, że opowiemy wielu osobom o tym, co właśnie przeżyliśmy, i że przyślemy wielu do Lissdorfu, do tego serdecznego i gościnnego człowieka, pożegnaliśmy się z kluczem do plebanii w kieszeni i z jego wskazówką, by przy wejściu do Eckartsbergi, przy dębie Napoleona (znowu jeden!), trzymać się całkiem z lewej i zejść żwirową drogą w dół do miasta. Bo wielu pielgrzymów przeszło już obok miasta, ponieważ stamtąd go nie widać.

Droga w dół do Eckartsbergi, w tle zamek Eckartsburg
Kiedy później byliśmy w tym miejscu, zauważyliśmy, że wskazówka była ważna, bo muszla naprawdę mogłaby wskazywać w dwóch kierunkach. Dzięki temu jednak bez żadnych objazdów weszliśmy do miasta już około 14:30.

Plebania w Eckartsberdze
Plebanię znaleźliśmy dość szybko – należało się jej spodziewać na pewno w pobliżu wieży kościelnej, którą było widać już z daleka. Pani Plötner-Walter też jeszcze była na miejscu. I pewna kobieta z miasteczka, która właśnie przygotowywała uroczystość złotej konfirmacji. „Lepiej będzie, jeśli urządzicie sobie miejsce do spania tu z tyłu, w moim biurze. Z przodu, w sali wspólnej, mam później jeszcze próbę chóru.” Wyciągnęliśmy więc spod podestu schodów dwa dość leciwe materace, zaciągnęliśmy je do biura i przygotowaliśmy sobie posłanie. „Wszystko, co jest w lodówce, i napoje, które stoją obok, możecie spokojnie zużyć. Jeśli coś weźmiecie, wrzućcie proszę datek do pudełka.” Trochę zaskoczyło nas to zaufanie, jakim nas tu obdarzono. Ale nie miał to być ostatni raz, kiedy coś nas zaskoczy na tym szlaku. „Muszę teraz najpierw wyjść. Może zobaczymy się jeszcze dziś wieczorem.” I już zniknęła ta wysoka, szczupła kobieta, która z dziećmi mieszka na piętrze plebanii. Kiedy obejrzeliśmy jeszcze kościół, wybraliśmy się do miasteczka.

Kościół w Eckartsberdze
Eckartsberga liczy około 2400 mieszkańców, jest więc bardzo małym miasteczkiem, dlatego zwiedzanie mogło wypaść dość krótko. Ważne było tu przede wszystkim to, że jest sklep, gospoda (która oferuje nawet menu pielgrzyma) i lodziarnia, którą natychmiast nawiedziliśmy. Potem mieliśmy znowu dość sił, by wspiąć się na wzgórze zamkowe.

Zamek Eckartsburg
Zamek Eckartsburg, położony na południowo-zachodnim skraju pasma Finne, jest symbolem Eckartsbergi. Nic dziwnego, skoro miasto zawdzięcza swoje istnienie właśnie temu zamkowi. W 966 roku margrabia Ekkehard I zbudował zamek przy Via Regia i w ten sposób umocnił swój wpływ na ważny szlak handlowy. Eksponowane położenie na Sachsenbergu z rozległym widokiem na Kotlinę Turyńską gwarantowało mu pewne dochody. Zamek zachował się częściowo i można wejść na 36-metrową wieżę główną, po uiszczeniu drobnej opłaty w gospodzie na dziedzińcu zamkowym. Nieco mniejsza, 22-metrowa wieża służyła dawniej jako więzienie i izba tortur. Jest obstawiona rusztowaniem i niedostępna. Dostępna wysoka wieża była dawniej miejscem zamieszkania i służyła jako wieża strażnicza. Na trzeciej z 5 kondygnacji ustawiono dioramę bitwy pod Jeną i Auerstedt z 1806 roku. Kiedy wrzuci się monetę 50 centów do automatu, zapala się światło i pojawiają się armie cynowych żołnierzyków, które w bitewnym zgiełku nacierają na siebie. Z głośnika rozlega się głos, który objaśnia przebieg bitwy. Odpowiednie miejscowości synchronicznie podświetlane są małymi lampkami. Coś takiego chciałbym mieć na lekcjach historii. Bitwa trwała jednak bardzo, bardzo długo, a my chcieliśmy wreszcie wejść na wieżę, żeby podziwiać widok. Ale dopiero gdy głos umilkł, wspinaliśmy się dalej po skrzypiących drewnianych schodach. Tyle historii kultury musiało być za 50 centów.

Widok z wieży na zachód
Na górze czekał na nas naprawdę fantastyczny widok. Pogoda też dopisała i ponad Kotliną Turyńską widać było już pasma Lasu Turyńskiego. Z przeciwnej strony wieży roztacza się też piękny widok na Eckartsbergę. Wtedy Andrea zobaczyła supermarket na skraju miasta, przy B87 w kierunku Apoldy. „Może kupimy na wieczór trochę świeżych warzyw?” – „To co najmniej 2 kilometry tam. Nie uważasz, że dziś już dość się nachodziłem?” Ale Andrea jest w takich sprawach bardzo (no, powiedzmy) wytrwała. I tak zeszliśmy z góry po drugiej stronie, a ja powlokłem się za nią aż do Penny. W drodze powrotnej pomyślałem sobie: „I to wszystko dla jednego zielonego ogórka!”

Czekając na następny etap
Nie siedzieliśmy jeszcze długo na ławce przed plebanią. Właśnie otworzyłem sobie piwo, gdy przez bramę ogrodu plebanii coś przykuśtykało – taaak, pielgrzym!, a raczej pielgrzymka. Wyruszyła dziś z Freyburga, swoją drogę zaczęła w Königsbrück, pochodzi z Gery, a jej imię zapomniałem. Wstyd, nazwy miejscowości i miast potrafię zapamiętać na lata, ale przy ludziach i ich twarzach zawodzę żałośnie. No trudno, teraz i tak już za późno. Nie chodziła już najlepiej i była przeszczęśliwa, że tu dotarła. Przekazaliśmy jej najważniejsze informacje o noclegu, a ja pomogłem jej urządzić posłanie. Dostała dużą salę wspólną tylko dla siebie, bo najwyraźniej próba chóru albo już się odbyła, albo została odwołana. Kiedy trochę odpoczęła, zeszliśmy razem do miasta i usiedliśmy w gospodzie, która reklamowała się menu pielgrzyma. I proszę, przy naszym stole nagle usiadły jeszcze dwie pielgrzymki, które jednak były tylko na weekendowej wycieczce i w żadnym wypadku nie nocowałyby w tych schroniskach. No dobrze, ze słowem „pielgrzymki” chyba trochę chybiłem. Menu pielgrzyma, nawiasem mówiąc, stawało się menu pielgrzyma dzięki temu, że do zamówionego z karty dania podawano na koniec banana. No cóż, liczą się dobre chęci. A tanie jedzenie do tego znakomicie smakowało.
Wieczorem siedzieliśmy jeszcze na zewnątrz w ogrodzie plebanii przy butelce wina i zaprosiliśmy do siebie panią pastor, która wróciła do domu dopiero późno. Dowiedzieliśmy się od niej, że oprócz parafii tu w Eckartsberdze opiekuje się jeszcze kilkoma innymi, a do tego są jeszcze w okolicy parafie osierocone. Tam też troszczy się o swoje owieczki. Zapytaliśmy, jak sobie radzi na przykład w Wigilię. „Mam ochotników, którzy odczytują przygotowane przeze mnie kazanie, i robią to naprawdę dobrze. Inaczej nie dałoby się tego zrobić. Fajrant jest wtedy zwykle bardzo późno, tak jak dziś.” Szacunek dla tej kobiety, bo oprócz całej tej pracy w domu czekały na nią jeszcze dzieci. A do tego znajduje jeszcze czas, by przyjmować pielgrzymów albo usiąść z nimi wieczorem w ogrodzie i porozmawiać.
Pod wpływem tych wrażeń poszliśmy spać późno w nocy, myśląc o miłych ludziach, których znowu poznaliśmy tego dnia.
Dzień 6. 26 maja 2012 Eckartsberga – Stedten

Śniadanie w Eckartsberdze
Słońce właśnie wschodziło za zamkiem Eckartsburg, kiedy opuszczaliśmy miasto w kierunku południowo-zachodnim. Wcześniej zjedliśmy jeszcze obfite śniadanie przed malowniczo położoną plebanią. Nasza współpielgrzymka jeszcze spała i wolała iść sama, co przy jej dolegliwościach stóp było zrozumiałe. Musielibyśmy z pewnością mocno zwolnić tempo, żeby trzymać się razem. Szliśmy więc znowu przy najpiękniejszej pogodzie do wędrowania przez poranne wsie i pola. Dziś chcieliśmy dojść do Stedten am Ettersberg. Także tu nocleg zapowiadał się niezwykle. Bo znajduje się on znowu w kościele. Miejsca do spania miały być urządzone w wieży kościoła św. Kiliana w Stedten, a przewodnik pielgrzyma obiecywał piękny widok z tej wieży na Weimarer Land.
Pierwsza miejscowość, do której zmierzaliśmy, nazywa się Seena. To też jedna z tych wsi, których pewnie nigdy by się nie zobaczyło, gdyby nie podróżowało się pieszo, bo nie leży przy żadnej dużej drodze przelotowej ani nie ma żadnej szczególnej atrakcji, która kwalifikowałaby ją na cel wycieczki.

Kościół w Seenie
Wadę mieszkania tu na końcu świata z pewnością jednak równoważy spokój, jaki się tu ma. Wsie, które dotąd widzieliśmy, były wszystkie bardzo pięknie odpicowane. Często są nowe ulice z nowym oświetleniem, kable elektryczne od dawna leżą w ziemi obok nowej kanalizacji, kościoły są odnowione, a każdy odpicował swój dom i swoją posesję według własnego gustu i możliwości finansowych. Wiele się zmieniło w ciągu 23 lat po „Wende”, czyli zjednoczeniu. Jedynie z odpływem młodych ludzi te wsie mocno się zmagają. Na wsi na stałe zostaje tylko ten, kto ma majątek, i godzi się na długie dojazdy do pracy. Życie na wsi ma też swój urok, bo we wsiach często panuje silne poczucie wspólnoty – takie „my”. Ludzie spotykają się w stowarzyszeniach albo po prostu przy płocie. Każdy zna każdego. Jeśli pominąć powszechnie znany „Knallerbsenstrauch” – krzak śnieguliczki (niewtajemniczeni niech wygooglują Stefana Raaba i „Knallerbsenstrauch”), to w zasadzie panują tu rajskie warunki.

Straż pożarna w Seenie
Tutaj w Seenie najwyraźniej działa wprawdzie mała, ale aktywna straż pożarna – dla mnie jako ochotniczego strażaka bardzo ciekawe. Stary Robur stał obok maleńkiej remizy, a ogromny grill był jeszcze ciepły. Wczoraj była tu impreza, na pewno z mnóstwem piwa i turyńskich kiełbasek z rusztu. Tak, jesteśmy już prawie w Turyngii. Gdzieś za Seeną przekroczyliśmy granicę landu. Pan Röder mówił w Lissdorfie o tabliczce, którą postawił. A może tylko chciał ją postawić, a biurokracja miała coś przeciwko?

Zieleń
Jeśli jakaś tam stała, to niestety ją przegapiliśmy. Turyngia, zielone serce Niemiec, kraina kiełbasek, jak opiewa ją Rainald Grebe, miała nam dalej zapewniać piękną pogodę. Szlak i tu prowadzi drogami polnymi, tylko czasem mało uczęszczanymi drogami między wsiami, ale zawsze sielsko i łatwo go znaleźć.

Odpoczynek w Oberreißen

Tędy!
Zboże stało bujne na łodygach, a zieleń jest o tej porze roku dominującym kolorem. Idąc, trzeba niemal cały czas patrzeć pod nogi. Nie tylko dlatego, że co jakiś czas na drodze leży kamień, ale dlatego, że polne myszy dosłownie przebiegają ci po stopach. Na drogach ograniczonych krzewami lub drzewami rzucały się nam w oczy liczne małe szczątki gryzoni – znak, że jest tu też wiele ptaków drapieżnych. I tak często trzeba było w ostatniej chwili korygować długość kroku, żeby nie nadepnąć na zwłoki gryzoni.
Wszystko tu to czysta natura, a jeśli do tego jeszcze świeci słońce, iść tędy to prawdziwa przyjemność. Gdyby tylko nie to znowu narastające uczucie głodu.
Po dotarciu do Nermsdorfu w Weimarer Land, również bardzo ładnie odpicowanej wsi, znowu mieliśmy szczęście z samochodem z pieczywem. Właśnie rozgościliśmy się na ławce piknikowej, kiedy usłyszeliśmy dzwonek, którym obwoźny piekarz daje mieszkańcom znać, że mogą teraz odebrać swój świeży chleb i bułki – dla mnie był to też sygnał, by uzupełnić nasz prowiant. Znowu zjawił się jak na zawołanie. Bez tych obwoźnych handlarzy pielgrzymi na Via Regia mieliby smutno. Musieliby taszczyć w plecaku znacznie więcej prowiantu. Żelazną rezerwę i tak zawsze jeszcze mieliśmy, bo kto zna rozkład jazdy handlarzy.

Śniadanie w Nermsdorfie
W Buttelstedt była jeszcze raz woda z lodówki, bo nasze butelki nie tylko były prawie puste, ale ta odrobina wody w nich zrobiła się na słońcu mocno ciepła i smakowała już jak skarpety po całym dniu.

Ferma strusi za Schwerstedt
Świeża woda była też bardzo potrzebna, bo temperatury także tego dnia osiągnęły letnie wartości, a droga do Schwerstedt, prowadząca dawnym nasypem kolejowym prosto jak strzelił obok szosy, stawała się coraz dłuższa. Powoli przychodził czas, żeby dotrzeć do celu. Przy wyjściu ze Schwerstedt zatrzymaliśmy się jeszcze przy ogromnej fermie strusi – ciekawskie spojrzenia po obu stronach wysokiego ogrodzenia.

Kościół św. Kiliana w Stedten
Niedługo potem dotarliśmy do Stedten. I oto staliśmy przed kościołem św. Kiliana, który stoi zupełnie wolno, bez ogrodzenia, pośrodku łąki we wsi. Byłem już trochę rozczarowany tą grubą, nieco przysadzistą wieżą. Spodziewałem się wysokiej wieży, z której, jak obiecano, widać by było daleko w kraj. Ta tutaj była jednak nie tylko wyjątkowo gruba, ale też dość niska. Wyglądała więc prawie tak jak ja. :)

Odnowiony kościół św. Kiliana w Stedten
Zmęczeni i spoceni usiedliśmy w cieniu wieży na ławce i czekaliśmy na klucz, który miała nam przynieść pewna kobieta ze wsi, do której wcześniej zadzwoniłem. Numer telefonu, nawiasem mówiąc, znajdziesz na małej tabliczce, która wisi w jednym z okien kościoła. Chwilę później kobieta otworzyła nam i pokazała schronisko. Kościół św. Kiliana do 2006 roku był niemal całkowicie zrujnowany, a potem gruntownie go odnowiono. Pieniądze na to pochodziły z europejskiego programu LEADER na rzecz rozwoju obszarów wiejskich – tak było napisane na tablicy informacyjnej w kościele.

Pokój pielgrzyma w wieży kościelnej
Przy bardzo udanym remoncie na szczęście pomyślano o tym, by urządzić tu nocleg dla pielgrzymów. Po prawej i lewej stronie wejścia są więc nowoczesne sanitariaty i mała kuchnia. Między tą częścią a właściwym wnętrzem kościoła znajdują się szklane drzwi. Na emporze są dwa materace, a w wieży dzwonnej 6. A z małych okienek w wieży naprawdę jest piękny widok na wieś i okolicę, choć nie tak spektakularny, jak liczyłem jako fotoamator. Nocleg jest bardzo przestronny i czysty, co przy pożegnaniu z tą panią z wdzięcznością i uznaniem też jej powiedzieliśmy. „Zostawcie po prostu klucz w zamku. Odbiorę go jutro rano.” Ze wskazówką, że pani z punktu z napojami za rogiem opiekuje się pielgrzymami i można też u niej coś zjeść, zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Po wielkim praniu i „ścieleniu łóżek” zajrzeliśmy do wsi w poszukiwaniu wspomnianego sklepu z napojami. Daleko iść nie musieliśmy. Wieś naprawdę nie jest szczególnie duża. W ogrodzie stoi „kwiat” sklejony z setek butelek po „Kümmerlingu”. To musi być ten opisany punkt z napojami. Ale wisi tam tabliczka: „Otwarte od 19:00.” Z niczym zawróciliśmy i poszliśmy z powrotem do kościoła. Tymczasem dotarła tam nasza „kulawa” współpielgrzymka. Zrozumiałe, że nie spieszyła się, i szła dziś już znacznie lepiej niż wczoraj. Rozgościła się na emporze (chyba zauważyła poprzedniej nocy, że mam lekką skłonność do chrapania). Kilka słów o drodze i już była 19:00, więc ruszyliśmy na kolację – to znaczy, mieliśmy nadzieję jakąś dostać.

Kolacja w hurtowni napojów
Przy hurtowni napojów podszedł do nas starszy pan i zawołał przez płot ogrodu: „Wy jesteście tymi pielgrzymami? (Najwyraźniej naprawdę widać to po nas. A może po prostu żaden inny obcy nie zabłądziłby do tej miejscowości?) „Oczywiście” – powiedziałem. „Byliście tu już przecież wcześniej, czemu nie weszliście?” „No ta tabliczka, godziny otwarcia…!” „Bzdura – godziny otwarcia, jak my tu jesteśmy, to i wy możecie wejść. Mamy kiełbaski na grillu, zjecie z nami? Tam z tyłu stoi lodówka, weź sobie piwo!” Tego nie trzeba mi powtarzać dwa razy! Tak to lubię, zupełnie bez komplikacji, człowiek czuje się jak na ogrodowym przyjęciu u przyjaciół. Kiełbaski były zresztą wyśmienite, w końcu turyngijskie….

Wieczorem przed kościołem
Wieczorem siedzieliśmy jeszcze z naszą towarzyszką pielgrzymki na przytulnym drewnianym zestawie ławek przed kościołem i gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że od jutra znów będziemy sami, bo ona jutro kończy i musi wracać do Gery. Urlop się skończył, jutro są Zielone Świątki i chce już być w domu. Pożegnaliśmy się więc już teraz, bo chcieliśmy znów wyruszyć wcześnie. Jutro idziemy do stolicy kraju związkowego, do Erfurtu.
Dzień 7 Stedten – Vieselbach

Rano za Stedten
Również dziś po krótkim śniadaniu przed kościołem w Stedten wyruszyliśmy bardzo wcześnie. Jeszcze raz pożegnaliśmy się z naszą nową, choć krótką znajomą z Gery, bo ona chciała ruszyć w stronę Erfurtu dopiero później. Kontrolne spojrzenie do sypialni, kuchni i toalety – niczego nie zapomnieliśmy – i w drogę. Słońce właśnie wschodziło, kiedy szliśmy przez jeszcze wilgotne łąki w kierunku Ottmannshausen. Jak dotąd każdego dnia wznosiło się na niemal bezchmurne niebo. Ale mieliśmy dotąd farta z pogodą! Nieużywane ubranie przeciwdeszczowe zdążyło tymczasem wylądować na samym dnie plecaka i mieliśmy nadzieję, że zostanie tam także przez następne dni.

Maszyny rolnicze z NRD
Przy wjeździe do małej miejscowości Ottmannshausen zwróciło moją uwagę podwórze, na którym stało mnóstwo starych maszyn rolniczych z czasów NRD. Kombajn E512, nośnik narzędzi RS09, ciągnik Famulus, koparka T157 (żartobliwie nazywana też „zbieraczem truskawek”) czy ciągnik ZT300 – wszystkie te maszyny dobrze jeszcze pamiętałem i zastanawiałem się, kto wpada na pomysł, żeby coś takiego kolekcjonować, skoro potrzeba na to tyle miejsca. Niektóre z nich nie sprawiały zresztą wrażenia, że nadal nadają się do użytku. Najbardziej zdumiewający tego ranka był jednak bardzo ładny odkryty basen na końcu tej maleńkiej wioski. Jak tak mała wieś może sobie pozwolić na taki basen, jest dla mnie naprawdę niejasne. Nasze miasto nie może sobie pozwolić nawet na wystarczająco duże pomieszczenie dla 46 członków naszego stowarzyszenia miłośników regionu.

Odkryty basen w Ottmannshausen
Okolica stawała się stopniowo coraz bardziej pagórkowata. Po lewej stronie obchodziliśmy właśnie górę Ettersberg, na której znajduje się miejsce pamięci obozu koncentracyjnego Buchenwald i za którą leży Weimar. Przez Weimar prowadzi alternatywny wariant Via Regia, którym jednak nie chcieliśmy iść. Po prawej spoglądaliśmy na równinę w kierunku Sömmerdy. Wyraźnie widać było przebieg budowanej nowej linii ICE z Lipska do Erfurtu. Długo widać tu było tylko gotowe mosty, stojące zagubione i samotne pośród pól. Teraz budowa chyba znów ruszyła do przodu. Ze wzniesienia przed Ollendorfem zobaczyliśmy już na horyzoncie domy Erfurtu. Był dziś dzień świąteczny, więc we wsiach działo się jeszcze mniej niż zwykle. Ludzie pewnie się wysypiali. I tak często byliśmy jedynymi, na których ujadały wiejskie kundle.

Via Regia
Etap do Erfurtu nie jest zbyt długi, a my chcieliśmy dojść tylko do Vieselbach, małej miejscowości w podmiejskim „pasie zamożności” przed Erfurtem, stolicą Wolnego Kraju Turyngia. Vieselbach leży jakieś 7 kilometrów przed Erfurtem i przed naprawdę nudną drogą przez strefy przemysłowe na przedmieściach. W Vieselbach mieliśmy prywatny nocleg w domu jednorodzinnym. A było to tak: mąż jednej z koleżanek z naszego stowarzyszenia pracuje w tygodniu w Erfurcie. Żeby nie musiał codziennie dojeżdżać z Delitzsch do Erfurtu, wynajął w Vieselbach małe mieszkanie w czyimś domu. Kiedy w stowarzyszeniu dowiedziano się, co planujemy i którędy będziemy szli, od razu padła propozycja, żebyśmy tam przenocowali, bo on sam w weekend mieszkania nie potrzebuje. Przyjęliśmy ją z wdzięcznością. W Erfurcie noclegi są bowiem nie tylko nieco droższe, ale często nie można się też dostać, bo wszystko jest zajęte. Właśnie w klasztorze augustianów, pierwszym adresie dla pielgrzyma w Erfurcie, często nocują grupy i zdarza się, że pielgrzyma odsyła się dalej, choć urządzono tam specjalne pokoje dla pielgrzymów.
Erfurt jest bardzo popularny wśród turystów, a do tego odbywa się tam wiele imprez. Wtedy także w pensjonatach czy hotelach może zabraknąć łóżek. Tutaj więc nie należy raczej liczyć na szczęście, tylko lepiej zarezerwować z wyprzedzeniem, żeby jeszcze dostać niedrogi nocleg.

Panorama w piękną pogodę przed Erfurtem
Wszystko to dziś zupełnie nas nie interesowało. Wciąż wędrowaliśmy przez kwitnące łąki i falujące łany zbóż. Znów szło nam się dobrze, tak że już w południe stanęliśmy przed domem w Vieselbach, odnalezionym za pomocą mojej nawigacji, i zadzwoniliśmy. Byliśmy trochę za wcześnie, więc najpierw pomyśleliśmy, że nikogo nie ma w domu. Ale tak łatwo się nie poddaję. I tak znalazłem właścicieli w ogrodzie przy basenie. Serdecznie nas powitali, a zwłaszcza mąż chciał wiedzieć wszystko o drodze, bo sam był już na Camino Francés. Przy butelce piwa wywiązała się długa fachowa pogawędka, zanim pokazano nam nocleg. A ten nocleg był dla nas czystym, czystym luksusem i właściwie mógłbym się od razu położyć.

Krämerbrücke (jedyny zamieszkany most na północ od Alp)
Mimo to chcieliśmy jednak zobaczyć Erfurt, więc zrobiliśmy coś, co w czasie pielgrzymki jest u nas raczej źle widziane i co robilibyśmy tylko w sytuacjach awaryjnych. Wsiedliśmy do autobusu. 20 minut później staliśmy w centrum Erfurtu, oszczędziwszy sobie stref przemysłowych i betonowych blokowisk erfurckich przedmieść. Dziś byliśmy zupełnie zwykłymi turystami, bez plecaka na plecach, bez kijów w rękach, bez wypatrywania następnego drogowskazu czy następnego schroniska. Tylko strój wciąż był pielgrzymi, bo oczywiście nie dźwigaliśmy tu w plecaku eleganckich ciuchów, które zwykle nosi się w niedzielę. Choć zastanawiam się, jak robili to niektórzy pielgrzymi na Francés, których za dnia widywało się na szlaku, a wieczorem przechadzali się w marynarkach po Plaza Mayor. Pod koniec dzisiejszego dnia, mimo krótkiego odcinka, bolały nas jednak stopy, bo centrum Erfurtu trzeba naprawdę obejść na piechotę.

Rynek Rybny w Erfurcie
Także pielgrzymi, którzy chcą tylko przejść przez miasto, powinni znaleźć czas i zrobić tu kilka rundek. Naprawdę warto. Ojciec Andrei pochodzi z okolic Erfurtu, więc znała ona miasto nad rzeką Gerą przynajmniej z dawnych lat. Ja nigdy nie byłem w Erfurcie, dotąd tylko przez niego przejeżdżałem albo go mijałem. Zabytki takie jak Krämerbrücke, Rynek Rybny czy katedrę znałem tylko ze zdjęć lub reportaży telewizyjnych. Warto jednak obejrzeć je osobiście, tak jak codziennie robią to tysiące innych turystów. Nie zamierzam tu jednak przepisywać broszury reklamowej miejskiego biura promocji. Kto chce wiedzieć więcej o Erfurcie, powinien przyjrzeć się bliżej tej stronie. Jest tam właściwie wszystko, co najważniejsze o Erfurcie.
Spacerowaliśmy więc bez pośpiechu ulicami starego miasta, martwiąc się jedynie, żeby czegoś nie przegapić. Krämerbrücke fotografowaliśmy ze wszystkich stron, gdy tylko udało się ją uchwycić w obiektywie niezasłoniętą przez tłumy turystów. Na Rynku Rybnym usiedliśmy w ogródku i przy obiedzie podziwialiśmy wspaniałe kamienice mieszczańskie wokół placu, podczas gdy uliczny grajek grał Boba Dylana.

Plac Katedralny
A w erfurckiej katedrze dostaliśmy pieczątkę pielgrzyma, po tym jak obejrzeliśmy też kościół św. Seweryna na Wzgórzu Katedralnym. Również nieco mniej spektakularne ścieżki przez wąskie uliczki starego miasta są bardzo warte zobaczenia i co chwilę odkrywa się ciekawe detale na fasadach odbudowanych z wielką miłością średniowiecznych domów. Miasto było dziś wyjątkowo zatłoczone. Często musieliśmy przeciskać się przez tłumy, a czas oczekiwania w pełnych ulicznych kawiarniach był dziś nieco dłuższy. Weekend zielonoświątkowy i piękna pogoda ściągnęły do miasta mnóstwo ludzi. I szczerze mówiąc, wolę przejść 30 kilometrów żwawym krokiem przez krajobraz, niż tak jak tu, w tę zielonoświątkową niedzielę, powoli snuć się po okolicy i ciągle przystawać. Wtedy stopy bolą mnie jeszcze bardziej, a ten zgiełk bardzo szybko zaczyna działać na nerwy, kiedy wcześniej przez wiele dni szło się przez odludną przyrodę. Pielgrzymi znają to uczucie, że trzeba stąd szybko uciekać, gdy urok nowości już minie.

W erfurckiej katedrze
Nasi gospodarze byli bardzo zdziwieni, kiedy już przed 18:00 znów stanęliśmy przed ich drzwiami. Nie chcieliśmy dalej nadużywać gościnności tych miłych ludzi i postanowiliśmy sami zdobyć coś do jedzenia w miejscowości. Były Zielone Świątki, coś przecież musi być otwarte. Z daleka słyszeliśmy, jak stroi się najwyraźniej sporą aparaturę nagłośnieniową. Co chwilę dochodziły strzępy słów albo piskliwe dźwięki gitar. Próbowałem namierzyć źródło na słuch i uznałem, że hałas (muzyką miał się stać dopiero później) dochodzi z boiska. Gdzie jest muzyka, tam są ludzie. Gdzie są ludzie, tam jest coś do jedzenia i picia. Wyruszyliśmy więc zaspokoić głód. Boisko łatwo było znaleźć. Wystarczyło iść za innymi. Zza ogrodzeń budowlanych obciągniętych plandekami, które zasłaniały boisko, unosiły się podejrzane niebieskie smugi dymu, pachnące turyngijskimi kiełbaskami z rusztu. Szybko do środka, bo już ślinka mi ciekła, a właściwie miałem kałużę na języku. Osiem euro za wstęp – od osoby!! Negocjacje niemożliwe! To była najdroższa kiełbaska w moim życiu. Andrea nie mogła wyjść z podziwu, kiedy prawie bez szemrania wyłożyłem pieniądze. Kto tam gra i co to będzie za muzyka, było mi na początku zupełnie obojętne. Byłem głodny, a do tego ten oszałamiający zapach zaostrzył mi apetyt. Z kiełbaskami i kubkiem piwa czy radlera w ręku usiedliśmy przy stole, przy którym siedziała już inna para.

Koncert zespołu „Accustica”
Technicy wciąż jeszcze stroili sprzęt. „Co to za ekipa?” „Accustica z Erfurtu. Pewnie ich nie znacie? Oni są zabawni” – odkrzyknięto mi z naprzeciwka, przekrzykując „stroicieli nagłośnienia”. „Nie, nie znam. Nie jesteśmy stąd”. Zespół najwyraźniej cieszył się tu jednak czymś w rodzaju statusu kultowego, bo widać było wielu fanów w koszulkach z logo zespołu.
Plac zapełniał się w oczach, a wiek obecnych obejmował rozpiętość, jakiej raczej nie spodziewałbyś się na koncercie rockowym. Byli tam wszyscy od 7 do 70 lat i wszyscy wydawali się radośnie podekscytowani, co dawało mi nadzieję, że te 16 euro zostało jednak całkiem dobrze zainwestowane. Członkowie zespołu siedzieli przy sąsiednim stole, co jednak zauważyłem dość późno, bo wyglądali jak ty czy ja i nie mieli żadnych gwiazdorskich manier. Wyglądało to raczej na rodzinny wypad z dziećmi.
Potem chyba się zaczęło i już chłopaki wyglądali na scenie zupełnie inaczej. Perkusista na przykład siedział przy bębnach w mundurze policjanta i dawał z siebie wszystko. A to, co wyprawiali tam na górze, naprawdę miało czad. „Wenn Mutti früh zur Arbeit geht” („Kiedy mama rano idzie do pracy”), przedszkolna piosenka z mojego najwcześniejszego dzieciństwa w wersji rockowej – plac szalał i wszyscy śpiewali – ja też. Obejrzyjcie sobie to wideo na YouTube, a zrozumiecie mój zachwyt. Niestety nie mogliśmy zostać do końca, bo następnego dnia znów mieliśmy coś w planach, mianowicie dojść aż do Gothy. To się nie da pogodzić: do późnej nocy być na koncercie rockowym, a następnego ranka wyruszyć, żeby przejść 30 kilometrów. Z ciężkim sercem ruszyliśmy więc w drogę powrotną. Wracając, próbowaliśmy jeszcze wyłapać kilka utworów, które niosły się ulicami Vieselbach.
Okna mieszkania były jednak dość szczelne, więc mieliśmy jeszcze spokojną i regenerującą noc.
Dzień 8 Vieselbach – Gotha
Spaliśmy dobrze u państwa Tilp w Vieselbach, a na dodatek pani Tilp przygotowała nam jeszcze wspaniałe, obfite śniadanie. Pan Tilp zrozumiał wtedy, że z takim pełnym żołądkiem nic nie wyjdzie z marszem z plecakiem do Erfurtu, i zawiózł nas samochodem aż na Plac Katedralny. Dziś byłoby to dla nas i tak za daleko. A strefy przemysłowe między Vieselbach a Erfurtem naprawdę nie są szczególnie budujące. Dość wymówek??
Ulice w ten poniedziałkowy poranek były niemal wyludnione. Jest Poniedziałek Zielonoświątkowy i większość pewnie jeszcze przytulała się do materaców. Nam to odpowiadało. Przy niewielkim ruchu na drogach w mgnieniu oka byliśmy w Erfurcie i po pożegnaniu z naszym gospodarzem ruszyliśmy, idąc za drogowskazami, które znów spotykało się tu dość często, najpierw w kierunku terenów EGA przez Erfurt.

Drogowskaz w Erfurcie
Równolegle do drogi B7 prowadzącej w kierunku Gothy szliśmy z dala od tej drogi krajowej, a więc z dala od ruchu i hałasu, który narastał wraz z upływem dnia, wąwozem Bühlauer Hohlweg. Drogę otaczały piękne podmiejskie wille i starsze domy jednorodzinne. Przy jednym z domów zwróciła naszą uwagę tabliczka: „Santiago de Compostela 2364 km”, obok mały symbol samochodu, a przy małym piechurze widniało 3000 km. Do drogowskazu przybita była również muszla św. Jakuba. Długo jeszcze dyskutowaliśmy, dlaczego autor tabliczki tak dokładnie zna odległość do Santiago samochodem, podczas gdy ta piesza mogła być oszacowana tylko bardzo z grubsza. Byłby to przecież wielki przypadek, gdyby akurat w tym miejscu zostało dokładnie 3000 kilometrów. Także duża różnica między kilometrami drogowymi a pieszymi wydawała mi się dość wątpliwa. Ale sam gest i to, że ta tabliczka stoi właśnie tutaj, pokazuje po raz kolejny, że tę drogę i jej pielgrzymów się dostrzega i docenia. My też chcieliśmy w tym roku jeszcze dojść do Santiago, nawet jeśli w tamtym momencie dzieliło nas od niego jeszcze sporo kilometrów lotniczych, autobusowych i pieszych. I dyskutowaliśmy, czy (zakładając, że mielibyśmy tyle urlopu i spróbowalibyśmy) zdążylibyśmy do umówionego terminu. Wynik: czasowo zdążylibyśmy całkiem wygodnie. Czy byłoby to fizycznie wykonalne, to już zupełnie inna sprawa. Wtedy planowaliśmy jeszcze przejść Camino Primitivo sami od Oviedo, a nasz przyjaciel Jörg chciał wprawdzie lecieć z córką tymi samymi samolotami do Asturii, ale potem pojechać autobusem dalej do León. Podczas gdy my wyruszylibyśmy z Oviedo, Jörg i jego córka ruszyliby w drogę w Hospital de Órbigo. Mieliśmy się potem spotkać po 10 etapach każdy w Palas de Rei i resztę przejść razem. Jörg chciał w ten sposób dokończyć swoje przerwane w 2010 roku Camino Francés, a my mielibyśmy okazję przejść nową i, jak teraz wiemy, zupełnie inną drogę. Kto czytał już na moim blogu relację z naszego Camino Primitivo, wie, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Planowanie rodziny córki Jörga było po prostu nieco szybsze i wkrótce po naszej wspólnej drodze z Oviedo do Finisterre został on po raz drugi dziadkiem, co przecież też jest piękne.

Schmira
Ale odbiegam od tematu. Wróćmy więc do Via Regia!

Widok na zamek Gleichen (z przodu) i Mühlburg
Bardzo szybko zostawiliśmy Erfurt za sobą. Na lekko wznoszącej się drodze do Schmiry zobaczyliśmy jeszcze raz sylwetkę miasta z charakterystycznymi wieżami katedry i kościoła św. Seweryna. Po prawej stronie dostrzegliśmy lotnisko w Erfurcie. W Schmirze rozpakowaliśmy na ławce nasze zapasy na drugie śniadanie. Więcej niż jabłko się nie zmieściło. Wciąż byłem syty po śniadaniu u Tilpów. Za Schmirą zupełnie nowa asfaltowa ścieżka rowerowa prowadzi łagodnie, ale nieustannie pod górę do autostrady A71, którą przekroczyliśmy wąskim mostem. Stąd widać już charakterystyczne wzgórza z „trzema Gleichen” („trzema jednakowymi”). Tak nazywa się zamek Gleichen koło Wandersleben, Mühlburg koło Mühlbergu i twierdzę Wachsenburg koło Holzhausen. Zamki z VIII i XI wieku nigdy nie miały tego samego właściciela i z zewnątrz wyglądają też bardzo różnie. Dlaczego więc mimo to nazywa się je „trzema jednakowymi”? Jak to często bywa, próbuje to wyjaśnić legenda: określenie „trzy Gleichen” powstało po zjawisku pioruna kulistego 31 maja 1231 roku, kiedy po uderzeniu pioruna wszystkie trzy zamki płonęły jednocześnie i jak pochodnie widoczne były z daleka. Mühlburg i zamek Gleichen to dziś dobrze zachowane ruiny. Tylko Wachsenburg odrestaurowano i w średniowiecznych murach mieści się dziś hotel.

Kamienny krzyż przed Kleinrettbach
Tuż za mostem nad autostradą omal nie zabłądziliśmy po raz pierwszy. Znak szlaku był tu mocno zwietrzały, namalowany bardzo niewyraźnie na kamieniu w rowie odwadniającym, a na domiar złego zasłonięty jeszcze chwastami. W każdym razie dla tych, którzy chcą pójść tu naszym śladem: za wiaduktem nad autostradą trzymaj się prawej strony. Na wszelki wypadek odsyłam tu linkiem do tego miejsca.

Kamienny krzyż za Kleinrettbach
Na dzisiejszym etapie zwróciło naszą uwagę kilka kamiennych krzyży stojących przy drodze. Jeden z nich odkryliśmy na wschód, a jeden na zachód od Kleinrettbach. Na tablicy informacyjnej przy tym drugim można było przeczytać, że krzyż przeniesiono tu o 350 metrów, bo pierwotnie stał pośrodku pola, gdzie latem oczywiście nie było go widać. Teraz stoi tuż przy turyngijskiej Drodze św. Jakuba. Znów legenda opowiada o pochodzeniu krzyża: w czasie wojny trzydziestoletniej na wschód i na zachód od Kleinrettbach stanęły naprzeciw siebie dwa wrogie oddziały, które jednak minęły się we mgle. Miejscowość została więc oszczędzona, a w podzięce w miejscach obozowisk wzniesiono po jednym kamiennym krzyżu. Te dwa krzyże miały więc według legendy całkiem pozytywne tło. Wiele takich kamiennych krzyży stawiano jednak jako krzyże pokutne. Krzyże pokutne to pomniki średniowiecznego prawa. Zawierano tak zwane umowy pokutne między zwaśnionymi stronami, aby zakończyć krwawą zemstę za popełnione morderstwo lub inny akt przemocy. Krzyż był widoczną dla wszystkich częścią umowy. Kamienne krzyże powstawały natomiast od XVI wieku i stawiano je jako krzyże pogodowe, morowe, stacyjne pielgrzymów i procesji albo też jako znaki graniczne. Ponieważ inskrypcje zwietrzały, a dokumentów pisanych prawie już nie ma, trudno odróżnić jedne od drugich. Wiele opiera się na opowieściach i legendach, co czyni to wszystko dla nas dziś pasjonującym i ciekawym.

Cały dzień po asfalcie
Monotonia asfaltowych ścieżek rowerowych domagała się dziś właśnie takich ciekawych miejsc. Choć jako rowerzysta bardzo lubię takie ścieżki, dziś tęskniłem za naturalną polną drogą, jakie dotąd często spotykaliśmy. Pomaga wtedy tylko chodzenie poboczem, żeby stopy też dostały trochę odmiany. Odmianę dostaliśmy w Tüttleben. Na końcu wsi obserwowaliśmy quada, który z zawrotną prędkością jeździł wzdłuż i wszerz po łące. Co to miało znaczyć, zrozumieliśmy jednak dopiero, gdy podeszliśmy bliżej. Na łące wykoszono pasy szerokie na około 3 metry, podobnie jak w miasteczku ruchu drogowego dla dzieci, a quad rozkładał na tych pasach linę wokół licznych rolek kierujących, umieszczonych na zakrętach trasy. Na skraju łąki stała wieża z rusztowań budowlanych, na której stało kilka osób. Teraz było jasne, co tu widzimy: wyścigi chartów.

Wyścigi chartów w Tüttleben
Do liny przymocowywano „sztucznego zająca”, którego za pomocą małej wyciągarki ciągnięto z szaloną prędkością po torze. Moje pierwsze wrażenie: głupie psy gonią za „zającem”, a mądre skracają sobie drogę przez wysoką trawę, co jednak ku irytacji właścicieli kończyło się dyskwalifikacją. Wyjaśniono nam jednak: charty polują wzrokiem, co u psów, które przecież właściwie są zwierzętami „nosowymi”, jest dość dziwne. Widać było jednak, że charty, gdy tylko straciły zdobycz z oczu, zatrzymywały się zdezorientowane i błąkały się na przełaj po placu, co bardzo złościło właścicieli. Z całej Europy przyjechali tu właściciele psów ze swoimi podopiecznymi. Byli Włosi, Holendrzy, a nawet Brytyjczycy, którzy zaparkowali swoje kampery na terenie klubu. Widzieliśmy coś takiego po raz pierwszy. Nasz hau-hau to raczej pies „leżakowy”, czyli: nie przepada za bieganiem, leży dość dekoracyjnie w domu, od czasu do czasu coś zje i potem musi na chwilę do ogrodu. Ma tak zwane psie życie i czasem marzę, że jeśli istnieje drugie życie, chciałbym wrócić na świat jako mój pies.
Choć wszystko to było tu ciekawe, ludzka ambicja wydaje jednak na świat dziwne stworzenia. Czy zwierzętom zawsze dobrze się przy tym wiedzie i czy ich życie sprawia im przy tym radość, można wątpić, gdy przyjrzeć się niektórym hodowlom. A kilka egzotycznych okazów wypatrzyłem też w tym miejscu. O dręczeniu zwierząt nie chcę nawet zaczynać, żeby nie urazić czytelników, których to dotyczy. Można jednak przypuszczać, że ambicja wygrywania jest u niektórych ludzi tak wybujała, że cierpi na tym zwierzę. Znacznie bardziej niż różne wyścigi poszczególnych ras chartów interesowały nas teraz jednak niebieskie słupy dymu nad terenem klubu. Tak, i tu znów były turyngijskie kiełbaski z rusztu i inne przysmaki, jak domowa, oryginalna włoska pizza czy wędzone pstrągi. Było tuż po 12:00, a więc akurat odpowiednia pora na obiad. I tak umówiliśmy się, że będziemy wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, żeby zaopatrzyć się w jedzenie według potrzeb. Nie zawsze w pobliżu jest samochód z pieczywem, kiedy jesteś głodny. Tego nauczyła nas dotychczasowa droga. A jeśli jedzenie podaje się do tego już gotowe – tym lepiej. Do Gothy nie było już daleko, więc nie spieszyliśmy się. U rodziny von Rhoden, u której chcieliśmy dziś nocować, zapowiedzieliśmy się już telefonicznie. Pani von Rhoden nawet oddzwoniła w odpowiedzi na wiadomość, którą zostawiłem na jej automatycznej sekretarce. „Oczywiście, że możecie przyjść. Gdyby nas nie było, klucz wisi….” (Nie, tego lepiej nie będę pisał tak publicznie). Zdziwieni zaufaniem, jakim znów obdarzono nas, zupełnie obcych ludzi, skierowaliśmy się pod adres w Gotha-Siebleben. Byliśmy ciekawi tej rodziny, która nosi w nazwisku mały dodatek „von”. Czyżby to rzeczywiście byli „błękitnokrwiści”? Dom, przed którym teraz staliśmy, właściwie wcale nie wyglądał na siedzibę „arystokratów”, a przynajmniej nie odpowiadał naszym wyobrażeniom: dwupiętrowy stary dom szeregowy z zielonymi okiennicami, porządnie, ale skromnie odnowiony.

Serdecznie witamy!
Duży klucz do zamka skrzynkowego w bramie podwórza rzeczywiście był w umówionym miejscu. To, co nas czekało, gdy weszliśmy na podwórze, niemal zwaliło nas z nóg. Na małym podwórzu pod orzechem stał duży, rustykalny stół. Na tym stole stała karafka z wodą i dwie szklanki za odręcznie napisaną karteczką. Ze wzruszeniem przeczytaliśmy kartkę: „Serdecznie witamy! Jesteśmy dziś poza domem. Proszę czuć się jak u siebie. (Pokój dla pielgrzymów jest nad warsztatem, łazienka + kuchnia w domu mieszkalnym). Wrócimy późnym wieczorem”. Oto rodzina otworzyła swój dom przed nami, ludźmi, których nigdy wcześniej nie widziała. Wyobraziłem sobie, jak sam zachowałbym się jako właściciel domu, gdyby zupełnie obcy ludzie poprosili o nocleg, a mnie nie byłoby, kiedy przyjdą.

Wejście do pokoju dla pielgrzymów
W dzisiejszych czasach, gdy wielu właścicieli domów myśli o jeszcze bezpieczniejszych zamkach czy jeszcze lepszych elektronicznych systemach zabezpieczeń albo już wydało na nie krocie, zwykle publicznie nawołuje się do nieufności wobec bliźnich. Rodzina właśnie wychodziła, było o wiele za mało czasu, żeby się bliżej poznać. Zdołaliśmy zamienić tylko kilka zdań, za mało, żeby wyrobić sobie pełny obraz, z kim mamy do czynienia, a przede wszystkim – z kim oni mają do czynienia. A gdybyśmy zostali przy chartach tylko 5 minut dłużej, w ogóle byśmy ich już nie zobaczyli. „Gdybyśmy nocowali w ogródku i już się nie zobaczyli, proszę wrzucić klucz do ….” Ci ludzie pozwolili nam zajrzeć intymnie w życie swojej rodziny, otwierając przed nami swój dom. Byliśmy kompletnie oszołomieni. Naszą pierwszą uwagę poświęciliśmy pokojowi dla pielgrzymów. Stromą drewnianą drabiną przy szczytowej ścianie warsztatu wchodzi się do pomieszczenia na samym strychu.

Pokój dla pielgrzymów
W środku były dwa materace, lampa stojąca, taboret i mały stolik, na którym leżała skarbonka na datki, księga pielgrzymów i pieczątka. Na zewnątrz, na maleńkim podeście przed wejściem, stał wiklinowy fotel bujany, o wiele za duży jak na to miejsce. Wszystko wygląda bardzo rustykalnie, ale świadczy o wyraźnym wyczuciu form i kolorów. Dokładnie tak samo wyglądało w domu mieszkalnym, do którego – przyznaję – weszliśmy z wielką ciekawością, żeby wziąć prysznic. Ciekawskie spojrzenie do pomieszczeń na parterze zdradziło nam, że mieszkają tu zupełnie wyjątkowi ludzie. Myślę, że prawie żaden mebel nie był tu młodszy niż 100 lat.

Kot domowy
Wszystko było spójne, proste, uporządkowane i niezwykle trafnie urządzone. Całe wyposażenie można by wprawdzie oddać do muzeum, ale wszystko wydawało się wciąż spełniać swoje zadanie. W dzisiejszym społeczeństwie jednorazowego użytku było dla mnie bardzo kojące zobaczyć coś takiego. Mieszkają tu ludzie, którzy cenią umiejętności i gust naszych przodków. Na co dzień używano tu praktycznych i funkcjonalnych rzeczy, które u innych dawno wylądowały na śmietniku wielkogabarytowym. I te przedmioty codziennego użytku nadal bardzo dobrze spełniały swoje zadanie. Wyznaje się tu styl życia, który wydaje się nam wprawdzie zupełnie obcy, niektórym może nawet dziwaczny, ale przy bliższym przyjrzeniu się jest właściwie godny naśladowania. Życie w naszym społeczeństwie nadmiaru rodzi wciąż nowe pożądania ostatniego krzyku mody czy tego, co podsuwa nam reklama. A gdy urok nowości minie, dopiero wtedy zauważa się, jak zbędne są niektóre rzeczy i jak wiele z nich to właściwie tylko symbole statusu. Ten nocleg i styl życia tych „gospodarzy schroniska” najlepiej uosabiają nasze motywy, które przywiodły nas do pielgrzymowania, mianowicie by znów nauczyć się radzić sobie prostymi środkami i mimo to być zadowolonym. Zapewne dość łatwo jest żyć w ten sposób przez ograniczony czas pielgrzymki. Ale gdyby w efekcie udało się trwale przenieść choć część tego stylu życia do codzienności, społeczeństwu na pewno żyłoby się lepiej.
Ale wróćmy do noclegu:
Wiele rzeczy było zbitych własnoręcznie albo z miłością odrestaurowanych. Nic dziwnego, bo pan domu ma pod naszym pokojem dla pielgrzymów dobrze wyposażony warsztat stolarski.
Krótkie spojrzenie do warsztatu, który zresztą też stał otworem, sprawiło, że serce majsterkowicza zabiło mi mocniej. Były tam narzędzia, które pamiętałem jeszcze od mojego dziadka. Może da się wyczytać z tych wierszy mój zachwyt nad tym noclegiem. I zakładam, że rodzina von Rhoden nie będzie na mnie zła, że opisuję to tutaj tak publicznie.

Wielkie pranie (klasa energetyczna AAAAA)
Zanim o zmierzchu rozgościliśmy się na podwórzu przy butelce czerwonego wina, zrobiliśmy jeszcze rundkę po miejscowości. Siebleben to przedmieście Gothy, długa ulicówka przy drodze B7. Miejscowość ma 5 restauracji i 3 kawiarnie. Największe atrakcje to liczne ważne miejsca na wzgórzu Seeberg, pałac Mönchhof z parkiem i stawem pałacowym, kościół św. Heleny z przykościelnym ogrodem i pomnikiem oraz miejsce pamięci Gustava Freytaga. Zobaczyliśmy jednak tylko niewielką część, bo i dziś byliśmy już syci wrażeń, które zebraliśmy po drodze. A w którymś momencie chce się już właściwie tylko TAK siedzieć, jak ten gruby pan z kartoflowatym nosem w skeczu Loriota „Feierabend” („Fajrant”).
I tak również ja chcę na dziś zakończyć i tylko tak sobie siedzieć. Jutro idziemy przedostatni etap Via Regia aż do Mechterstädt. Robi się coraz bardziej pagórkowato.

Dzień 9 Gotha/Siebleben – Mechterstädt
W tym schronisku dla pielgrzymów człowiek czuje się trochę jak w namiocie, bo mieści się ono w więźbie dachowej warsztatu. Ściany tynkowane gliną wyglądają jak ściany namiotu, a więźba jak jego stelaż.
#W nocy znów spałem bardzo dobrze, ale około 4:00 musiałem wyjść (to był chyba jednak o jeden kieliszek czerwonego wina za dużo wczoraj wieczorem). Ponieważ toaleta jest w domu, trzeba po omacku schodzić stromymi drewnianymi schodkami, co w półśnie i przy przyćmionym świetle wcale nie było takie proste. Wtedy opłaca się zabrać czołówkę. Moja leżała niestety gdzieś między Roßbach a Stedten przy drodze, a w każdym razie ta jej część, która miała dawać światło. Przy plecaku dyndały już tylko gumka i podstawka. Szkoda, latarka była naprawdę dobra, a baterie wystarczały dość długo. Zawsze wisiała u mnie na zewnątrz plecaka, bo w środku raz sama się włączyła, a potem, kiedy jej potrzebowałem, baterie były puste. W międzyczasie mam już jednak nową latarkę tego samego modelu.

Wymarsz z Siebleben
Po śniadaniu na podwórzu zamknęliśmy bramę niezwykłego schroniska rodziny von Rhoden w Siebleben. Jeszcze długo będziemy je wspominać. Trochę zaspani dreptaliśmy wzdłuż drogi B7 przez przedmieścia Gothy. Obok nas pędził ruch porannych dojazdów do pracy, a po tylu spokojnych dniach na łonie natury i po świętach trochę nas to już drażniło. Tutaj wciąż jeszcze wyraźnie widać szarą przeszłość miasta. Dawna stolica rezydencjonalna książąt Saksonii-Coburga-Gothy była miastem przemysłowym (tramwaje, samoloty, budowa maszyn, przemysł poligraficzny), a także garnizonem wojskowym. I tak obok rozmaitych nieużytków poprzemysłowych, które świadczą o upadku wielkiego przemysłu po przełomie 1989 roku, można tu znaleźć także niszczejące koszary z czasów cesarskich. Z powodu dużego znaczenia przemysłowego Gotha została pod koniec II wojny światowej zbombardowana przez aliantów i poniosła ciężkie zniszczenia. Znałem Gothę tylko z jednej wizyty na początku lat dziewięćdziesiątych. A wtedy miasto wciąż przedstawiało smutny widok. Wydawało się szaro-czarne, jak wiele miast przemysłowych byłej NRD. W wielu miejscach widać było jeszcze pozostałości po wycofujących się radzieckich wojskach okupacyjnych. Ogromne poligony wojskowe koło Ohrdruf czy na Kriegbergu pod Gothą tłumaczyły tak wysoką koncentrację wojsk.

Marktstraße z widokiem na kościół św. Małgorzaty
Teraz, po 20 latach, znów szedłem przez Gothę, nie miałem szczególnie miłych wspomnień z tego miasta, a więc też nie miałem wobec niego szczególnych oczekiwań. Szliśmy wzdłuż długich, wysokich płotów, na których wisiały tabliczki informujące, że o porządek dba tu firma ochroniarska. Za nimi stały jednak tylko puste, rozpadające się budynki, dla których dotąd nie znalazł się żaden inwestor. Również duży dworzec autobusowy, przez który przechodziliśmy, nie wydawał się szczególnie zachęcający ani pomysłowy. Dziwne, że większość miast tak zaniedbuje swoją wizytówkę. Przecież na dworcach autobusowych czy kolejowych przyjeżdża się do miasta i tam wyrabia się sobie pierwsze wrażenie o nim. A jeśli już to nie jest najlepsze…? Teraz Gotha musi się naprawdę mocno postarać, żebym zachował ją w dobrej pamięci.

Historyczny ratusz w Gocie
Im bliżej centrum, tym jednak miasto staje się piękniejsze. Na Neumarkt zrobiliśmy krótki postój na ławce przy kościele św. Małgorzaty. Kościół był niestety zamknięty, więc przyjrzeliśmy się bliżej pięknie odrestaurowanym kamienicom kupieckim i patrycjuszowskim przy Neumarkt. Jeszcze tylko w górę Marktstraße i stoi się na Rynku Głównym. Tu szczególnie rzucają się w oczy historyczny ratusz i dom cechowy z kurantem. Patrząc obok ratusza, widać zamek Friedenstein. Ten symbol Gothy to największa wczesnobarokowa budowla feudalna w Niemczech. Oferta zabytków jest ogromna. Udostępnione do zwiedzania kazamaty, park zamkowy, oranżeria, pałac Friedrichsthal, Pałac Zimowy i Pałac Książęcy, muzeum książęce oraz najstarszy ogród angielski na kontynencie europejskim czekają na zwiedzających. Żeby móc to wszystko obejrzeć, potrzeba z pewnością więcej niż jednego dnia w Gocie. Jak mielibyśmy temu podołać, idąc przez miasto pieszo i mając jeszcze przed sobą 24 kilometry? Nawet więc nie wpadliśmy na pomysł, żeby poświęcać na to czas. Wiemy jednak teraz, że pierwsze wrażenie było na szczęście mylne i że Gotha jest dziś warta tego, by kiedyś przyjrzeć się jej bliżej. Ale nie dzisiaj, bo chcieliśmy (jak już pisałem) zrobić jeszcze sporo kilometrów. Przez osiedle domków jednorodzinnych i ogródków działkowych „Die Klinge” wychodziliśmy z miasta, cały czas lekko pod górę. Po prawej stronie zobaczyliśmy Bürgerturm, 30-metrową wieżę widokową na Krahnbergu. Na pewno wspięlibyśmy się po jej 158 stopniach, gdyby szlak prowadził obok niej. Ale nie prowadził. Mieliśmy wprawdzie taką nadzieję, bo byłaby dobrym punktem orientacyjnym i dobrą okazją, żeby się zorientować w terenie.

Na Kriegbergu
Tutaj, na Krahnbergu i przylegającym do niego Kriegbergu, znaki szlaku były bardzo rzadkie. Cieszyliśmy się więc, że spotkaliśmy leśnika z psem, który mógł nam powiedzieć, jak iść dalej. Właściwie wystarczy trzymać się głównego kierunku na zachód, a na rozwidleniach zostawać na szerszych drogach. Drogi tu na górze, na Kriegbergu, coraz bardziej przechodziły w betonowe pasy. Te betonowe pasy to pozostałości ogromnego poligonu wojskowego, który się tu znajdował. O tym, że kiedyś stało tu znacznie więcej, świadczą liczne odgałęzienia prowadzące donikąd. Ze skażeń, które pozostawiły tu wojska radzieckie, poza betonowymi pasami na powierzchni nic już nie było widać. Co jeszcze może leżeć tu pod ziemią, wolę nawet nie wiedzieć. Dawne wojskowe użytkowanie ma jednak także jedną zaletę. Teren nigdy nie mógł być intensywnie użytkowany rolniczo i dlatego pozostał w dużej mierze wolny od nawozów czy pestycydów. Kriegberg stał się w ten sposób jednym z najważniejszych obszarów ochrony gatunków i biotopów w tym kraju związkowym.
Ta góra kryje też bardzo ciekawą tajemnicę. Ma tu bowiem od października 1757 roku leżeć zakopana wypełniona po brzegi francuska kasa wojenna. Francuzi musieli w wielkim pośpiechu opuścić tu swój obóz i zostawili kasę. Zamierzali ją wykopać w drodze powrotnej. Do tego jednak już nie doszło. Żaden z odpowiedzialnych oficerów nie przeżył wojny i tak kasa do dziś pozostaje zaginiona. Więc jeśli ktoś ma tu dużo czasu i zezwolenie na prace ziemne…?
Ale same pieniądze szczęścia nie dają. Wędrowaliśmy więc dalej przez rozległe łąki z pojedynczo rosnącymi drzewami i niskimi zaroślami. Z dala od hałasu ulicznego słychać głosy ptaków śpiewających, które występują tu w wielkiej liczbie i znajdują tu idealne środowisko. Po 2 godzinach dotarliśmy do najwyższego punktu naszego dzisiejszego etapu.

Widok na Großer Inselsberg
Stąd roztacza się piękny widok na Großer Inselsberg, jedno z najwyższych wzniesień Lasu Turyńskiego. Tam chcieliśmy być za dwa dni i chcieliśmy też przez niego przejść. Wyglądał właściwie na całkiem bliski, ale też na potężnie wysoki. Zacząłem się więc zastanawiać, czy nie ma jakiejś drogi naokoło. Ale to jeszcze nie był ten moment, więc powinienem raczej myśleć o okrężnej drodze przez Eisenach, która wciąż była przed nami. Teren Kriegbergu ciągnie się przez jakieś 10 kilometrów. Betonowa wstęga miała nam jednak towarzyszyć pod stopami przez cały dzień. Na tym etapie nie przechodzi się przez ani jedną miejscowość. Znów idziemy na północ, równolegle do drogi krajowej B7, która wyznacza tu pierwotny przebieg Via Regia. Nawierzchnia była wprawdzie twarda, ale i tak lepsza niż marsz wzdłuż drogi krajowej. Szkoda tylko, że w ten sposób większość miejscowości zostawia się – w dosłownym znaczeniu tego słowa – po lewej stronie.

Kamienny krzyż koło Aspach
Nie przeszliśmy więc także przez Aspach, w pobliżu którego znów zobaczyliśmy kamienny krzyż. Był dobrze zachowany i całkiem wyraźnie widać było na kamieniu duży miecz katowski i datę 1839. Krzyż upamiętnia ostatnią publiczną egzekucję w Księstwie Gothy w 1839 roku i został postawiony dopiero w 1929 roku. Według przekazu było to miejsce zbrodni, w którym zabito czeladnika szewskiego.
Podczas tak długiego marszu dość rzadko ogląda się za siebie, częściej tylko na boki. Tym razem jednak obejrzałem się i dostrzegłem daleko za nami samotny rower. Poza tym znów szliśmy dotąd zupełnie sami. W drgającym, ciepłym powietrzu widziałem, że rowerzysta powoli się zbliża. Od razu czujesz się śledzony i częściej oglądasz się za siebie. Przy następnym obróceniu się widać już było, że to kobieta, a rower jest mocno objuczony. Kobieta przyjaźnie się przywitała, wyprzedzając nas, a ja dostrzegłem na jej bagażu muszlę św. Jakuba. Zanim zdążyłem za nią zawołać, już zsiadła z roweru. Powiedziała, że jest z Jeny, że to jej pierwszy dzień w drodze i że jesteśmy pierwszymi pielgrzymami, których spotkała. Wyraźnie się ucieszyła – co najmniej tak samo jak my – że wreszcie spotkała kogoś, kto ma ten sam cel. Choć trzeba to traktować względnie, bo ona chciała dziś dojechać aż do Eisenach, a my mieliśmy dotrzeć do tego miasta dopiero dzień później. Wymieniliśmy jeszcze uwagi o tym i owym i już znów siedziała na swoim bicyklu.

Niekończący się betonowy pas przed Mechterstädt
Pożegnaliśmy się, patrzyliśmy za nią i trochę się zdziwiliśmy, kiedy nagle skręciła z drogi w prawo. Tam jedzie się do Neufrankenroda. „No, może chce tylko obejrzeć tamtejsze schronisko?” W Neufrankenroda znajduje się wspólnota rodzin SILOA e.V. To rodzaj komuny kilku rodzin, które mieszkają razem, wspólnie prowadzą gospodarstwo rolne i są bardzo aktywne społecznie i kulturalnie. Oferuje się tu między innymi także noclegi dla pielgrzymów. O takiej formie wspólnego życia i gospodarowania słyszeliśmy już w zeszłym roku na Camino Frances. Jeden z towarzyszy pielgrzymki, z którym do dziś utrzymujemy kontakt, realizuje podobną koncepcję wspólnego prowadzenia gospodarstwa w Pustaci Lüneburskiej. Niestety SILOA nie pasowała do naszego planu etapów. Na pewno byłoby tam bardzo ciekawie. Zostawiliśmy więc odgałęzienie do Neufrankenroda po prawej i poszliśmy dalej. Naszą rowerzystkę też spotkaliśmy ponownie. Niedługo później wyprzedziła nas po raz drugi. Po prostu pomyliła drogę. Tak to jest z rowerem. Często widzi się tylko połowę i wtedy bardzo łatwo przeoczyć taką małą niebieską tabliczkę albo ją z czymś pomylić. Na rozwidleniu stała bowiem tylko tabliczka z małym żółtym domkiem, a nie było tabliczki z muszlą na wprost. Znów więc patrzyliśmy za nią i wcale nie zazdrościliśmy jej roweru. Strasznie bowiem męczyła się na długim podjeździe i przez kilkaset metrów musiała nawet zsiąść i pchać rower. Wtedy oprócz ciężaru bagażu ma się jeszcze na głowie rower. Nie, to nie dla mnie. Nie wynagradza tego nawet to, że na zjazdach można unieść nogi. A jeśli do tego dojdzie jeszcze wiatr w twarz…!
Zaraz za jednym z rozwidleń niedługo później także i my pokonaliśmy podjazd i przyszedł czas na odpoczynek. Rozwinęliśmy karimaty i po małej przekąsce położyliśmy się na słońcu. A tu znowu pojawili się pielgrzymi. „Co się dzisiaj dzieje?” Była to para z Badenii-Wirtembergii, która bardzo późno wyruszyła z Neufrankenroda i chciała jeszcze dziś dojść do Eisenach. Tych więc też już nie zobaczymy. Po krótkiej pogawędce ruszyli w swoją stronę, a my znów zostaliśmy sami.

Odgałęzienie do Mechterstädt
Do odgałęzienia do Mechterstädt nie mogło już być daleko. I wtedy stanęliśmy przed drogowskazem, który miał nas poprowadzić w lewo od właściwego szlaku do schroniska w Bodelschwingh-Hof Mechterstädt. Nocleg leży wprawdzie nieco z boku szlaku, ale pod każdym względem jest godny polecenia. Bodelschwingh-Hof to placówka Diakonii, która zapewnia osobom z niepełnosprawnością intelektualną lub fizyczną dom i godne życie. Oprócz domu oferuje się różne możliwości zajęcia w tak zwanych warsztatach chronionych. Widzieliśmy ogrodnictwo i warsztat ślusarski, a także w kuchni niepełnosprawni pilnie pomagają. To placówka z dużą tradycją, bo już w 1949 roku pewien okaleczony na wojnie ogrodnik, wypędzony ze swoich stron rodzinnych, założył tu na zlecenie Kościoła ewangelickiego na odłogowanej ziemi ogrodnictwo. Ludziom potrzebującym pomocy miało to dać schronienie i sensowne zajęcie. Celem jest przy tym, obok terapii, także integracja z życiem społecznym.

Nocleg w Bodelschwingh-Hof
Dziś jest to bardzo nowoczesna placówka i niemało się zdziwiliśmy jej rozmiarami. Podczas przebudowy pod nowo dobudowanym tarasem przy pierwszym, a więc najstarszym domu na terenie, urządzono trzy pokoje gościnne. Mają one dać możliwość, by przede wszystkim odwiedzający, którzy przyjeżdżają z daleka, mogli zostać dłużej u swoich bliskich. Powstał w ten sposób piękny efekt uboczny: teraz schronienie znajdują tu także pielgrzymi. Wejście do pokoi szybko znaleźliśmy, a także kogoś, kto nas wpuścił. To, co tu zastaliśmy, ma poziom hotelowy.

Nocleg dla pielgrzymów na poziomie hotelowym
Nowe podwójne łóżko z prawdziwą pościelą obiecywało wygodny nocny odpoczynek. Własny prysznic i osobna toaleta to na szlakach pielgrzymich też nie norma. Na korytarzu w małym aneksie kuchennym można by też ugotować sobie jedzenie. Tego jednak dziś nie planowaliśmy, bo w miejscowości na pewno coś się znajdzie. Chcieliśmy też poszukać sklepu, żeby zrobić zapasy na drogę. Szukając administracji placówki, musiałem kilka razy pytać o drogę. Chciałem przecież jeszcze uiścić nasz datek za nocleg, bo skarbonki na datki na próżno było szukać w pokoju. 10 € kosztuje tu nocleg od osoby – bardzo przystępna cena. Dwie miłe panie w kasie zatrzymały mnie na pewno ponad pół godziny, bo chciały wszystko dokładnie wiedzieć: skąd idziemy, dokąd chcemy dojść, dlaczego i jak się czujemy. A kiedy jeszcze opowiedziałem, że to tylko krótki przerywnik i że po Camino Frances w zeszłym roku chcemy w tym roku jeszcze raz dojść do Santiago, były zupełnie zafascynowane i dalej zasypywały mnie pytaniami. Ale i ja dowiedziałem się jeszcze wielu ciekawych rzeczy o tej placówce.
Później poszliśmy do miejscowości, która leży około 700 metrów na południe od gospodarstwa. Szybko znaleźliśmy tam mały supermarket na nasze zakupy. Byliśmy jednak trochę bezradni, gdy nie od razu znaleźliśmy jutrzejszą drogę. Nie trzeba bowiem wracać na Drogę św. Jakuba tą samą ścieżką, tylko można trochę skrócić. W wiejskiej gospodzie „zum Stern” naprzeciwko zjedliśmy smaczną kolację, a bardzo miła kelnerka wyjaśniła nam też, jak jutro wyjść z miejscowości. O zmierzchu długo jeszcze siedzieliśmy przed naszym noclegiem i patrzyliśmy na fantastyczny zachód słońca za Hörselbergami. Jutro trzeba będzie przez nie przejść, a podobno podejście jest tam potężnie strome.

Zachód słońca nad Hörselbergami
Dzień 10. Mechterstädt – Eisenach
Nastał oto ostatni dzień, w którym idziemy Via Regia. Na pewno pięknie byłoby iść dalej aż do Vachy. Ale nigdy jeszcze nie byliśmy na Rennsteigu, choć bardzo często bywamy w Lesie Turyńskim, bo mamy tam przyjaciół. I tak o 8 rano staliśmy na ulicy, żeby zmierzyć się z tym etapem. Zapowiadał się – z przejściem przez Hörselbergi – na nieco bardziej męczący i całkiem ciekawy. Dlaczego dziś tak późno? W Bodelschwingh-Hof podają znakomite śniadanie w jadalni i oczywiście nie chcieliśmy, żeby nam przeszło koło nosa. Zeszliśmy więc znów do miejscowości Mechterstädt, żeby rozpoznanym poprzedniego dnia skrótem wrócić na Drogę św. Jakuba. Również przy tym odgałęzieniu stoi drogowskaz, prawdopodobnie dla pielgrzymów idących w przeciwnym kierunku albo dla tych, którzy przegapili lub przeoczyli pierwszy.

Znów na szlaku
W następnej miejscowości, Burla, zeszliśmy wreszcie z betonowego pasa, który już poprzedniego dnia trochę nas męczył, i szliśmy dalej lokalną drogą do Hastrungsfeld. Wcześniej jednak przeszliśmy nad nową A4. Dawny przebieg autostrady prowadził wcześniej bezpośrednio przez Hörselbergi, był dość kręty, wąski, a przez to oczywiście bardzo niebezpieczny. To położenie bardzo mocno obciążonego połączenia wschód–zachód między Dreznem a Kassel czy Frankfurtem nad Menem sprawiło, że Hörselbergi jako miejsce wypoczynku, obcowania z przyrodą i ochrony przyrody coraz bardziej traciły na znaczeniu. Coraz gęstszy ruch z jego skutkami ubocznymi – hałasem i brudem – oraz nieodpowiadający już czasom stan jezdni wymusiły budowę nowej trasy, na którą jednak na starym przebiegu nie było miejsca bez dalszego niszczenia biotopu. I tak teraz, dzięki prywatnym inwestorom, autostrada omija pasmo daleko na północy. Znałem całkiem dobrze stary odcinek i byłem ciekaw, czy da się jeszcze rozpoznać przebieg dawnej autostrady.

Skrzynka pocztowa Pani Zimy
Teraz wiem zresztą także, gdzie mieszka Pani Zima (Frau Holle) – w Hastrungsfeld. W każdym razie stoi tu jej skrzynka pocztowa i jest Dom Pani Zimy. To dawny budynek szkolny miejscowości, który teraz, gdy nie jest już potrzebny, służy jako dom stowarzyszeń. W okresie adwentu odbywa się tu także Święto Pani Zimy, podczas którego stara dama inauguruje zimę, a raczej ją „wytrzepuje”.

Podejście na Großer Hörselberg
Z centrum miejscowości prowadzi droga na Großer Hörselberg z jego schroniskiem Hörselberg-Haus. Do obsługi gospody i masztu nadawczego na szczycie prowadzi tu droga dojazdowa. My skorzystaliśmy jednak z odchodzącej w dolnej części leśnej ścieżki, która jest wprawdzie nieco bardziej stroma, ale znacznie krótsza i ładniejsza. Ścieżka prowadzi przez środek pięknego lasu bukowo-dębowego prosto do drogi grzbietowej. Kiedy zobaczysz ławkę na skraju lasu, jesteś prawie na miejscu. Wyszliśmy z lasu nieco zasapani i zachwyciliśmy się wspaniałym widokiem na pasma Lasu Turyńskiego, w dół na dolinę Hörsel i na miejscowości Sattelstädt, Kälberfeld i Schönau. Krajobraz leżał przed nami jak makieta kolejki i widzieliśmy, jak właśnie przez Kälberfeld przejeżdża pociąg. B7 wije się w dolinie przez miejscowości, a gdy podejdzie się bliżej do zbocza, widać jeszcze przebieg starej A4 jakieś 100 metrów niżej. Z dawnej hałaśliwej asfaltowej wstęgi pozostały już tylko hałdy żwiru.

Widok z Großer Hörselberg
Stanie tu na górze nie mogło być kiedyś prawdziwą przyjemnością. Często jeździłem starą A4 i zawsze się cieszyłem, kiedy miałem ten odcinek za sobą, autostrada znów się poszerzała i biegła prosto. Nazwa Hörselberg dość często pojawiała się w komunikatach drogowych. Korki i wypadki były na porządku dziennym. Hałdy żwiru powoli zarastają roślinami i znaleziono tu gatunek rośliny, której nasiona mogą przeleżeć w ziemi ponad 70 lat i mimo to wciąż zachować zdolność kiełkowania. Autostradę zbudowano około 70 lat temu. Nasiona czerwonego maku polnego drzemały tak długo pod jezdniami.

Droga grzbietowa na Hörselbergu
Kilka kroków dalej stanęliśmy przy Hörselberg-Haus. Czy gospoda była już otwarta, nawet nie sprawdzaliśmy. Na śniadanie było jeszcze za wcześnie. Odchodzi tu wiele szlaków turystycznych, które prowadzą przez popularny, liczący około 40 kilometrów kwadratowych teren wędrówek. Wybraliśmy drogę grzbietową, bo można z niej podziwiać najpiękniejsze widoki i bo był też drogowskaz na Kleiner Hörselberg. Raz po raz otwierały się piękne panoramy.

Ścieżki na Hörselbergu
Na końcu biegnącej z zachodu na wschód doliny widać było nawet już Wartburg. Na Wartburg chcieliśmy wejść jutro. Żadne z nas nie było jeszcze nigdy na Wartburgu – właściwie wstyd, skoro uchodzi on za TEN niemiecki zamek. Potem szlak poprowadził nas w prawo, w las. Wąskie, kręte ścieżki prowadziły przez ciemny, głęboki las. Nic dziwnego, że powstało tu wiele podań i mitów. Richard Wagner zainspirował się tu przy Grocie Wenus do swojego „Tannhäusera”. Wokół Hörselbergloch, jak nazywa się też Grotę Wenus, wyrósł dzięki ludowym podaniom prawdziwy kult Pani Zimy. W czasach prehistorycznych pasmo było dla żyjących tu ludzi siedzibą bóstw natury, a wiele mrożących krew w żyłach opowieści wzięło swój początek w tym tajemniczym miejscu. Nie jest to wszystko niczym dziwnym, skoro idzie się przez gęsty, ciemny las z grubymi, sękatymi drzewami. Mimo jasnego słońca pod gęstym sklepieniem liści było dość ciemno i trochę niesamowicie.
Przez Hörselbergi przebiegała dawniej granica między księstwami Saksonia-Gotha i Saksonia-Eisenach. Kilka zwietrzałych kamieni granicznych do dziś stoi przy drodze. Teren ma tylko 6,5 kilometra długości. Mimo to wydawało się nam, że jakoś nie posuwamy się naprzód, i mieliśmy wrażenie, że błądzimy po tych krętych, wąskich ścieżkach już całą wieczność. Może to też był jeden z powodów, dla których trochę tu zabłądziliśmy.

Polana u stóp Hörselbergów
Tu i ówdzie były wprawdzie drogowskazy na Kleiner Hörselberg i dało się znaleźć też kilka tabliczek z muszlą. Mimo to zabłądziliśmy. W tym miejscu zamiast w prawo skręciliśmy w lewo. I tak zeszliśmy do doliny o wiele za wcześnie. Do dziś nie wiem, czy przy tym rozwidleniu stał jakiś drogowskaz. Ale nie było to znowu takie tragiczne. Jeśli bowiem w dolinie trzyma się biegu Hörsel, właściwie nie można się zgubić. W Wutha znów trafiliśmy na właściwy przebieg szlaku. Kiedy w domu przyjrzałem się temu na mapie, stwierdziłem, że nadłożyliśmy wcale nie tak dużo drogi. Ale właściwie wolałbym zostać na górze jak najdłużej. Z Kleiner Hörselberg, który leży na właściwym szlaku, jest jeszcze raz piękny widok. Ten więc niestety przegapiliśmy.

Dworzec główny w Eisenach
Dalsza droga do Eisenach biegnie długo wzdłuż linii kolejowej Erfurt – Eisenach i równolegle do Hörsel przecina kilka terenów przemysłowych, co nie było zbyt atrakcyjne. A potem nagle drogowskazy się kończą. Przechodzień, którego na dworcu głównym w Eisenach zapytaliśmy o drogę, niestety wprowadził nas w błąd, a raczej w ślepą uliczkę. Nagle drogę zagrodził nam bowiem płot budowy. Nawet moja zwykle przysłowiowo dobra orientacja w terenie tu zawiodła. Ostatni raz byłem w Eisenach jako dziecko i prawie nic nie pamiętałem. Nie było rady, musiałem wygrzebać komórkę z plecaka i uruchomić nawigację, co wcale nie było takie proste, bo w tej wąskiej dolinie urządzenie długo nie mogło złapać satelitów. Adres Neulandhaus przecież miałem i teraz przynajmniej widziałem na mapie jego przybliżone położenie w mieście. W każdym razie musieliśmy iść pod górę w kierunku Wartburga.

Neulandhaus
A jak tam było pod górę! Bez pytania kogoś o drogę jednak się nie obeszło. Choćby tylko dla pewności, żebyśmy nie wchodzili na górę na próżno. Wreszcie odkryliśmy Neulandhaus, na skraju bardzo ładnego osiedla z willami z epoki grynderskiej. I był to naprawdę ostatni dom, zanim wąska uliczka wybrukowana kocimi łbami przechodzi w leśną drogę. Jak się tu wjeżdża zimą, pozostaje zagadką.

Nasz pokoik
Ten imponujący żółty drewniany dom to ośrodek kształcenia dla pracy z młodzieżą Kościołów ewangelickich Niemiec Środkowych. Oferuje się tu też niedrogie noclegi dla osób odwiedzających Eisenach. A, i oczywiście pielgrzymi na Ekumenicznym Szlaku Pielgrzymim też dostają tu nocleg za datek. Młody mężczyzna przedstawił się jako kierownik domu i serdecznie nas powitał. Pokój dwuosobowy, do którego nas zaprowadził, znajdował się na górnym piętrze i był bardzo przytulny. Stąd z góry ma się piękny widok na Eisenach. Oczywiście nam to nie wystarczyło, więc postanowiliśmy pogodzić się z uciążliwą drogą w dół do miasta, a później oczywiście z powrotem na górę. W dół szło się oczywiście szybciej i wyszliśmy dokładnie na rynek.

Rynek w Eisenach i kościół św. Jerzego
Tutaj oczywiście od razu rzuca się w oczy kościół św. Jerzego. Kiedy weszliśmy do przedsionka, rozbrzmiewała akurat muzyka organowa, niestety tylko ostatnie takty utworu. Potem zapadła cisza – niestety. Przynajmniej mogliśmy rzucić okiem przez przeszklone, ale niestety zamknięte drzwi wewnętrzne. Z powrotem na rynku, na którym szczególnie spodobał mi się ratusz, zobaczyliśmy, że stragany cotygodniowego targu są właśnie rozbierane. Tu też nie było już nic do oglądania. Zrobiliśmy więc jeszcze kilka rund po tętniących życiem uliczkach starego miasta. Uważając, by żadnej nie pominąć, skręcaliśmy raz tu, raz tam. Łatwo było coś przeoczyć. Na przykład „Wąski Dom” (Schmales Haus) przy Johannisplatz, prawdopodobnie najwęższy zamieszkany dom z muru pruskiego w Niemczech.

Rynek z pałacem miejskim i ratuszem
Ale w pewnym momencie po raz trzeci przechodziliśmy obok tego samego sklepu. A może to dlatego, że tu wszystko jakoś wyglądało tak samo? Mam wrażenie, że niemieckie śródmieścia coraz bardziej się do siebie upodabniają i różnicę robi tylko kolejność sklepów. Nie wiem, od czego to zależało. Może jestem wobec miasta niesprawiedliwy. Ale jakoś Eisenach nie przypadł mi specjalnie do gustu. Ta mieszanina historycznego muru pruskiego, wysokich kamienic z epoki grynderskiej i pozbawionych charakteru „plomb” nie tworzy wspólnej, jednorodnej całości. Eisenach z pewnością został podczas wojny mocno zniszczony i wiele takich luk udało się zapełnić dopiero po zjednoczeniu Niemiec. Ale to, co czasem z tego wyszło, nie zawsze jest szczytowym osiągnięciem architektury i nie każdy może się przekonać do gustu urbanistów. Tak jest nie tylko tu, w Eisenach, ale także u nas w Lipsku – wystarczy, że pomyślę o Muzeum Sztuk Pięknych na Sachsenplatz. Ale wróćmy do Eisenach: przerażający wydał mi się na przykład naprawdę śliczny mały dom z muru pruskiego, który już tylko swoją fasadą „wyglądał” z nowego budynku. Wyglądał, jakby w każdej chwili miał zostać zmiażdżony.

Pomnik Lutra, Brama Mikołajska i kościół św. Mikołaja na Karlsplatz
Na Karlsplatz zbiega się kilka ulic, więc nic dziwnego, że także tutaj byliśmy co najmniej trzy razy przy pomniku Lutra, przy Bramie Mikołajskiej i kościele św. Mikołaja. Na zwiedzanie muzeum, na przykład Domu Bacha czy Domu Lutra, było już za późno, więc poszukaliśmy sobie tylko małej kawiarni, ustaliwszy wcześniej, że kupimy coś na kolację i zjemy ją na górze w Neulandhaus. Siedzieliśmy więc jeszcze dość długo w kawiarni i porządkowaliśmy nasze wrażenia z tego miasta. Tak powoli ucichł pośpiech, który niestety pojawił się podczas naszej wędrówki po mieście. Jakiś czas później znów sapaliśmy pod górę. Na miejscu rozpakowaliśmy nasze jedzenie w kąciku wypoczynkowym przed Neulandhaus i zjedliśmy kolację. Pozostali goście patrzyli wprawdzie trochę dziwnie, ale do tego trzeba się przyzwyczaić, pielgrzymując przez Niemcy.
Szlak jest wprawdzie częściej zauważany, niż początkowo sądziliśmy. Ale w porównaniu z Hiszpanią jest wiele osób, które patrzą trochę dziwnie, gdy idzie się z plecakiem przez miejscowości. I tak podsumowaliśmy przebytą dotąd drogę, którą przecież jutro mieliśmy opuścić.

Willa z epoki grynderskiej w pobliżu Neulandhaus
Szliśmy przez wspaniałe krajobrazy i ciekawe miejscowości. Poznaliśmy naszą ojczyznę z zupełnie innej strony. Spotkaliśmy serdecznych ludzi, którzy bezinteresownie dbają o to, by ten szlak żył. Myśleliśmy o wielu niewidocznych pomocnikach, którzy dbają o to, żeby nikt nie zabłądził, pielęgnując oznakowanie. Myśleliśmy też o tych, którzy kiedyś zbadali lub na nowo odkryli ten przebieg szlaku wzdłuż dawnej Via Regia i swoim wyborem znaleźli bardzo dobry kompromis między pierwotnym przebiegiem drogi a pragnieniem spokoju i bliskości natury. Myśleliśmy jednak także o tej części szlaku, której jeszcze nie widzieliśmy, i postanowiliśmy, że kiedyś przejdziemy go od początku w Görlitz aż do domu.
Porównaliśmy ten szlak z Camino Frances, które przeszliśmy rok temu, i stwierdziliśmy, że iść tu, „u siebie w domu”, to jednak coś zupełnie innego. Problemów z porozumiewaniem się, jakie często mieliśmy w Hiszpanii, tu na szczęście nie było. Dzięki temu lepiej rozumie się związki w historii i teraźniejszości. Również klimat był przyjemniejszy. Choć z pogodą mieliśmy naprawdę wielkie szczęście. Za to natknęliśmy się na inne rzeczy, których się nie spodziewaliśmy. Szczególnie samotność i problemy z zaopatrzeniem w ciągu dnia wymagały od nas szczególnej uwagi. Problem z prowiantem łatwo było rozwiązać. Wystarczyło nieść w plecaku trochę więcej. Ale ponieważ przez większość czasu szliśmy sami, prawie nie spotykaliśmy innych pielgrzymów i mieliśmy też niewiele kontaktu z gospodarzami schronisk, to pielgrzymie poczucie wspólnoty, którym cieszyliśmy się na Frances, nie bardzo się pojawiało.
Myślę, że samotność może stać się problemem dla pielgrzymów, którzy wędrują bez towarzystwa. Dla mnie w każdym razie byłaby problemem. To też coś innego pokonywać odcinki, które się zna, bo dawniej często przejeżdżało się je samochodem. Rodzi to zupełnie inne poczucie odległości i inny stosunek do nich. Ogólne wrażenie z „Via Regia” jest dla nas bardzo, bardzo pozytywne. Życzę sobie jednak, żeby jeszcze więcej ludzi odkryło ten szlak i zdecydowało się go przejść. Jeśli ten blog choć trochę się do tego przyczyni, bardzo mnie to ucieszy. I wreszcie ten szlak z pewnością pomaga przełamywać niejeden stereotyp o wschodnich Niemczech i ich mieszkańcach u wielu rodaków, a także u gości z innych krajów – i burzyć granice w głowach.
Jutro wejdziemy jeszcze na Wartburg, a potem dojdziemy do rozwidlenia przy „Wilden Sau”. Tutaj Ekumeniczny Szlak Pielgrzymi skręca w prawo na Rennsteig, z którym od tego miejsca przez kilka kilometrów się pokrywa. My jednak skręcimy w lewo i od tego miejsca będziemy podążać za wielkim „R”.
O tych dwóch dniach też coś napiszę i dodam kilka zdjęć, choć Rennsteig przecież nie jest szlakiem pielgrzymim. A właściwie dlaczego nie? Pielgrzymowanie to postawa wewnętrzna, a ta zaczyna się w nas samych i na progu własnego domu. Do tego nie potrzeba muszli ani żółtej strzałki wskazującej kierunek.

Buen Camino życzą Andrea i Gert z Delitzsch.